Każdy ma swojego bohatera. Tego ulubionego. Tego, który jakoś wpłyną na nasz, nasze wartości i cele. Niektórzy dość dosłownie MAJĄ bohatera. Takiego, z kart komiksów, z supermocami, z przeciwnikami tak niebezpiecznymi, że strach! Dla jednych to Superman, dla innych Batman, Ironman, czy Spiderman właśnie. Moim oczywiście jest Batman - ze swoją zachwianą moralnością, intelektem i ... brakiem supermocy! Przez co tak łatwo się z nim utożsamić. Ale nie o nim dziś, dziś o bohaterze, z którym równie łatwo się utożsamiać, zwłaszcza, w czasach gdy dziecięciem <nastolatkiem właściwie> się jest. Spiderman. Zwykły, pierdałowaty nastolatek ze swoimi problemami, kawałem tajemnicy rodzinnej, wychowywany przez wujostwo, które ukształtowało go na człowieka dobrego, acz skrytego. Czyli szarak w tłumie przeciętności. Oprócz inteligencji i wiedzy matematyczno - fizycznej <bleh> nie różni się od 3/4 nastolatków. I tu tkwi fenomen Spidermana. Pomimo zyskania - dość oczywistych i chyba wszystkim znajomych - supermoc, nadal taki pozostał, wykorzystując, niczym Zorro, swoją wcześniejszą "pierdałowatość" do pozostania niezauważonym przez swoich wrogów. No i pozwolił nam uwierzyć, że każdy może być superbohaterem. Wystarczy dać się w odpowiednim czasie ugryźć przez coś napromieniowanego!
Film to rebot tematu, który reżyser Sam Reimi i aktor Tobey Maguire podjęli w 2002 roku swoim filmem Spider-Man. Tamten film - pierwsze tego typu spojrzenie na legendę Człowieka Pająka - okazał się sukcesem komercyjnym, jak i zyskał przychylność większości fanów. Mi też diabelsko się podobał, pomijając fakt, że Maguire to żaden aktor i do tej roli się nie nadawał. Nawet jak na Spidermana - był zbyt, cóż, "ciotkowaty" do roli. Pomijam już słaby warsztat aktora. Jednak Spider-Man (****) przyjął się genialnie, kontynuacja - owszem słabsza - też zyskała zwolenników. Po Spider-Man 2 (***), przyszedł cios jakim był Spider-Man 3 (*) i temat Pajączka ucichł na kilka lat. Mówiono o kolejnej kontynuacji ze wspomnianym wcześniej duem - ale na planach się skończyło. Wytwórnia zdecydowała, zapewne na fali sukcesu rebotu Batmana, na nowe rozdanie. I tu zaczyna się nasza przygoda.
Tak długi wstęp był potrzebny, żeby zrozumieć, czemu w ogóle ten film powstał. Początkowy sukces i następująca po nim porażka filmów Reimi'ego, fala popularności nowych "Batmanów". Mamy tu jednak do czynienia z początkiem filmu niemal identycznym <a na pewno zbliżonym> do filmu z 2002 roku. Peter Parker to dzieciak z problemami, czujący pustkę po rodzicach <tu ten wątek jest rozwinięty>, mieszkający z moralnie nieskazitelnym wujostwem, szaleńczo zakochany w dziewczynie "out-of-his-ligue". Zmieniła się też dziwczyna. Rudowłosą MJ, zastąpiła blond Gwen Stacy. Oczywiście jest moment ugryzienia i odkrywania mocy. I dalej Marc Webb idzie swoim własnym szlakiem. Amen.
Oprócz kosmetycznych zmian z początku filmu, zmienia się przeciwnik, zmienia się sam Peter Parker. Wydaje mi się, że bardziej niż śmierć wujka - kieruje nim chęć poznania prawdy o rodzicach. Oczywiście zejście wujka Bena <przy którym walnie, swoim zaniechaniem, przyczynił się sam Peter> wpływa na Spidey'a <nie padają popularne słowa o odpowiedzialności! QoS all over again!>, ale nie ma tu takiego nacisku na to jak w filmie z 2002 roku. Norman Osborne, Green Goblin, jest tylko zakomunikowany w tej części. To Jaszczur jest głównym przeciwnikiem, co dla filmu okazuje się lepsze. Nie jest to tak złożona postać, nie jest tak znana - można poszaleć. Green Goblin zapewne pojawi się w następnej części. Sam Jaszczur - jest tylko dodatkiem, a nie ważną częścią historii, przez co skupiamy się głównie na Spidermanie i ... Piterze Parkerze.
