niedziela, 12 sierpnia 2012

"Change came in disguise of revelation"

Co to był za dzień.

Postanowiłem zrobić coś szalonego. Od razu zaznaczam, że dla większości to będzie zupełnie nie-szalone, wręcz przeciętne. Dla mnie to było wariackie. Wyjątkowe. Bardzo ważne.

Generalnie jestem domatorem i jeśli już gdzieś jadę - to raczej niedaleko, albo w zorganizowanym wypadzie. Więc moim szalonym dniem był jednodniowy wypad do Krakowa na koncert. Prawie bez pieniędzy. 8 godzin autem, za które serdecznie dziękuję i już wspominam z uśmiechem oraz 7 godzin samej zabawy. Dla młodych ludzi to brzmi jak udany weekend. Dla mnie jak przygoda i wyzwanie. Young die hard. Czyż nie?

Ale nie tylko o swoim "szaleństwie" chce napisać. Co to kogo obchodzi? Chcę napisać o koncercie. Działo się. To był mój pierwszy wypad na Coke Live Music Fesitval, drugi na fest w Krakowie <poprzedni dwa lata temu - Selector>. Niestety tylko na jeden z dwóch dni, ale za to z jakim zespołem! The Killers. 15 milionów sprzedanych płyt, psychoza pod barierkami i ponad 150 milionów <sic!> odsłuchań na last.fm niech przemówi samo za siebie. Jedni z moich ukochanych. Jedni z najwspanialszych. Ale oni mieli zagrać ostatni.

Po raz kolejny bardzo pozytywnie zaskoczył mnie zespół hip-hop'owy. Po ciekawym koncercie De La Soul na OWF, muszę przyznać, że średnio mi znani The Roots <aż takim ignorantem nie jestem. Troszkę o nich słyszałem> dali prawdziwy pokaz... rock'n'roll'a! Chłopaki z The Roots nie zatrzymali się jak większość kolegów po fachu na samplach i wtórnych bitach. The Roots to zespół pełną gębą - jest wokal, perkusja, bas, klawisze i gitara. Ale tak jest na każdym koncercie, nawet hip-hop'owym. Tu było coś jeszcze. Talent. Każdy miał swoje 5 minut. Wokalista rapował przez pierwsze 30- 40 minut koncertu, a band był tylko.. bandem. Z tego fragmentu koncertu naprawę wpadł mi kawałek Fire. Świetny tekst i wspaniałe wykonanie. Ale w kolejnej fazie show sytuacja się odwróciła. Wokalista był aktywnym statystą swojego zespołu. Talentem popisywali się perkusista <staniki na perkusji: > i bębniarz. Trwało to dobre 20 minut i widać było, że mają świetną zabawę jam'umąc na scenie. Potem swoją chwilę miał gitarzysta. I muszę powiedzieć, że byłem w szoku. Facet miał tak wielkie umiejętności, że nawet przy moim szacunku i uwielbieniu dla gitarzysty The Killers - kolega z The Roots przewyższał go umiejętnościami. Jam'ował, szalał, grał świetne riffy. Kontakt z publiką miał lepszy niż niejeden frontman. Świetne dawał chórki, zwłaszcza we wspomnianej wyżej piosence. Koncert zapamiętam także z momentu w którym pojawiły się fragmenty cover'ów takich kawałków jak Sweet Child of Mine i Immigrant Song. Wtedy nawet ja podskoczyłem kilka razy pod sceną. Po kilku chwilach na koncercie Pezeta, rapującego pod jeden bit o byciu gnojem <?> - zobaczyłem przepaść między "nami" a "nimi". The Roots to klasa, talent, luz i polot. Na scenie i pod nią była szampańska zabawa. Świetny występ zapowiadający to co miało nadejść następne.

The Killers. Dziś jedni z ostatnich, którzy pozostali wierni swojemu stylowi. Oczywiście ich muzyka zmieniała się na przestrzeni 3 wydanych longplay'ów. Ale zawsze lawirowali w swoim terytorium. Połączenia alternatywnego rock'a z odrobiną indie i... elektroniki. Nienawidzę elektroniki. Bazylion zespołów się zmarnowało po dodaniu syntezatora do ekwipunku. Ale im to pasuje. The Killers to zespól na tyle utalentowany i inteligentny, że nie zamienił głównej roli gitar i perkusji z syntezatorem, jak zrobiło to kilka zespołów. Dla nich syntezator to tylko dodatek dla uzyskania ciekawszego brzmienia. Operujący nim w zespole wokalista, Brandon Flowers - na tyle zgrabnie obsługuje się tym sprzętem, że rock'owe korzenie Killersów na tym nie tracą. Pierwsza płyta to hołd dla dokonań muzycznych Wielkiej Brytanii lat 80. Druga to oda do amerykańskiego stylu. Trzecia, bardziej popowa, to próba szukania  świeżych brzmień. Czekam na czwartą.

Weszli na scenę jak gdyby nigdy nic. I od razu zaczęli od Somebody Told Me. Myślałem, że umrę. I nie - nie chodzi mi tu o "myślałem, że umrę, bo tak strasznie, strasznie kocham tę piosenkę" - chodzi mi o autentyczną, prawdziwą i namacalną śmierć. Ludzie oszaleli. Kilka osób już na początku wyszło z oznakami wyraźnego omdlenia. Nie wytrzymali ścisku, emocji, szaleństwa. Później było już tylko lepiej. Wspaniałe show z najlepszymi kawałkami zespołu. Read My Mind, Human, Mr. Brightside, Jenny Was a Friend of Mine, czy Dustland Fairytale i All These Things That I've Done wyznaczyły trendy w dzisiejszej muzyce. Czekałem na każdą z nich i wszystkie razem. Wszystkie się pojawiły, ale dostaliśmy też próbkę nowej płyty. Oprócz Runaways, które już lata po stacjach radiowych i muzycznych, zespół zagrał też Miss Atomic Bomb i From Here on Out. Zwłaszcza druga - szybka, energiczna piosenka - wpadła mi w ucho. Nowa płyta zapowiada się świetnie.
Zespół po krótkiej przerwie, wszedł na scene przebrany - Brandon w koszulce z godłem Polski! - i kończąc pierwszy dzień CLMF, drugi koncert w Polsce zagrał trzy ostatnie piosenki, encore koncertu, to wspomniane Jenny Was a Friend of Mine <ta linia basu!!!> i From Here on Out oraz When You Were Young. Te ostatnie 10 minut i krzyki "I've got a soul, but I'm not a soldier!" - to czysta magia jaką może wywołać tylko synteza zespołu i jego fanów. Gromki śpiew, skakanie, a na koniec wzajemne podziękowania i rzucanie gadżetów.

Co to był za dzień. Koncerty były wspaniałe. Podróż była wyzwaniem - ale w dobrym towarzystwie i to okazało się przygodą. Mój szalony dzień okazał się sukcesem. Na myśl o możliwym następnym takim wypadzie, o następnej przygodzie - na moich ustach pojawia się lekki szelmowski uśmieszek i poczucie ekscytacji. Kiedyś na samą wzmiankę o tym - przykuł bym się do łózka i wskoczył pod kołderkę. Coś się zmieniło. Chyba zaczynam wylatywać z jarzma "matczynej miłości" i ewoluuję. A może to rewolucja? Czas zwiedzać, poznawać. Oglądać i przeżywać. Warto czasem zrobić coś szalonego.

Change came in disguise of revelation

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz