czwartek, 23 sierpnia 2012

Maroon 5 - Overexposed (*1/2)

    Moja pierwsza recenzja płyty, miała być tak samo ważna i emocjonalna jak mój pierwszy tekst na temat filmu. I tak samo jak w przypadku filmowego debiutu - zawiodłem się. Zawiodłem się podwójnie. O ile The Dark Knight Rises zawiódł, bo nie dosięgnął poziomu genialnego poprzednika zatrzymując się na przyzwoitym średnim stopniu, o tyle liczyłem, że nowa płyta Maroon 5 - zmaże plamę z honoru jakim była porażka Hands All Over. Nic z tego. Jest gorzej. Dużo gorzej. Jest tragicznie.

    Niepokojące były już wywiady ""Kasztanowych" po wydaniu Hands All Over. Płyta legła jeśli chodzi o ilość sprzedanych krążków, chłopaki sami przyznawali - nowa przyjdzie wcześniej niż się spodziewamy. No na czymś trzeba zarabiać... I chyba tym tokiem myślenia kierował się zespół.

    Overexposed to 110% pop. Ok - już poprzednie wydawnictwo było bardziej popowe niż dwa pierwsze krążki. Liczyłem, że "Kasztanowi" pójdą po rozum do głowy i wrócą do korzeni pop-rock'owych. Chyba dalej tak naiwnie myślałem, mimo iż w radiu i telewizji latały takie porażki jak Moves Like Jagger i nowy singiel - Payphone <matko....>. Nic z tego! Mamy 110% popu!! Żeby to był jeszcze pop z górnej półki! NIC Z TEGO! To ledwo średni pop. Mamy tu typowe, wypłukane z emocji, uczuć i talentu pioseneczki poziomu Seleny Gomez, czy amerykańskich boy bandów. Bardzo starałem się znaleźć jakś dobry kawałek. Ladykiller. Jedyna, która w małym promilu stara się nawiązać do poprzednich dokonań grupy <to smutne, samotne solo...>. Naprawdę musiałem się napracować, żeby chociaż tę jedną piosenkę w najmniejszym stopniu pochwalić. Bo pozostałe numery to nóż wbity w serce prawdziwych fanów Maroon 5. Fanów, którzy oszaleli na punkcie Songs About Jane (*****), docenili It Won't Be Soon Before Long (****). Którzy przesłuchali ich piosenki z czasów, kiedy jeszcze się nazywali... Kara's Flowers. Otóż Overexposed wbija ten nóż totalnie nowym, fatalnym stylem. O ile na Hands All Over (**1/2) znalazłem 3-4 piosenki nawiązujące do stylu z czasów SAJ, tu mamy wszystko, absolutnie wszystko, grane na jeden bit <Jezu... piszę recenzję nowej płyty Maroon 5 i użyłem słowa "bit". Gdyby to był list - dostrzeglibyście małe ślady łez>. Mamy tu każdą melodię graną na jedno kopyto, prawie w ogóle nie słychać, że to Ci panowie kiedyś grali świetne solówki, wzruszali cichym szarpaniem strun gitary, budzili emocje świetną pracą perkusji i basu. Tu tego nie mamy. Mamy generowane dźwięki w stylu Backstreet Boys. Nie ukrywam, że jeśli jakaś piosenka pojawi się na imprezie na której się znajdę - będę się bawił jak szalony. I to jest smutne.

    Czy utrzymali wysoki poziom w tekstach? Boże nie. Teksty są denne, bez emocji, linijki są krótkie i rymują się na siłę, a co drugie słowo kończy się bezsensownym ohhhh, ahhhh, hej, czy innym ooooooooooooooooooooouuuuu. Te "głębokie" pojękiwania wypełniają 1/2 płyty. Tego nie da się słuchać. Gdzie się podziały naprawdę głębokie, mocne teksty jak z The Sun, czy She Will Be Loved? Gdzie ciekawe porównania z This Love? Co się stało z metaforami jak w Makes Me Wonder? Nie ma. Za to pojawiło się przeklinanie, współpraca z raperem z nikąd i dość płyciutkie teksty o niczym. Boli.