Świetny zabieg Panie Reżyserze. Reimi w swojej wizji skupiał się na bohaterze i jego wrogach, jak na równoważnych postaciach. Webb dając nam trzeciorzędnego "villan'a" ukazuje nam Parkera jakiego znamy z komiksów. Skrytego, acz ironicznego, dowcipkującego i trochę "hejtera". Scenarzyści pokusili się też na dodanie nowej pasji - deskorolki. Do sztandarowego zajęcia jakim jest robienie zdjęć <ale czemu dali mu taki hipsterski aparat...?> dodano właśnie deskorolkę. Troche mi to nie leży, bo to już jakiś sport, a Parker raczej sportów się nie imał. Reżyser samą historię prowadzi bez zbędnego udziwniania, acz zdarzają się momenty lekko wiejące "kichą". Troche się czepiam o take rzeczy jak fakt, że nagle licealiści potrafią <właściwie licealistka> zrobić antidotum na truciznę Jaszczura. Ale to komiks, tu nie ma zmiłuj!
Troche o aktorach. Andrew Garfield jako Parker/Spiderman. Nie wiem kto go wybrał - ale dzięki Ci człowieku. Po miernym Maguire'u Garfield to nowa jakość. Wygląda jak typowy nastolatek <acz dawno nim nie jest>, ma odpowiednią "stłumioną charyzmę" i wycofanie, połączone z niezwykle ciętą ripostą. Ideał. Dodatkowo to aktor o kilka lat świetlnych wyprzedzający poprzednika. Cierpi. Tęskni. Kocha. I ja mu wierzę.
Moja ulubienica - Emma Stone, czyli Gwen Stacy. Po drewnianej Kirsten Dunst <w pierwszym Spider-Man'ie podobało mi się wszystko oprócz tej dwójki>, też jest powiewem świeżego powietrza. Gra inną postać, ale jest dużo żywsza, naturalniejsza i po prostu jest ciekawsza. Decyduje o tym także postać, którą gra - Gwen jest ogarnięta i sama o siebie zadba. Nie czeka na ratunek swojego bohatera. Czasem sama go uratuje.
Rhys Ifans, jako Dr. Connors znany także jako Jaszczur. Nad tą częścią roli, gdzie gra przerośniętą jaszczurkę - nie ma sensu się skupiać. Jest k i tak powinno być. Ale facet ma w sobie coś niezwykle magnetycznego. Jako Connors'a kupiłem go w całości. Wprawdzie nie wejdzie do elitarnego zbioru złoczyńców, których kochamy, ale definitywnie Ifans dał radę ukazać rozterki naukowca, tęsknotę za przełomem i rozdarcie między szaleństwem a efektywnością badań. Ciekawie. Wielki plus filmu.
Aktorzy trzecioplanowi, to na tyle uznana marka, że nie ma się co rozwodzić - lepiej niż poprawnie. Przekomarzanie się Cioci May i Wujka Bena - rewelacja. Czyli doszliśmy do konkluzji. The Amazing Spider-Man to film, który cechuje się ciekawym znamieniem. Nie powstałby gdyby nie Spider-Man z 2002 roku. Jest jego naturalnym następcą. Młodszym bratem, którego rodzice wychowali nie popełniając błędów, które trafiły się przy starszym dziecku. To wcale nie oznacza, że pierwszy film jest gorszy! Nie! Jak na swój okres spełniał oczekiwania i to aż nad to! Jednak dekadę później <to już 10 lat...>, nowa ekipa wyciągnęła nauki z osiągnięć poprzedników. Mamy lepiej dobranych aktorów, bardziej skupiamy się na samej głównej postaci, odstawiając jej skomplikowane relacje z wrogami trochę na boczny tor. Wreszcie, dzięki temu zabiegowi - mamy bardziej komiksowego bohatera, z lepszym podłożem na kolejne filmy. Więc czemu daję pół gwiazdki mniej, niż filmowi Sam'a? Jak już zauważyłem - tego co mamy dziś nie było by bez poprzednika. The Amazing Spider-Man to spadek. Wcale nie jest filmem gorszym, jednak jest poniekąd "przepisaną pracą domową" przez leniwego, acz inteligentnego dzieciaka. Takim na pewno jest Marc Webb. To wcale nie jest zarzut! Jeśli Hollywood ma się zajmować kolejnymi projektami typu "trzeci rebot Batmana", "czwarty Hulk" itp, to niech robi to w ten sposób. Ewoluując. A nie cofając się do niższego poziomu zrozumienia postaci, byle by coś eksplodowało w tle.
Koniec, końców. Oglądając The Amazing Spider-Man bawiłem się świetnie. Przed oczami miałem czasy oglądania kreskówki w telewizji, bo i klimat jest podobny. Film jest młodzieńczy, brawurowy, cięty, Spider-Man musi się podobać. Owszem bywają zgrzyty, ale cóż. Komiksy rządzą się swoimi prawami. I niech kradną nam wyobraźnię ciągle i w ciąż!