piątek, 27 lipca 2012

The Dark Knight Rises (***1/2)

    RECENZJA ZAWIERA ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW!!


    Na swoją pierwszą recenzję na blogu, czekałem długo. Długo, bo chciałem, żeby była to recenzja znacząca, żeby był to film dla mnie ważny. Chciałem, żeby odznaczał się wszystkim co lubię w filmach - emocjami oczekiwania na premierę, świetnymi twórcami, wybitnymi aktorami, historią, czy bohaterem, które uwielbiam. The Dark Knight Rises. Ten film miał to wszystko. Świetny kandydat łączący te wszystkie elementy. I co? I... Ale po kolei.

    Krótko o tym jak wygląda skala moich recenzji - jest to pięciogwiazdkowa skala, gdzie dopuszczam oceny cząstkowe (np. 1/2 gwiazdki). Nie przesądzam, czy ** to niemal dno, a **** to świetne dzieło - to implikuje sama recenzja. Ważniejsze od oceny wydają mi się spostrzeżenia i uwagi.

    Wróćmy do filmu. Wszystko zaczęło się w 2005 kiedy na ówczesną chwilę prawie nikomu nieznany reżyser - Christopher Nolan, ukazał światu swoją wizję Batmana. Wydawałoby się - sukces to marzenia ściętej  głowy. Po dwóch filmach Joel'a Schumacher'a, które - nie oszukujmy się - były tak złe, że pogrzebały na długi czas legendę jednego z najwspanialszych, a według wielu najwspanialszego z bohaterów. Ale film odnosi sukces. Batman Begins (****1/2) i nowe realistyczne spojrzenie na Człowieka - Nietoperza, z ukazaniem przyczyn jego walki z niesprawiedliwością, z wyjaśnieniem jego ideologii, treningu i motywów- okazał się sukcesem tak komercyjnym, jaki artystycznym. Kolejna część była kwestią czasu.
    Po 3 długich latach pojawia się The Dark Knight (*****). Film wyprzedzający o kilka długości swojego poprzednika, a pozostałe adaptacje komiksowe ośmieszający w wręcz brutalnie. Mroczny, ciężki, z wieloma symbolami i fabułą, która od początku do końca trzyma w napięciu. Owszem - kilka dziur w scenariusz można się doszukac, ale nie są one aż tak znaczące przy sile atutów dzieła Nolana. No i on. Heath Ledger jako Joker. Maestria. Ideał. Rola wybitna. Ledger nie grał Jokera, on nim był. Psychopatą. Socjopatą. Mordercą i masochistą, który plan zniszczenia Gotham, zamienił na plan zniszczenia ludzi Gotham. Dla zabawy. Tylko by udowodnić, że zło to nie kwestia charakteru osoby, a kwestia sytuacji w jakiej się znajduje. Brawo! Postać świetnie pomyślana, napisana, której teksty już przed premierą osiągnęły status kultowych. Ale przede wszystkim idealnie zagrana. Zasłużony, niestety pośmiertny, Oscar dla Ledger'a za jego ostatnią rolę. Szokujący brak nominacji do pozostałych ważnych nagród. Akademia nie była gotowa na nagrodzenie filmu na podstawie komiksu.

    Zamknięcie, jak się później okazało trylogii - miało to zmienić. The Dark Knight Rises miał być tym czym Lord of The Ring dla fantastyki, a Avatar dla science fiction. Kamieniem milowym, którym The Dark Knight się nie okazał tylko ze względu na niewłaściwy czas. Epickie zakończenie wybitnej trylogii, która dla mnie jest jak pierwsze filmy Star Wars dla ludzi tamtego okresu - miało wszystkich rzucić na kolana i pokazać hegemonię Nolana w dzisiejszym filmowym świadku.