    Smutne jest to, że jeden z ciekawszych zespołów jaki wyprodukował amerykański rynek muzyczny tak się kończy. Chłopaki kreują się <zwłaszcza frontman> na nie wiadomo jakich rock'owych zakapiorów, a dali się "spopić" jak co drugi dziś zespół. Ja nie wiem - czy zapomnieli jak grać na gitarze? Perkusista nie wziął pałeczek? Basiście pękły struny? Jesse Carmichael, mózg zespołu - gitarzysta, klawiszowiec i tekściarz - odszedł z Maroon 5 "na czas nieokreślony, by oczyścić samego siebie". Ja myślę, że nie wytrzymał tego materiału. Tu nie ma nic dobrego. Kiedy usłyszałem co zrobili z piosenką Wasted Years, którą
świetnie zagrali na pierwszej koncertówce jako potencjalny materiał na nową płytę - serce mi pękło. Myślę, że Jesse'iemu też. Maroon 5 podzieliło los Radiohead, Muse, Linkin Park, a ostatnio słyszę, że też punkowców z The Offspring. Zapomnieli korzeni, zapomnieli talentu, dali się omamić całemu sztabowi producentów <dla porównania: SAJ wyprodukowało dwoje ludzi. Nowy materiał wyprodukowało prawie 15 osób...>, dali się ponieść dzisiejszym płytkim standardom.

   Płyta pewnie sprzeda się świetnie. Trafi do wszystkich tych, którzy szukają w muzyce niczego. Bezsensownej rozrywki. Czyli trafi do 3/4 słuchaczy. To nie dla mnie. Pełen smutku i żalu idę posłuchać genialnego long play'a - Songs About Jane. To były emocje.
Nowych fanów łatwo zyskać, sprzedając się wytwórniom i zmieniając styl na "nijaki", śpiewając o niczym. Ale jeszcze łatwiej jest stracić prawdziwego fana. Tego, który kochał, gdy grało się muzykę nie łatwą, a prawdziwą.
Bo jakoś trzeba zarabiać...

niedziela, 12 sierpnia 2012

"Change came in disguise of revelation"

Co to był za dzień.

Postanowiłem zrobić coś szalonego. Od razu zaznaczam, że dla większości to będzie zupełnie nie-szalone, wręcz przeciętne. Dla mnie to było wariackie. Wyjątkowe. Bardzo ważne.

Generalnie jestem domatorem i jeśli już gdzieś jadę - to raczej niedaleko, albo w zorganizowanym wypadzie. Więc moim szalonym dniem był jednodniowy wypad do Krakowa na koncert. Prawie bez pieniędzy. 8 godzin autem, za które serdecznie dziękuję i już wspominam z uśmiechem oraz 7 godzin samej zabawy. Dla młodych ludzi to brzmi jak udany weekend. Dla mnie jak przygoda i wyzwanie. Young die hard. Czyż nie?

Ale nie tylko o swoim "szaleństwie" chce napisać. Co to kogo obchodzi? Chcę napisać o koncercie. Działo się. To był mój pierwszy wypad na Coke Live Music Fesitval, drugi na fest w Krakowie <poprzedni dwa lata temu - Selector>. Niestety tylko na jeden z dwóch dni, ale za to z jakim zespołem! The Killers. 15 milionów sprzedanych płyt, psychoza pod barierkami i ponad 150 milionów <sic!> odsłuchań na last.fm niech przemówi samo za siebie. Jedni z moich ukochanych. Jedni z najwspanialszych. Ale oni mieli zagrać ostatni.

