Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różności z Szarości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różności z Szarości. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 marca 2014

And the Oscar Goes to...

Dawno mnie tu nie było. Nie było weny, czasu, pewnie też ochoty. Pogmatwało się. Ale na jedno można liczyć.
Na co roczne święto filmu. Święto kiczu, blichtru, przepychu, pięknych kreacji i złotego golasa, który niby wyznacza trendy w światowym filmie, ale jakby często się mylił, lub nagradzał źle.
Na to zawsze znajdę czas, ochotę i wenę. Może nie rozpiszę się jak rok temu, bo zegar bije, gala tuż, tuż, ale postaram się w telegraficznym skrócie przedstawić jak mocni są faworyci, jak przebiegli są "underdogs" i kogo w tym roku zabrakło.
Przypominam też, że nie zawsze wygrywa najlepszy, że Oscary to polityka, długa droga wcześniejszych gal (Golden Globes, BAFTAs, etc.) i zabiegów PR i marketingowych.

Zaczynamy! 86 gala wręczenia Nagród Akademii starts NOW!

NAJLEPSZY FILM: American Hustle (*****), 12 Years a Slave (****),Wolf of the Wallstreet  (****), Dallas Buyers Club (****1/2), Captain Phillips (****1/2), Phillomena (****), Her (****1/2),Gravity (****), Nebraska (***1/2).


Pojedynek Wieczoru: 12 Years a Slave vs American Hustle

American Hustle
to definitywnie najlepszy, najlepiej zrealizowany i najlepiej zagrany film roku. I do końca będę, niczym szaleniec mający tylko nadzieję, ściskał kciuki za film Russela, bo jest on geniuszem i zasługuje na poznanie się na tym geniuszu. Jednak 12 Years a Slave ma za sobą chyba każdą znaczącą się nagrodę na swoim koncie i nie wydaje mi się, żeby dziś miało się to zmienić. 12 Years a Sleve jest świetny, mocny, poruszający, a w tym wszystkim skromny, jednak brakuje mu kilku elementów do dzieła wybitnego, dłuży się w pewnych momentach. American Hustle to wybitna jazda bez trzymanki, w aurze szalonych lat '70. Akademia może się pokusić na sensację i zauważyć te cechy. American Hustle to też trzeci z rzędu film Russela nominowany do najważniejszych kategorii. Akademia lubi nagradzać ludzi i twórców ciągle nominowany i ciągle pomijanych. Jeśli American Hustle ma jakiekolwiek szanse na sukces, to właśnie w tym mechanizmie.

12 Years a Slave: 80%
American Hustle: 20%

Szanse reszty nominowanych:
Nikłe. Dużo miłości dostało Gravity, jednak nie jest to półka na najlepszy film. Dallas Buyers Club i Her są wielkimi wygranymi za samą nominację, dobrze, że te filmy zostały dostrzeżone, bo po American Hustle te dwa tytuły, moim zdaniem, są najlepszymi w tym roku.

Inni potencjalni nominowani: Najbardziej mi brakuje The Place Beyond the Pines (****1/2) - pierwszego, naprawdę świetnego filmu tego roku. Wspaniała historia relacji ojciec - syn, opowiedziana z epickim rozmachem i skromnymi metodami. Duży brak, zwłaszcza jeśli znalazło się miejsce dla dość średniej (przy całym moim uwielbieniu dla reżysera) Nebraski.
Kolejnym tytułem, którego pominięcie wydaje się błędem jest Rush (****1/2). Naprawdę nie sądziłem, że historia z F1 w tle mnie kiedykolwiek tak wciągnie. Świetny film, niesamowite emocje, napięcie i aktorstwo.
Before Midnight (****) jako zwieńczenie chyba najciekawszej trylogii miłosnej kina, trzyma poziom, bawi, smuci, pokazuje jak jest uderzeniem pięścią między oczy. Miłość to koncept, związki przetrwają jeśli oboje partnerzy się sobą nie znudzą i nie pójdą własną drogą. Piękna historia, bardzo prawdziwa z niejednoznacznym zakończeniem. Bo czym w życiu jest koniec? Szkoda, że ta prawie dwudziestoletnia przygoda tria Delpy - Hawke - Linklater nie została zwieńczona chociaż nominacją.
Brak mi także przedstawiciela amerykańskiego kina niezależnego z prawdziwego zdarzenia. A było w czym wybierać! Dwa wybitne filmy, które przemknęły raczej bez echa, choć w swojej kategorii są absolutnie pozycjami must see. Chodzi mi o The Way, Way Back (****1/2) i The Spectacular Now (****).

NAJLEPSZY REŻYSER: Alfonso Cuaron,  David O. Russel, Steve McQueen, Alexander Payne, Martin Scorsese.