    Niestety nie udało się. Film pomimo wielkich oczekiwań - zawodzi. Jest najsłabszą częścią trylogii. Jest najsłabszym filmem Nolana. Zawodzi wiele rzeczy, które miały być wybitne. Nolan i spółka zwyczajnie nie podołali nakręcić trzeciego równorzędnego filmu. Widać wypalenie i przesadę. Chęć zrobienia na siłę czegoś skrajnie epickiego, ale mądrego. Więc mamy tu mnóstwo wybuchów i symbolikę na każdym kroku a to wszystko polane ciągłym... gadaniem. I nie wychodzi to nikomu na dobre. Ale zacznijmy od początku.
    Reżyseria to jeszcze jedna z mocniejszych stron filmu - Nolan stara się stopniowo budować atmosferę, wprowadzając nas do akcji, pokazując losy starych bohaterów i przedstawiając nowe twarze. To wszystko dzieje się trochę za wolno, ale reżyseria nie wygląda tak źle. Zdjęcia jak zwykle stoją na wysokim poziomie. Długoletni współpracownik Nolana - Willy Pfister - zna się  za rzeczy jak mało kto i świetnie operuje kamerą w niemal każdym momencie filmu. Montaż jest zaskakująco słaby, zwłaszcza na końcu, gdzie niepotrzebnie wprowadza się niektóre sceny w sekwencje zakończenia "wybuchowej" sprawy Gotham. A przecież montaż był zawsze mocną stroną filmów Nolana... Muzyka od strony technicznej ratuje wszystko. Ścieżkę dźwiękową można nazwać tylko jednym słowem - arcydzieło. Odwraca uwagę od niedociągnięć, sprawia, że ogląda się przyjemniej. Buduje atmosferę lepiej niż scenariusz i odgrywa ważną integralną rolę w filmie. Hans Zimmer po raz kolejny pokazał klasę, fundując najlepszy soundtrack roku na chwilę obecną.
    Uwagę warto zwrócić na aktorstwo, nie tylko ze względu na wybitną rolę Ledger'a w poprzednim filmie, ale dlatego, bo jest to mocna strona filmu. Bale jako Batman - no cóż, Ameryki nie odkrywa, ale Bale jako Bruce Wayne - tu rzeczywiście pokazuje kunszt. Jeśli chodzi o Bale'a - najlepiej zagrana  część trylogii. Brawo. Ze starych znajomych mamy oczywiście Alfreda i Luciusa. Panowie Caine i Freeman stają na wysokości zadania, są zabawni gdy trzeba, poważni gdy sytuacja wymaga. Michael Caine kilka razy samotnie szarżuje jako aktor i wychodzi to filmowi na dobre. Jedna z lepszych ról w filmie. Dwie nowe twarze. Joseph Gordon-Levitt i Marion Cotillard. Pierwszy jako John Blake - młody policjant idealista - sprawdza się idealnie. Wygląda chłopięco, działa jak mężczyzna. Ciekawa postać z bardzo fajnym oczkiem puszczonym do widza. Zawsze przyjemnie się chłopaka ogląda, a i tu pokazuje, że jest jednym z lepszych swojej generacji. Cotillard. Sam nie wiem co napisać. Przez cały film poprawnie, ale nic poza tym, by na końcu... rozczarować na całej linii. Jej ostatnia scena w filmie to żart i aktorskie przedszkole. Jak Nolan na to pozwolił? Naprawdę ciężko było mi powstrzymać zdziwienie i... rozbawienie.
    Kolejne dwie nowe twarze - Tom Hardy i Anne Hathaway. Tom - aktor wyjątkowy - staną przed trudnym wyzwaniem zastąpienia Jokera. Bohaterowie różni, klasa aktorów mimo wszystko przemawia za Ledger'em. Hardy dodatkowo "upośledzony" aktorsko przez maskę na twarzy. Ale wychodzi z tego obronną ręką. Jako Bane jest personifikacją bólu - zarówno własnego, jak i bólu innych. Gra głosem, gra oczami, gra świetnie przygotowanym ciałem i treningiem. Bywa showman'em, bywa tyranem. Wzbudza strach nie groźbami - a spojrzeniem i przerażającą siłą. Daleko, zarówno postaci, jak i aktorowi do Jokera Heath'a, ale Hardy nie hańbi legendy antagonistów. Bardzo dobra rola, która w filmie kończy się w sposób tak bardzo rozczarowujący, że aż bolesny.
    Obsadzenie Hathaway jako Kobiety Kot (nazwa nie pada w filmie ani razu), wzbudzało moje silne wątpliwości. Anne to wybitna aktorka, jedna z niewielu naprawdę dobrych. Ale jakoś nie pasowała. I rozczarowałem się... pozytywnie! To co z góry założyłem, że zawiedzie - jest najmocniejszą stroną filmu. Gra Hathaway jest perełką. Pierwsze sceny z nią pokazują jak ogromne ma umiejętności - od niewinnego kotka do kocicy z pazurami. Jest ostra, inteligentna, seksowna i perfekcyjnie przygotowana. Ma najlepsze dialogi w filmie, cięty język. Lekka arogancja nasuwają na myśl żeńską wersję Tony'ego Starka. Jeśli wytwórnia chciała by zrobić spin-off (których jestem zażartym wrogiem!) - to niech mnie diabli - umrę z zachwytu. Ilekroć Anne pojawia się czy to w kostiumie, czy to bez niego - kradnie pozostałym scenę luzem i polotem. Sama postać jest świetnie skonstruowana. Niczym komiksowa Kobieta Kot - zmienia strony w zależności od sytuacji. Definitywnie najmocniejszy element filmu.