Po raz kolejny bardzo pozytywnie zaskoczył mnie zespół hip-hop'owy. Po ciekawym koncercie De La Soul na OWF, muszę przyznać, że średnio mi znani The Roots <aż takim ignorantem nie jestem. Troszkę o nich słyszałem> dali prawdziwy pokaz... rock'n'roll'a! Chłopaki z The Roots nie zatrzymali się jak większość kolegów po fachu na samplach i wtórnych bitach. The Roots to zespół pełną gębą - jest wokal, perkusja, bas, klawisze i gitara. Ale tak jest na każdym koncercie, nawet hip-hop'owym. Tu było coś jeszcze. Talent. Każdy miał swoje 5 minut. Wokalista rapował przez pierwsze 30- 40 minut koncertu, a band był tylko.. bandem. Z tego fragmentu koncertu naprawę wpadł mi kawałek Fire. Świetny tekst i wspaniałe wykonanie. Ale w kolejnej fazie show sytuacja się odwróciła. Wokalista był aktywnym statystą swojego zespołu. Talentem popisywali się perkusista <staniki na perkusji: > i bębniarz. Trwało to dobre 20 minut i widać było, że mają świetną zabawę jam'umąc na scenie. Potem swoją chwilę miał gitarzysta. I muszę powiedzieć, że byłem w szoku. Facet miał tak wielkie umiejętności, że nawet przy moim szacunku i uwielbieniu dla gitarzysty The Killers - kolega z The Roots przewyższał go umiejętnościami. Jam'ował, szalał, grał świetne riffy. Kontakt z publiką miał lepszy niż niejeden frontman. Świetne dawał chórki, zwłaszcza we wspomnianej wyżej piosence. Koncert zapamiętam także z momentu w którym pojawiły się fragmenty cover'ów takich kawałków jak Sweet Child of Mine i Immigrant Song. Wtedy nawet ja podskoczyłem kilka razy pod sceną. Po kilku chwilach na koncercie Pezeta, rapującego pod jeden bit o byciu gnojem <?> - zobaczyłem przepaść między "nami" a "nimi". The Roots to klasa, talent, luz i polot. Na scenie i pod nią była szampańska zabawa. Świetny występ zapowiadający to co miało nadejść następne.

The Killers. Dziś jedni z ostatnich, którzy pozostali wierni swojemu stylowi. Oczywiście ich muzyka zmieniała się na przestrzeni 3 wydanych longplay'ów. Ale zawsze lawirowali w swoim terytorium. Połączenia alternatywnego rock'a z odrobiną indie i... elektroniki. Nienawidzę elektroniki. Bazylion zespołów się zmarnowało po dodaniu syntezatora do ekwipunku. Ale im to pasuje. The Killers to zespól na tyle utalentowany i inteligentny, że nie zamienił głównej roli gitar i perkusji z syntezatorem, jak zrobiło to kilka zespołów. Dla nich syntezator to tylko dodatek dla uzyskania ciekawszego brzmienia. Operujący nim w zespole wokalista, Brandon Flowers - na tyle zgrabnie obsługuje się tym sprzętem, że rock'owe korzenie Killersów na tym nie tracą. Pierwsza płyta to hołd dla dokonań muzycznych Wielkiej Brytanii lat 80. Druga to oda do amerykańskiego stylu. Trzecia, bardziej popowa, to próba szukania  świeżych brzmień. Czekam na czwartą.