Pojedynek: Alfonso Cuaron vs. David O. Russel vs. Steve McQueen

Jak to mówią Amerykanie: It is Cuarons to loose.  W drodze na tę galę wygrał wszystko co było do wygrania i bardzo zasłużenie. Gravity jest wspaniale wyreżyserowane, trzyma w napięciu od pierwszego do ostatniego ujęcia. Przepełnione znaczeniami widowisko to popis kunsztu sztuki reżyserskiej, choć koniec filmu lekko trąca myszką.
Czekam na moment docenienia geniuszu Russela. To jeszcze nie jest ta chwila, choć brak Oscara za rok poprzedni to jedna z największych hańb akademii. Czekam Panie Davidzie. Zaskocz mnie i Akademię za rok.
McQueen to dziś jeden z najlepiej budujących historię i związanych z nią emocji, reżyserów na świecie. I swoją szansę jeszcze dostanie, sam udowodni, że zasługuje na nagrodę, jednak musi to być film lepszy niż 12 Years a Slave. Dzieło bliżej  Shame miałoby szansę, zwłaszcza teraz po ogromnym sukcesie ostatniego filmu reżysera. Stawka jest ciekawa, bardzo silna, jednak zdominowana przez Cuarona.

Cuaron: 80%
Russel: 10%
McQueen: 10%

Szanse reszty nominowanych: Weterani Payne i Scorsese, raczej obejdą się smakiem. W ogóle dziwi obecność Payne (podkreślam! To geniusz! Jednak nie tym razem, Nebraska jest po prostu przeciętna) w stawce. To nie był jego rok.

Inni potencjalni nominowani: Chyba najbardziej brakuje mi Rona Howarda za Rush i może Dereka Cianfrance za The Place Beyond the Pines. Przyznam, że jeszcze nie widziałem Inside  Llewyn Davis, ale jeśli bracia trzymają poziom, to także można by ich nominować. Richard Linklater i Stephen Frears za wieloletnie dokonania, zwieńczone tegorocznymi dziełami, także zasłużyli na rozpoznanie.

NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY: Matthew McConaughey, Leonadro DiCaprio, Christian Bale, Bruce Dern, Chiwetel Ejiofor.

Pojedynek: Matthew McConaughey vs. Leonardo DiCaprio.
Pojedynek dwóch różnych stylów. McConaughey to poświęcenie, oddanie, szalona odwaga dla roli. DiCaprio to zabawa, szaleństwo i charyzma w dawkach niemal śmiertelnych. Obaj są świetni, obaj genialni w tym co robią na akranie. Jednak przy całym moim szacunku dla Leonardo - to co wyprawia Matthew to jest aktorski slalom gigant bez kijków narciarskich. Posuwa siebie, swoje ciało, swoją psychikę i mentalność to stanów skrajnych, wręcz niebezpiecznych. To jest  to co ja i Akademia lubimy najbardziej. Boski Leo doczeka się Oscara, kiedyś ten dzień nadejdzie, ale to jeszcze nie ten moment. Jemu generalnie te porażki wychodzą na dobre, bo zawsze popycha siebie dalej jako aktora. Więc należy czekać na kolejny popis Leo. Może za rok!

McConaughey: 90%
DiCaprio: 10%

Szanse innych nominowanych: W tym pojedynku dwóch koni, reszta robi za tło. Genialny Bale, po raz kolejny u Russela pokazuje, że w swoim pokoleniu jest trzy długości przed rówieśnikami (liczę tu także DiCaprio i McConaugheya) i dziś jest gigantem kina. Każdego innego roku by to wygrał, ale akurat teraz został wyprzedzony. I dobrze. Bale ma tendencje do sodów jak za bardzo w siebie uwierzy (vide: czas po The Dark Knight). Czekam na kolejne dowody geniuszu! Dern i Ejiofor to raczej statyści. Może zaskoczy Ejiofor, ale szczerze w to wątpię. Wielkie role, jednak za małe na stawkę.

Inni potencjalni nominowani: Cooper za The Place Beyond the Pines? A może Bale po raz drugi za Out of the Furnace (***1/2)? Oscar Issac za Inside Llewyn Davis? Generalnie piątka nominowanych jest wybitna, trzyma poziom i nie ma się do czego przyczepić. No dobra, może brak jest Toma Hanksa za Captain Phillips (OSTATNIA SCENA!) i troszkę mi żal braku Joaquinina Phoenixa za Her.

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA: Cate Blancett, Amy Adams, Sandra Bullock, Meryl Streep, Judi Dench.

Pojedynek: Cate Blanchett vs. Amy Adams.
Królowa jest tylko jedna. Blue Jasmine (****) to nie jest najlepszy film Allena, ale zyskuje co najmniej półtorej gwiazdki za aktorstwo. Zwłaszcza za popis Cate. Co tu dużo pisać. Najlepsza rola roku.
Amy Adams to inna historia. Świetna rola, ale daleko jej do Cate. Znowu przegra (który to już raz?), choć jej dekolt w American Hustle powinien dostać jakąś oddzielną, honorową nagrodę.