    Fabuła, która była świetnie pomyślana, przy dwóch poprzednich filmach - leży i czeka na policzek od The Dark Knight i Batman Begins. Brak tu polotu, Nolan używa klisze z filmów akcji typu "B" (bomba atomowa w mieście? Pochodząca z założenia "życiodajnego reaktora"? Serio? Wybuchnie po dojściu licznika do 0 - więc trzeba się śpieszyć, żeby ją rozbroić. Serio? To było fajne owszem. W filmach z Chuckiem Norrisem ), wprowadza niepotrzebnych bohaterów (Ra's al Ghul), film jest przegadany - co zazwyczaj w filmach Nolana jest atutem, bo z rozmów dowiadujemy się najwięcej o bohaterach - tu to się nie sprawdza i wprowadza dłużyzny. Decyzje i wybory niektórych postaci nadal wprowadzają mnie w osłupienie, są nielogiczne i czasami wręcz głupie. Scenariusz jest dziurawy, w momentach newralgicznych - wręcz niezrozumiały. Między Bogiem, a prawdą - mało Batmana w tym Batmanie, historia skupia się na Bruce Wayne'ie, co wychodzi w kratkę - raz jest dobrze, a raz za długo i niepotrzebnie. Zupełnie nie przypomina pracy braci (scenariusz pisał tradycyjnie także Jonathan) Nolan, bardziej wygląda jak praca domowa pisana na kolanie w autobusie. Bracia poszli za daleko we wszystkim - w wybuchach, w gadżetach, w wycieczkach bohaterów, w masowych scenach (owszem robią wrażenie, ale są nie autentyczne...), w intrydze (poszedł za daleko i zostawił mnóstwo dziur w scenariuszu - niemądrze - kto uwierzy, że mieszkańcy miasta ucieszą się na wieść, że dostali miasto dla siebie z rąk szaleńca, który mimo wszystko ich zastrasza?), w nawiązaniu do dzisiejszej ekonomii (okupacja Wall Street), w ilości ukazanych śmierci - ostatni element zawodził w poprzednich częściach - tu reżyser odbija to sobie z nawiązką, co niekoniecznie wychodzi filmowi na dobre. I po co zostaje uchylona furtka dla możliwych kolejnych części? Nie wieże, że to pomysł reżysera. Czyżby Nolan uległ wytwórni? Zadowala ledwie kilka elementów - walka Batmana z Bane'em, Selina Kyle i może historia Blake'a i oczko puszczone do fanów związane z tym bohaterem na końcu filmu. Na to czekałem 4 lata?
     Ale bardziej niż wszystko w tym scenariuszu - co mogę zrozumieć, ograniczeniem czasu projekcji, budżetem, walką z wytwórnią i innymi wymówkami - boli zakończenie. Bez jaj. W stylu hollywoodzkiego happy endu. Rozczarowuje, wbija nóż w plecy. Kończy się jak w wspomnianych filmach akcji klasy "B". Dobro zwyciężyło, zło odeszło, wszyscy są szczęśliwi. Wszyscy... W The Dark Knight, dobro miało swoją cenę. Wysoką cenę.
    Legenda się nie skończyła. Legenda dostała kosę w bebechy i powoli umiera. Powoli, bo nie umarła od razu - mimo wszystko jest to niezły i tylko niezły film. I to jest tak bardzo rozczarowujące - dwa wybitne filmy, zamyka film niezły. Wręcz przeciętny.

   Ocena ***1/2 wydaje mi się odpowiednia. Nie jest nad wyrost, ale też nie krzywdzi filmu. Ot kolejny "super hero movie". Niestety. Doszukać się można analogii do trylogii Godfather. Genialny pierwszy film, który niespodziewanie zostaje zdystansowany przez jeszcze lepszą kontynuację. A trzeci film, to taki niepotrzebny bękart, który miał przejąć "rodzinny interes" jednak koncertowo zawodzi na całej linii, bo - pomimo iż nie jest aż tak zły - nie dorasta swoim poprzednikom do pięt. Szkoda.

   Film Nolana oglądało by się lepiej, gdyby... nie zrobił go Nolan. Od tego reżysera należy oczekiwać wielkości - bo taki jest. Wielki. Dziś jeden z najwybitniejszych. Jednak nikt nie robi wszystkiego cały czas dobrze - nawet jeśli jest się geniuszem. Każdy musi się potknąć i upaść. A przecież upadamy, by nauczyć się jak się podnieść. I dlatego czekam. Czekam na kolejny projekt Nolana, bo wiem, że następnym filmem zachwyci. In Nolan I trust!