Weszli na scenę jak gdyby nigdy nic. I od razu zaczęli od Somebody Told Me. Myślałem, że umrę. I nie - nie chodzi mi tu o "myślałem, że umrę, bo tak strasznie, strasznie kocham tę piosenkę" - chodzi mi o autentyczną, prawdziwą i namacalną śmierć. Ludzie oszaleli. Kilka osób już na początku wyszło z oznakami wyraźnego omdlenia. Nie wytrzymali ścisku, emocji, szaleństwa. Później było już tylko lepiej. Wspaniałe show z najlepszymi kawałkami zespołu. Read My Mind, Human, Mr. Brightside, Jenny Was a Friend of Mine, czy Dustland Fairytale i All These Things That I've Done wyznaczyły trendy w dzisiejszej muzyce. Czekałem na każdą z nich i wszystkie razem. Wszystkie się pojawiły, ale dostaliśmy też próbkę nowej płyty. Oprócz Runaways, które już lata po stacjach radiowych i muzycznych, zespół zagrał też Miss Atomic Bomb i From Here on Out. Zwłaszcza druga - szybka, energiczna piosenka - wpadła mi w ucho. Nowa płyta zapowiada się świetnie.
Zespół po krótkiej przerwie, wszedł na scene przebrany - Brandon w koszulce z godłem Polski! - i kończąc pierwszy dzień CLMF, drugi koncert w Polsce zagrał trzy ostatnie piosenki, encore koncertu, to wspomniane Jenny Was a Friend of Mine <ta linia basu!!!> i From Here on Out oraz When You Were Young. Te ostatnie 10 minut i krzyki "I've got a soul, but I'm not a soldier!" - to czysta magia jaką może wywołać tylko synteza zespołu i jego fanów. Gromki śpiew, skakanie, a na koniec wzajemne podziękowania i rzucanie gadżetów.

Co to był za dzień. Koncerty były wspaniałe. Podróż była wyzwaniem - ale w dobrym towarzystwie i to okazało się przygodą. Mój szalony dzień okazał się sukcesem. Na myśl o możliwym następnym takim wypadzie, o następnej przygodzie - na moich ustach pojawia się lekki szelmowski uśmieszek i poczucie ekscytacji. Kiedyś na samą wzmiankę o tym - przykuł bym się do łózka i wskoczył pod kołderkę. Coś się zmieniło. Chyba zaczynam wylatywać z jarzma "matczynej miłości" i ewoluuję. A może to rewolucja? Czas zwiedzać, poznawać. Oglądać i przeżywać. Warto czasem zrobić coś szalonego.

Change came in disguise of revelation

wtorek, 7 sierpnia 2012

Martha Marcy May Marlene (****1/2)

                                                                    She's just the picture.


      Dobry film, ze świetną obsadą, ciekawą historią i świeżym pomysłem na reżyserię.
Film to studium uzależnienia. Uzależnienia od ludzi. O zagubieniu. Braku zrozumienia i bliskości. O tym jak te braki są zgubne.
     Matha to młoda zagubiona nastolatka. Z historii dowiadujemy się małymi kroczkami <jak ja uwielbiam powoli rozwijające się, nudne filmy>, że w rodzinie się nie układa. Trafia do domorosłej sekty, gdzie każdy jest równy, a jej lider najrówniejszy. Organizuje na małej farmie życie, komunę dla młodych ludzi, których świat nie zrozumiał. Daje im schronienie, uwagę i to zrozumienie właśnie. Jest mentorem i nauczycielem, jest charyzmatyczny, uroczy. Orator i sprzedawca kłamstw. Kupuje ich słowami, bo jako jedyny ich słucha. Jako jedyny mówi tylko do NICH. Tak im się wydaje. Pod parawanem sielanki pojawiają się zgrzyty - "rytuały" oczyszczenia, kradzieże, nawet śmierć. Martha na początku uwielbia nowe życie. Staje się Marcy May. Staje się częścią organizmu. Jest szczęśliwa.
Ale nie jest bezpieczna.
      Jednak z czasem odkrywane sekrety i następujące wydarzenia otwierają oczy Mathcie. Pozostawia Marcy i wraca do siostry. Ta razem z mężem, przyjmują ją pod dach, próbując jej pomóc w swoim nowobogackim stylu. W stylu ludzi sukcesu i pieniędzy. Próbują jej pomóc, ale nie próbują zrozumieć. Martha jest bezpieczna, ale nie jest szczęśliwa.
       Film to studium sekty. Pokazuje jak "wyższe wartości" nas ogłupiają. Ale czym różni się od Kościoła? Czym Patrick różni się od księdza z parafii? Czym ich rytuały, różnią się od rytuałów Katolików, Żydów, czy Muzułman? Owszem - to co proponuje sekta, to zazwyczaj jest skrajna extrema, ale sens rytuałów pozostaje ten sam. Po co się ogłupiamy i szukamy wolności i pocieszenia w czymś co nie istnieje, a o egzystowaniu sił wyższych/szczęścia zapewniają nas księża bez wiary czy liderzy sekt? Dlaczego tak często dajemy się ogłupić ludziom, którzy nie mają NIC do powiedzenia, nie mają nas czym zainteresować, jednak im ufamy, bo nas tylko wysłuchali. Smutne.
       Siłą filmu jest aktorstwo. Nie spodziewajcie się nie wiadomo jakiej akcji. Film mocno aktorem stoi!
John Hawkes jako lider sekty jest świetny. Anemicznie chudy, brzydki. Ale szarmancki. Wyrozumiały. Wie co trzeba zapewnić młodym ludziom i im to daje. Kilka słów z nim i Martha decyduje się zostać. Hawkes też hipnotyzuje, mimo, że na ekranie jest rzadko i mało mówi. Wiele "wie" i umie trafić do swoich podopiecznych. Zwłaszcza do kobiet. Świetny. I ta piosenka...
Rośnie męski odpowiednik Marissy Leo w kinie niezależnym. Kiedy Oscar?
        Ale nawet on przegrywa z Elizabeth Olsnen. Znajome nazwisko? Tak to młodsza siostra TYCH Olsenek! Zupełnie inna. Uroczo pulchna, z pyzowatą buzią i nieklasycznie ładna. Odważna. Gra cielesnością, gra twarzą, ale z minimalizmem. Minimalizm jakim ukazała Marthe/Marcy zasługuje na wielkie brawa. Bywa cicha, wycofana,zagubiona i przestraszona, ale ma też różne ataki, które przerażają biorąc pod uwagę wcześniejszy skąpy zakres ruchów i gestów. Jej rozmowa ze szwagrem o życiu oraz z siostrą o dziecku - brawa! Przed nową-lepszą Olsenką otwierają się drzwi do wielkiej kariery. Niech ten potencjał się nie zmarnuje!
        Reżyser! Sean Durkin GENIALNIE operuje historią. Jest też scenarzystą, więc rozumie  historię, bohaterów oraz ich decyzje. Wybitnie czuje film. Marthe pokazuje zazwyczaj z bliska. Marcey raczej na szerszym planie. Świetnie przeskakuje między teraźniejszością a wspomnieniami z sekty. Wykazuje się też błyskotliwym pomysłem na tytuł filmu. W prawdziwe imię i nazwisko bohaterki wstawił imię i nazwisko jej alter ego. Film i reżyser <młody chłopak!> przywracają nadzieję na amerykański film. Znakomita końcówka także zasługuję na uwagę. Martha uciekła z sekty. Ale czy ta nie będzie chciała wchłonąć jej z powrotem? Widzę godną rywalizację dla Alexandra Payne'a!
         Szczerze polecam. Film jak najbardziej godny uwagi. Ambitne kino. Ważne. Może i się wynudzicie oglądając, ale zobaczcie. Zastanówcie się i wczujcie. Nie pożałujecie. Małe wielkie kino!

...I ta piosenka! She's just the picture.


https://www.youtube.com/watch?v=9NGQD63qAOw&feature=player_embedded

Shame (*****)