Blanchett: 90%
Adams: 10%

Szanse innych nominowanych: Minimalne. Streep jest w złej kategorii (powinna być w kategorii drugoplanowej), Bullock nie jest najważniejsza w swoim filmie (tak, tak, napisałem to), Dench zachwyca, jednak sama nominacja, w jej wieku (Akademia jest bardzo polityczna...) to i tak duże wyróżnienie.

Inne potencjalne nominowane: Julia Roberts. One ze Streep są w złych kategoriach. Definitywnie. Generalnie, oprócz tej gafy, zgadzam się ze stawką, na upartego dodam tu Julie Delpy za Before Midnight i elektryczną, idącą w ślady Jennifer Lawrece, Shailene Woodley za Spectacular Now.


NAJLEPSZA DRUGOPLANOWA ROLA MĘSKA: Jared Leto, Jonah Hill, Bradley Cooper, Michel Fassbender, Barkhad Abdi.

Pojedynek: Jared Leto vs. Barkhad Abdi.
Leto ma to w kieszeni od pierwszej sekundy swojej obecności na ekranie w Dallas Buyers Club. Tyle w temacie. Abdi zagrał świetnie, piękny debiut, bo to jest sztuka być równym z Hanksem, jednak Leto wyprzedził go aktorsko o parę lat świetlnych. Co nie zmienia faktu, że będę go obserwował, ciekawe co czeka go dalej.

Szanse innych nominowanych: Zerowe. Wątpię, żeby Fassbender zaskoczył na ostatniej prostej. Sama nominacja dla Hilla to wielkie wow, ale bardzo pozytywne wow, bo chłopak robi taką karierę, że głowa mała. Od stand-upu, do drugiej nominacji do Oscara. Jednego już powinien mieć za Moneyball, jednak teraz nie ma szans. Cooper dał radę, nadążył za swoimi kolegami z planu, jest przypadkiem podobnym do Hilla, jeśli chodzi o karierę (konia z rzędem temu kto przewidział, że ten piękniś będzie dwa razy z rzeu nominowany do nagrody Akademii. Konia z rzędem), jednak w swojej kategorii wypada słabo w porównaniu do reszty.

Inni potencjalni nominowani: Chyba jedynie brakuje mi Daniela Bruhla za Rush. Najmocniejszy punkt filmu, on nie gra Landy, on nim JEST. Każdy kto oglądał Golden Globes i widział prawdziwego Landę i porównał jego zachowanie do gry Daniela - wie o czym mówię.
Szkoda, że nie doceniono Casey'a Afflecka za Out of the Furnance i Ryana Goslinga za The Place Beyonde the Pines. Obaj są prawdziwi, bardzo zniszczeni w swoich filmach. Każdy z nich mógłby zastąpić choćby, przy całym szacunku, Coopera.
Rzucę też kontrowersją, jak to ja, bo czemu by nie być szalonym i nominować Jamesa Franco za... Spin Brakers (**)? Film jest... dziwny, nie rozumiem tego szału, ale na rany - Franco to tam jest kimś innym.

NAJLEPSZA DRUGOPLANOWA ROLA KOBIECA: Jannifer Lawrence, Lupita Nyong'o, Julia Roberts, Sally Hawkins, June Squibb.

Pojedynek: Lupita Nyong'o vs. Jannifer Lawrence.
Ach, JLaw. W zeszłym roku zażarty pojedynek, do ostatniej chwili, z boską Jessicą Chastain. W tym roku znowu bierze udział w najciekawszym, moim zdaniem, oscarowym pojedynku. Bo serce mówi Lupita, rozum - Jannifer. Lupita zagrała rolę lepszą, bardziej wymagającą. Oddała się swojej postaci, oddała się reżyserowi (częsta cecha u aktorów McQueena). Debiut marzenie, dziewczyna jest olśniewająca. Ale co z tego, skoro Lawrence wygrała wszystkie ważniejsze nagrody? Nie zrozumcie mnie źle - kocham Lawrence za autentyczność, talent i brak sodówy po jej sukcesach. Ale jeśli ma dostać Oscara tylko za to, że jest na ogromnym hypie, to ja się nie zgadzam. Ona broni się talentem, co pokazała w Silver Linings Playbook. Dlatego trzymam do końca kciuki za Lupitę, choć czuję, że to Jannifer zostanie koniec końców wielką wygraną. Ciekawy pojedynek, naprawdę ciekawy.

Nyong'o: 51%
Lawrence: 49%

Szanse pozostałych nominowanych: Mniej niż zero, jawny wyścig dwóch faworytek. Cieszy nominacja dla Squibb, bo jest najmocniejszym punktem Nebraski. Fantastyczna rola.