    Wspaniały film. Wspaniały duet. McQueen i Fassbander. Genialny i genialniejszy. Pierwszy umiejętnie operuje kamerą i scenami <kamera pozostaje w miejscu, nawet jeśli bohaterowie już opuścili plan>. Cechuje się dość surowymi metodami reżyserskimi. Film toczy się powoli, od sceny do sceny. Zwraca uwagę na detale. Rzeczy, miny, akcje, gesty. Poznajemy bohaterów - ich imiona, nazwiska, profesje - ale to niemalże wszystko. Nic nie wiemy o ich przeszłości, tylko zakładamy. To co wiemy, to fakt, że mają problemy. Reżyser wprowadza nas w tę historię powolutku. Jednak film przyśpiesza gdy bohaterów doganiają ich demony. A demony znajdziemy straszliwe. Sex, zdradę, chęć bliskości.
    McQueen stworzył historię dzisiejszych 30 latków. Dziś liczy się sukces i bezgraniczna cielesność. Uczucia to słabość. Uczucia należy zniszczyć, by osiągnąć ten upragniony sukces.
     Brandon jest sexoholikiem. I to nie jest problem. Żyje w swoim świecie sexu, od jednej kobiety do drugiej, od jednego hardporn, do drugiego. Nikogo nie krzywdzi. Swoje kobiety uświadamia, informuje, że to co ich połączy jest jednorazowe. Nie przeszkadza mu to w wykonywaniu swojej pracy. Problemem stają się zobowiązania. Pojawia się siostra. Pojawia się kobieta mówiąca o zaangażowaniu. Pojawiają się problemy. Sex staje się mniej przyjemny, Brandon staje się żądny nowych, ryzykownych wyzwań. I właśnie to przedstawia ten film. Jak zniszczonym pokoleniem jesteśmy/będziemy, jak boimy się zaangażowania. Z historii można wywnioskować, że główny bohater i jego siostra nie mieli łatwego dzieciństwa i nie mają łatwych relacji. Są popaprani. Zniszczyli ich rodzice? Szkoła? Środowisko, w którym się obracali? Wszystko po trochu? Nie wiemy. Nie ważne. Ważne, że nie ma nikogo na kim polegać. Dążymy, jak Brandon i jego siostra, w naszym popapraniu do autodestrukcji, bo otwarcie się na ludzi, nawet tych najbliższych, oznacza dziś porażkę i słabość. Uciekamy w sex, samobójstwa, depresję.
     Michael "Fassy" Fassbender. Dlaczego on nie nie dostał nominacji do Oscar'a? Facet wykonujący od dobrych 4 lat genialną pracę nie zostaje nawet doceniony. Wstyd. Prawdziwy shame. Kontynuuje modę w Hollywood na nagość wśród aktorów. Gra grymasami, mimiką, twarzą, cielesnością. Gra wszystkim co ma. Oddał się McQueen'owi i nie powinien żałować. Świetna rola. Bolesna. Trudna. Paskudnie świetna. Trudno napisać coś więcej. Majstersztyk.

Shame to film godny polecenia, ale dla ludzi chcących przemyśleń i zaangażowania <o ironio> w film. Z czystym sumieniem daje maksymalną ocenę - ***** Bo jest to film trudny. Mocny. Popaprany. Miejscami obrzydliwy. Obrzydliwie prawdziwy i realny.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Prometheus (***1/2)

     Ridley Scott wraca do korzeni. Po ponad 3 dekadach wraca do kultowego dzieła, które otworzyło mu drogę do kariery reżysera. Seria Alien, którą Scott rozpoczął w 1979 roku okazała się wielkim sukcesem. Wszelkiego rodzaju maniacy kosmitów, kosmosu, ale nie tylko - zanurzyli się w przygodach Ellen Ripley (BOSKA! Sigourney Weaver) niczym Alien w ciałach swoich ofiar. Połączenie Sci-fi z horrorem, razem z oszołamiającymi jak na ten okres efektami specjalnymi, otworzyło nowy rozdział w historii kina. Obcy miał pojawiać się w trzech kolejnych, cieplej i chłodniej, przyjętych filmach. Aż do 1997 roku. Ostatnia część Aliena - przez jednych kochana, przez innych nienawidzona - zamknęła na długi okres czasu filmową historię Obcego. A dziś Scott odradza serię (podobno w nowej trylogii!) i sam wraca za kamerę. Jednak Prometheus, to zupełnie inny film. Prequel. Miał za zadanie ukazać "orgin" - narodziny Obcego. Zobaczmy co z tego wyszło...
     Przyszłość. Grupa naukowców odnajduje w różnych częściach świata, prymitywne malowidła plemion żyjących na danym terenie. Różni je miejsce, pochodzenie, czas. Prawie wszystko. Łączy je jeden i ten sam motyw - obraz gigantów i trzy koła. Wniosek - jesteśmy czymś w rodzaju eksperymentu rozwiniętej cywilizacji. Naukowcy nazywają ich "Inżynierami". Wyruszają więc w kosmiczną podróż, by odkryć prawdę...
    Tak pokrótce wygląda scenariusz i wstęp do historii. Dalej scenariusz serwuje emocjonującą zagadkę rodem z kosmosu i liczne zwroty akcji rodem z kina akcji oraz... scenariuszowe idiotyzmy. Chyba tylko The Dark Knight Rises może konkurować ze scenariuszem Prometheus'a w kategorii "Największe dziury logiczne i głupie decyzje bohaterów". Film ogląda się świetnie do połowy. Potem odniosłem wrażenie, że autorzy scenariusza i sam Scott, nie mają pomysłu na historię. Fani serii Alien też zostaną postawieni przed licznymi faktami, które pozbawione są sensu w perspektywie znajomości anatomii i działania Obcego. Może to będzie wytłumaczone w kolejnych filmach. Za co należy pochwalić scenariusz, to za mnóstwo symboliki i ciekawe postacie. Pierwsza scena filmu może nawiązywać do historii mitycznego Prometeusza. Ciekawe jest też zestawienie głównej pary naukowców - głęboko wierzącej Elizabeth i ateisty Charlie'go. Każde z nich szuka Inżynierów dla własnej ideologi. Elizabeth uważa, że ich odnalezienie potwierdzi istnienie Boga, lub da odpowiedzi na nurtujące pytania (-Jeśli oni stworzyli nas, kto stworzył ich?). Charlie w opozycji do swojej ukochanej (tak, tak mamy wątek miłosny) wierzy, że Inżynierzy ostatecznie podważą istnienie Boga. Rozmowa ostatniego z robotem David'em też jest warta uwagi (-Dlaczego ludzie mnie stworzyli? -Bo mogli -Czy gdybyś Ty to usłyszał, nie był byś zawiedziony?). Rola David'a na pokładzie statku Prometeusz (kolejny symbol i nawiązanie do mitologi) także jest niezwykle interesująca. Warto zwrócić uwagę jaki film ogląda David w czasie opieki nad statkiem...
    Jak przy tym nie równym scenariuszu wygląda reżyseria? Scott stara się wszystko nam wytłumaczyć i wprowadzić w historię małymi kroczkami, żeby potem zaserwować nam jazdę bez trzymanki. Jednak trudno się wczuć w film bez znajomości poprzedniej serii. No cóż - ryzyko zawodowe. Reżyser zmienia też znacząco klimat. To nie jest horror sci-fi. To kino akcji sci-fi z domieszką symboliki i religii <?>. Scott też zbytnio polega na efektach specjalnych w drugiej połowie filmu. Kiedy akcja się rozkręca i coś zaczyna się dziać - gubi logikę i sens na rzecz absolutnie wspaniałych efektów. W pierwszym Alien'ie, Obcym był facet w rajtuzach, a migające światełka były szczytem techniki. I filmowi to wyszło na dobre. Mimo wszystko czystym sumieniem przyznaję, że Prometheus w 3D na ekranie IMAX - zyskuje i nawet błędy logiczne nie rażą tak bardzo. Naprawdę warto iść do IMAXa na ten film. Wrażenie piorunujące. Jestem gigantycznym przeciwnikiem 3D, ale tu dałem się ponieść magii trzechwymiarów. W tych efektach bardzo dobrze się odnajduje nasz Dariusz Wolski. Zdjęcia stoją na wysokim poziomi i robią niesamowite wrażenie. Zwłaszcza plenery i... wnętrze statku. Widać, że Wolski i Scott wyczuli klaustrofobiczny klimat statku kosmicznego.