Inne potencjalne nominowane:  Brak. Zgadzam się ze wszystkim, oprócz tego, jak wspominałem wyżej, że Roberts i Streep powinny być nominowane na odwrót.

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ADAPTOWANY: Spike Jonze (Her), Eric Singer i David O. Russel (American Hustle), Woody Allen (Blue Jasmine), Bob Nelson (Nebraska), Craig Borten i Melisa Wallack (Dallas Buyers Club).

Pojedynek: Spike Jonze vs. Eric Singer i David O. Russel.
Drugi najciekawszy pojedynek wieczoru. Her to pochwała kreatywności, wyobraźni i inteligencji. Jonze już nie raz udowodnił, że na pisaniu się zna, jednak Her to jego perła w koronie. Wspaniale napisana, wyjątkowa historia. Zasługuje na Oscara, zwłaszcza po umocnieniu swojej pozycji na Golden Globes. Jednak para Singer - Russel depczą mu po piętach. Czemu? Bo zakładając, że najlepszym filmem będzie 12 Years a Slave, reżyserem Cuaron, a aktorską drugoplanową Lupita - American Hustle zostanie bez niczego. A wydaje mi się, że Akademia nie pozwoli odejść temu dziełu z pustymi rękoma. No i Russel zasługuje na rozpoznanie wśród członków Akademii. Ciekawy pojedynek, który mam nadzieje wygra jednak lepszy. Podziwiam Russela, jest moim idolem, American Hustle jest wybitnym filmem, Ale to Her jest lepszym scenariuszem - niespotykanym, świeżym, świetnie napisanym. Ciekawy pojedynek!

Jonze: 55%
Singer i Russel: 45%

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY: John Ridley (12 Years a Slave), Terence Winter (Wolf of the Wallstreet), Billy Rey (Captain Phillips), Steve Coogan i Jeff Pope (Phillomena), Julie Delpy, Richard Linklater i Ethan Hawke (Before Midnight).

Pojedynek: John Ridley vs. Terence Winter.
12 Years a Slave. Tyle w temacie. Winter napisał świetny, zabawny, smutny, słodko-goszki scenariusz, ale Akademia tego nigdy nie nagrodzi.

Ridley: 99%
Winter: 1%

Pozostałe kategorie to dla mnie zawsze zagadka, nie licząc animacji, jednak w tym roku nie zdążyłem zobaczyć ani jednej. I tak murowanym faworytem jest Frozen, tak jak U2 jest jedynym słusznym kandydatem w kategorii piosenki. Film niealnglojęzyczny to w tym konkretnym roku także enigma. Brak Blue is the Warmes Color, stawia na czele Jagten i La Grande Bellezza, jednak który wygra skoro nie ma faworyta? Włosi wydają się mocniejsi, stoją silnie nagrodami, jednak czy Akademia jest w stanie nagrodzić taki film?
Czemu pozostałe są zagadką? Bo to nagrody techniczne, a to zawsze sprawiało mi problem. Generalnie w ciemno mogę strzelać, że Gravity jest silnym faworytem w takich kategoriach jak: montaż, zdjęcia (głównie tu), muzyka, montaż dźwięku, efekty specjalne itp. Nie ujmuję znaczenia tym kategoriom, wręcz przeciwnie! Są to dla mnie o tyle ciekawe, co tajemnicze aspekty sztuki filmowej, na której temat ciężko się wypowiedzieć. Nieskromnie przyznam, że kategorie które omówiłem raczej nie są mi obce, zazwyczaj obstawiam dobrze (choć Akademia zawsze zaskoczy. Zawsze), to kategorie techniczne już są w moim wypadku typowy strzałem na ślepo. Może kiedyś, mam nadzieje, że taki dzień nadejdzie, uda mi się zgłębić te  tajniki sztuki filmowej i dam rade i tu się popisać.

W między czasie przebieramy się w smoking i wieczorowe suknie, uzbrajamy się w litr kawy i dwa energetyki dla większej mocy, siadamy wygodnie w fotelach i czekamy. Czekamy na najważniejszą noc branży filmowej. Na noc, która dla każdego kinomaniaka jest najważniejszą w roku.

O godzinie 2:00 przenieśmy się wspólnie do Kodak Theater i trzymajmy kciuki za naszych faworytów. Śmiejmy się do łez z żartów genialnej Ellen DeGeneres i ucztujmy w dniu święta filmu. Jeszcze chwila, już za moment i usłyszymy: And the Oscar goes to...

niedziela, 11 listopada 2012

11 listopada. Czyli jak ja Cię nienawidze Polaku.

Kolejny 11 listopada. Kolejne drżenie - przynajmniej z mojej strony - o kolejny wstyd związany z tym pięknym świętem. Kolejna obawa o to, że święto, które powinno być radosne i łączące Polaków, bez względu na poglądy, orientację, czy wiarę, czy jej brak, stanie się festiwalem nienawiści i teatrem dla wykrzykiwania swoich politycznych poglądów. A przecież nie o to chodzi w tym święcie. I to jest takie smutne.

Od dobrych 2 - 3 lat 11 listopada to święto, które mi... zbrzydło. I bynajmniej nie chodzi mi o istotę samego święta. Jest to <powinien być> wspaniały dzień radości, że nasza Ojczyzna, po tylu perturbacjach, po tylu ranach i tylu latach niewoli wróciła na mapy Europy. Jest to <powinien być> dzień, w którym powinniśmy ramię w ramię, wszyscy razem podziękować tym, którzy oddali życie za Polskę, nie tylko w I Wojnie, nie tylko w latach wcześniejszych od 11 listopada 1918 roku, ale także później. Taki jest to <powinien być> dzień. Niestety od wspomnianych 3 lat jest to święto nienawiści. Dzień, w którym ludzie zarówno z prawa, jak i z lewa mogą wyjść na ulicę i się, za przeproszeniem, napierdalać po ryjach. Brawo. Nie za to umierali moi dziadkowie. Jeśli ktokolwiek myśli, że przez takie "świętowanie" czci ich pamięć - jest debilem.

Sama idea maszerowania - jest dla mnie bez sensu. Zwłaszcza, że to wzbudza tyle agresji, bo - oczywiście w Polsce - musi się zebrać milion różnych marszy, każdy inny, każdy się nienawidzący i - oczywiście w Polsce - kończy się to burdami i potłuczonymi twarzami, witrynami sklepowymi i zerwanymi płytami chodnikowymi. Już to jest debilne. To wygląda tak: "Czcijmy wolność naszej Ojczyzny.... niszcząc ją i wykrwawiając. To jest dobry pomysł!" Ale nawet, gdyby był to marsz bez incydentów - do mnie to po prostu nie trafia. Ale po to nasi przodkowie umierali, żebyśmy my mogli robić czcić ten dzień jak chcemy - czyli jeśli ludzie chcą maszerować, popieram to w 100%. Nie rozumiem <blokowanie całego miasta, żeby przejść z punktu A do punktu B. Ależ celebracja....> ale nie neguję.

Jednak jeśli już spora część właśnie tak uznaje świętowanie 11 listopada - czemu kończy się to takim wstydem? Tak jak mówiłem - to powinien być dzień radości i uwielbienia Ojczyzny - czyli świętujmy dla Polski, a nie dla swoich poglądów. Co to za pomysł, żeby robić marsz tylko po to, żeby prowokować się nawzajem? Prawicowcy zrobią swój marsz, lewicowcy swój - wiadomo, że będą się bić, bo przecież tego dnia, tego ważnego dnia, trzeba pobić kogoś, bo popiera, lub nie popiera praw dla homoseksualistów. Bo wierzy, czy nie wierzy w boga. To jest takie smutne i straszne zarazem.

Marzy mi się sytuacja jak w normalnych, cywilizowanych państwach. Zwłaszcza jak jest to w USA. Tak 4 lipca mamy święto radości. Rodziny spędzają czas razem. Jeśli już ktoś mszeruje to są to marsze pełne pozytywnych emocji, z flagą, z uśmiechem. Czarni idą z białymi. Demokraci, z Republikanami. Ramię w ramię, bo jest coś co ich łączy. Miłość do Stanów. Każdy jest inny, każdy ma inną ideę patryjotyzmu, każdy ma inną wizję tych Stanów - ale każdy na swój sposób chce jej dobra. Dlatego tego dnia są razem. Dzień kończą fajerwerkami i grillowaniem w ogródkach. Święto miłości do Ojczyzny i rodaka. U nas jest to "święto" "miłości" do Ojczyzny i nienawiści do rodaka. Co za dramat.

Oczywiście u nas, bardziej niż nienawiści do Żydów, determinantem do nienawiści są poglądy polityczne. I 11 listopada stał się tego wyrazem. Bawią mnie obrazki, kiedy "prawdziwi" prawicowy "patryjoci" <czytaj: Dresy o uroczych ksywach Łysy, Siwy, Gruby i Loczek. Zwykli tępi kibole Legii, szukający zadymy>  biją lewicowych odpowiedników, bo sprawia im to fun. Oczywiście nie generalizuję - w tych marszach są - i to są większością - ludzie, którzy przyszli tam w dobrej wierze. Ale tego dnia, chociaż jeden tego typu incydent - bijatyka, tłuczenie szyb, ataki na pilnującą porządku policję, palenie wozów transmisyjnych<SIC!> - są hańbą i wstydem dla całego Narodu. A branie udziału w takim marszu, nawet w dobrej wierze, staje się poniekąd - i to jest smutne - pośrednią przyczyną takich zdarzeń. Bo im więcej ludzi przyjdzie, tym większy odsetek zadymiarzy, tym więcej tego rodzaju strasznych incydentów.
Jeśli komuś nie pasują czyjeś poglądy - bijcie się  ile wlezie. Dla mnie nawet możecie się nawzajem wyrżnąć. Ale nie tego dnia. Nie 11 listopada. Każdego innego, ale nie wtedy.