      Aktorstwo, tak jak wszystko w tym filmie, jest nie równe. Scott chyba nie bardzo wiedział jak z niektórymi pracować. Zacznijmy od plusów. Michael Fassbender jako android David. Brawo. Geniusz. Potwierdza swoją pozycję w Hollywood. Dziś jest prawdopodobnie w trójce najlepszych aktorów. Fass zrobił to co miał zrobić - zagrał robota. Proste? Nie wydaje mi się. Od aktora wymaga się gry emocjami. Okazywania ich ciągle i wciąż. Fassbender... tego nie robi. I chwała mu za to! Jest wypruty z emocji, zimny, wyrachowany. Kalkuluje. Zachowuje się jak maszyna obliczająca najlepsze dla swojej misji równania. Ma dziwne, lekko sztywne ruchy. Praktycznie nie ma mimiki. Nie zmienia głosu, czy maniery. Bo po co? Jest androidem. Nic nie czuje. Zagrać coś takiego i wyjść na debila - wielka sztuka. Fass - You did it again!
Bardzo dobrymi rolami popisują się Idris Elba i Charlize Theron. Pierwszy - kapitan Janek (nic swojskiego niestety) to kosmiczny kowboj. Jego statek to jego rumak. Jest wyjęty z naszej epoki. Przywiązany do starej muzyki, t-shirt'ów. Skrajnie odważny i opanowany. Elba czuje się w tej rol jak ryba w wodzie. Zawadiackim uśmiechem, gestami i stylem bycia dodaje Jankowi własnego uroku. Brawo. Theron jako Meredith Vickers - koordynator misji - jest podobna do David'a. Zimna, wyrachowana i ciągle kalkulująca. Nie będzie miała problemu z zabiciem członka załogi, jeśli zagraża on misji. Pod wątpliwość zostaje wystawione jej człowieczeństwo. I Theron wybitnie daje sobie z tym radą, bo... nie gra jak Fassbender. Jest odrobinę bardziej ludzka, czuje, co widać w filmie. Kolejne brawa!
I ostatnia ważna postać w filmie. Wydaje się - obok David'a - najważniejsza. Elizabeth Shaw - Naoomi Rapace. Wydaje mi się, że jest to rola, postać, która miała zastąpić niezastąpioną Ripley. I, niestety, Rapace ulega legendzie. Mam wrażenie, że to miała być heroina naszych czasów- nie tyle silna jak na kobietę i nie walcząca, a polegająca na sprycie i inteligencji oraz intuicji. W "kosmicznym filmie akcji" się to ewidentnie nie sprawdza. Tak ważna postać, a jest zagrana sztucznie, jakby na siłę. Słychać silny akcent Naoomi, mimo, że w retrospekcjach jako dziewczynka, Shaw mówi płynnym angielskim z wyraźnym i czystym akcentem. Przez cały film wygląda jakby była wiecznie speszona. To jej postać funduje nam najwięcej "dziwnych" decyzji i to z jej postacią wiążą się dziury scenariuszowe. Oczywiście to nie wina aktorki, ale na pewno jej to nie pomaga w ogólnej ocenie.
     W ogólnym rozrachunku - mimo wszelkich zarzutów - wyszedłem z kina zadowolony i oczarowany. Żyłem filmem, historią i znaczeniami pojawiającymi się w nim, długo po seansie. A czyż nie jest to istota dobrego filmu? Błędy scenariusza i brak logiki rekompensują nam genialne efekty. Sztuczną i skrępowaną Rapace rekompensuje nam wspaniały, idealny Fassbender. Warto. Warto iść dla niego i dla wizualnego orgazmu. Jeśli jesteś fanem Alien'a - warto by na nowo wgłębić się w to uniwersum, które straszyło nas po nocach w latach młodości. A jeśli w życiu nie widziałeś serii i Cie to nie jara - także warto, bo to inny film, z innym klimatem i małą ilością Obcego we własnej postaci. Pan Scott osiągnął to co zapewne zamierzał. Film dla wszystkich. Opłacił to kilkoma bolesnymi wpadkami, ale nie oszukujmy się - nikt tego nie będzie po seansie pamiętał. Bo rejs Prometheus'em ma tak dużą moc.