Obie strony są winne. I prawica i lewica. Prawica, bo co to za pomysł robienia w tym roku hasła - prowokującego - Odzyskajmy Polskę. Co ty gnoju wiesz o niewoli? Co ty wiesz o życiu w okupacji, czy bez prawdziwej demokracji? Jeśli twoi dziadkowie cieszą się zdrowiem i masz okazję z nimi porozmawiać - ich zapytaj co to niewola i strach przed okupantem. Właśnie dlatego my mamy wolność, bo ty i twoi koledzy możecie bezkarnie wyjść 11 listopada na ulicę i zniszczyć to piękne święto. Co to za pomysł identyfikowanie się z takimi ludźmi jak Korwin - Mikke i inni ludzie jego pokroju? Co to za pomysł maszerowanie pod szyldem Młodzieży Wszechpolskiej? Co to za pomysł rzucania nacjonalistycznych haseł tego dnia? Co to za pomysł szukania "lewaków" w tłumie i ich bicie i kopania? Straszne.

Lewica, bo co to za pomysł <jak w zeszłym roku> sprowadzania do Polski niemieckich anarchistów. Nic do ludzi nie mam, ale co oni do cholery mają wspólnego z 11 listopada, demokracją, czy Polską? Co to za pomysł prowokowania tych prawicowych półdebili <i tu też nie generalizuję, bo większość zapewne ma coś w głowie. Chodzi mi o ty Łysych, Siwych itp, którzy utożsamiają się z prawicą>, żeby ganiali was po mieście i bili na oczach milionów Polaków i świata. Wstyd.

W ogóle w dzisiejszym świecie - tak rozwiniętym cywilizacyjnie i społecznie - wiara, że jedna z tych dwóch ideologii jest właściwa jest głupia. Obie ideologie mają 3/4 postulatów, które może przeszły by w średniowieczu, ew. okresie przed wojennym ale nie dziś. Czyli są po prostu przestarzałe i nic nie warte w realiach XXI wieku. Ta 1/4 każdej z tych ideologii ma idee i postulaty słuszne i właściwe, które dziś, w dynamicznie zmieniającym się świecie - zapewniły by odpowiedni rozwój i brak konfliktów. Owszem - część z tych postulatów się nie pokrywa, ale tu powinna zadziałać sztuka kompromisu - tak złagodzić te różnice, by powstał jeden postulat, łączący najlepsze elementy prawicy i lewicy. Inteligentne lawirowanie na centrum, między tym co dobre z prawa i tym co dobre z lewa, to moim zdaniem dobre wyjście. Ale nie w Polsce. My kochamy się nienawidzić. Zwłaszcza na tle politycznym.

Smutno mi jest, że Państwo nic nie robi, w kierunku złagodzenia tego konfliktu dnia 11 listopada. Widać, że idea marszu prowokuje wszystkie biorące w tym wydarzeniu strony. Może gdyby zorganizować wystawy, projekcje filmów, rekonstrukcje na ulicach Warszawy <automatycznie maszerowanie odpada>, może gdyby zorganizować coś na terenie zielonym <moje propozycje to park Saski i Pola Mokotowskie> dla całych rodzin z dziećmi <bo 11 listopada jest dużo rodzin z dziećmi na takim marszu> - było by spokojniej? Nie wiem. U nas i tak raczej taka idea by nie przeszła. Bo nawet na takich rodzinnych spotkaniach gdzie dzieci i nauka historii byłyby najważniejsze - jakiś tatuś jeden z drugim daliby sobie po swoich prawicowych, czy lewicowych ryjach.

Marsz dopiero rusza jak to piszę <16:40> i mam nadzieje, że w tym roku maszerujący mnie pozytywnie zaskoczą i będzie spokojniej niż poprzednio. Wiara, że będzie kompletnie spokojnie - to wiara głupca. Ale, błagam. Niech nie będzie takiego strasznego wstydu. Jeśli idea Nieba jest prawdziwa  to mam nadzieję Ci, którzy umarli za Polską dziś spojrzą ze swojej chmurki w dół i nie będą czuli takiego wstydu jak w latach poprzednich. Mam nadzieje, że Dmowski i Piłsudski dziś razem - bo oni dla dobra Polski, mimo, że tak różni, potrafili przeskoczyć swoje przeciwności - spojrzą w dół i nie będzie im wstyd. Oby.

A co ja robię 11 listopada? Ja spędzę ten dzień w domu, pisząc, bo - jak można zauważyć - do chodzenia z możliwością zebrania guza mi nie po drodze. Posiedzę w domu, wdzięczny, że mogę w tym domu siedzieć, porozmawiam z Ojcem. Bez strachu. Bez strachu, że ktoś mi ten dom odbierze, bez strachu, że ktoś odbierze mi Ojca. Wdzięczny, że siedzę w tym domu, własnych, małych, czterech ścianach, że mogę robić tego co chcę, co uważam za słuszne w celebrowaniu odzyskania niepodległości 11 listopada. Wdzięczny tym, którzy umarli za Polskę. Umarli razem. Mimo różnić. Razem w wojnach, razem w powstaniach. Dla Polski. Później obejrzę sobie mecz mojej ukochanej Chelsea w telewizji, bo tak - mogę to zrobić. Mogę rozwijać moją pasję i miłośc do tego klubu, bo żyję w wolnym państwie. I moim zdaniem jest to najwyższy wyraz wdzięczności i świętowania tego dnia. Zróbmy coś co lubimy, co nas cieszy. Nasi przodkowie umierali za taką możliwość. Dla nas.

niedziela, 12 sierpnia 2012

"Change came in disguise of revelation"

Co to był za dzień.

Postanowiłem zrobić coś szalonego. Od razu zaznaczam, że dla większości to będzie zupełnie nie-szalone, wręcz przeciętne. Dla mnie to było wariackie. Wyjątkowe. Bardzo ważne.

Generalnie jestem domatorem i jeśli już gdzieś jadę - to raczej niedaleko, albo w zorganizowanym wypadzie. Więc moim szalonym dniem był jednodniowy wypad do Krakowa na koncert. Prawie bez pieniędzy. 8 godzin autem, za które serdecznie dziękuję i już wspominam z uśmiechem oraz 7 godzin samej zabawy. Dla młodych ludzi to brzmi jak udany weekend. Dla mnie jak przygoda i wyzwanie. Young die hard. Czyż nie?

Ale nie tylko o swoim "szaleństwie" chce napisać. Co to kogo obchodzi? Chcę napisać o koncercie. Działo się. To był mój pierwszy wypad na Coke Live Music Fesitval, drugi na fest w Krakowie <poprzedni dwa lata temu - Selector>. Niestety tylko na jeden z dwóch dni, ale za to z jakim zespołem! The Killers. 15 milionów sprzedanych płyt, psychoza pod barierkami i ponad 150 milionów <sic!> odsłuchań na last.fm niech przemówi samo za siebie. Jedni z moich ukochanych. Jedni z najwspanialszych. Ale oni mieli zagrać ostatni.

Po raz kolejny bardzo pozytywnie zaskoczył mnie zespół hip-hop'owy. Po ciekawym koncercie De La Soul na OWF, muszę przyznać, że średnio mi znani The Roots <aż takim ignorantem nie jestem. Troszkę o nich słyszałem> dali prawdziwy pokaz... rock'n'roll'a! Chłopaki z The Roots nie zatrzymali się jak większość kolegów po fachu na samplach i wtórnych bitach. The Roots to zespół pełną gębą - jest wokal, perkusja, bas, klawisze i gitara. Ale tak jest na każdym koncercie, nawet hip-hop'owym. Tu było coś jeszcze. Talent. Każdy miał swoje 5 minut. Wokalista rapował przez pierwsze 30- 40 minut koncertu, a band był tylko.. bandem. Z tego fragmentu koncertu naprawę wpadł mi kawałek Fire. Świetny tekst i wspaniałe wykonanie. Ale w kolejnej fazie show sytuacja się odwróciła. Wokalista był aktywnym statystą swojego zespołu. Talentem popisywali się perkusista <staniki na perkusji: > i bębniarz. Trwało to dobre 20 minut i widać było, że mają świetną zabawę jam'umąc na scenie. Potem swoją chwilę miał gitarzysta. I muszę powiedzieć, że byłem w szoku. Facet miał tak wielkie umiejętności, że nawet przy moim szacunku i uwielbieniu dla gitarzysty The Killers - kolega z The Roots przewyższał go umiejętnościami. Jam'ował, szalał, grał świetne riffy. Kontakt z publiką miał lepszy niż niejeden frontman. Świetne dawał chórki, zwłaszcza we wspomnianej wyżej piosence. Koncert zapamiętam także z momentu w którym pojawiły się fragmenty cover'ów takich kawałków jak Sweet Child of Mine i Immigrant Song. Wtedy nawet ja podskoczyłem kilka razy pod sceną. Po kilku chwilach na koncercie Pezeta, rapującego pod jeden bit o byciu gnojem <?> - zobaczyłem przepaść między "nami" a "nimi". The Roots to klasa, talent, luz i polot. Na scenie i pod nią była szampańska zabawa. Świetny występ zapowiadający to co miało nadejść następne.

The Killers. Dziś jedni z ostatnich, którzy pozostali wierni swojemu stylowi. Oczywiście ich muzyka zmieniała się na przestrzeni 3 wydanych longplay'ów. Ale zawsze lawirowali w swoim terytorium. Połączenia alternatywnego rock'a z odrobiną indie i... elektroniki. Nienawidzę elektroniki. Bazylion zespołów się zmarnowało po dodaniu syntezatora do ekwipunku. Ale im to pasuje. The Killers to zespól na tyle utalentowany i inteligentny, że nie zamienił głównej roli gitar i perkusji z syntezatorem, jak zrobiło to kilka zespołów. Dla nich syntezator to tylko dodatek dla uzyskania ciekawszego brzmienia. Operujący nim w zespole wokalista, Brandon Flowers - na tyle zgrabnie obsługuje się tym sprzętem, że rock'owe korzenie Killersów na tym nie tracą. Pierwsza płyta to hołd dla dokonań muzycznych Wielkiej Brytanii lat 80. Druga to oda do amerykańskiego stylu. Trzecia, bardziej popowa, to próba szukania  świeżych brzmień. Czekam na czwartą.

Weszli na scenę jak gdyby nigdy nic. I od razu zaczęli od Somebody Told Me. Myślałem, że umrę. I nie - nie chodzi mi tu o "myślałem, że umrę, bo tak strasznie, strasznie kocham tę piosenkę" - chodzi mi o autentyczną, prawdziwą i namacalną śmierć. Ludzie oszaleli. Kilka osób już na początku wyszło z oznakami wyraźnego omdlenia. Nie wytrzymali ścisku, emocji, szaleństwa. Później było już tylko lepiej. Wspaniałe show z najlepszymi kawałkami zespołu. Read My Mind, Human, Mr. Brightside, Jenny Was a Friend of Mine, czy Dustland Fairytale i All These Things That I've Done wyznaczyły trendy w dzisiejszej muzyce. Czekałem na każdą z nich i wszystkie razem. Wszystkie się pojawiły, ale dostaliśmy też próbkę nowej płyty. Oprócz Runaways, które już lata po stacjach radiowych i muzycznych, zespół zagrał też Miss Atomic Bomb i From Here on Out. Zwłaszcza druga - szybka, energiczna piosenka - wpadła mi w ucho. Nowa płyta zapowiada się świetnie.
Zespół po krótkiej przerwie, wszedł na scene przebrany - Brandon w koszulce z godłem Polski! - i kończąc pierwszy dzień CLMF, drugi koncert w Polsce zagrał trzy ostatnie piosenki, encore koncertu, to wspomniane Jenny Was a Friend of Mine <ta linia basu!!!> i From Here on Out oraz When You Were Young. Te ostatnie 10 minut i krzyki "I've got a soul, but I'm not a soldier!" - to czysta magia jaką może wywołać tylko synteza zespołu i jego fanów. Gromki śpiew, skakanie, a na koniec wzajemne podziękowania i rzucanie gadżetów.

Co to był za dzień. Koncerty były wspaniałe. Podróż była wyzwaniem - ale w dobrym towarzystwie i to okazało się przygodą. Mój szalony dzień okazał się sukcesem. Na myśl o możliwym następnym takim wypadzie, o następnej przygodzie - na moich ustach pojawia się lekki szelmowski uśmieszek i poczucie ekscytacji. Kiedyś na samą wzmiankę o tym - przykuł bym się do łózka i wskoczył pod kołderkę. Coś się zmieniło. Chyba zaczynam wylatywać z jarzma "matczynej miłości" i ewoluuję. A może to rewolucja? Czas zwiedzać, poznawać. Oglądać i przeżywać. Warto czasem zrobić coś szalonego.

Change came in disguise of revelation

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Talent

   Zawsze się zastanawiałem - jak to jest mieć talent. Sam, nigdy żadnego nie posiadałem, no może oprócz talentu do jedzenia. Gosh, w tym jestem naprawdę dobry. Ale jak to jest mieć talent? Taki prawdziwy. Nie jakieś podstawowe umiejętności. Nie coś czego można się wyuczyć. Coś z czym trzeba się urodzić. Jak Slash i gitara. Jak Nolan i kamera. Jak Cormac McCarthy i pióro. Talent.
    Wpis krótki, bo zainspirowany blogiem mojej znajomej. Ona naprawdę ma talent. I jeśli ktoś to czyta - polecam zajrzeć tutaj:
http://cojagraficze.blogspot.com/
Jest czym się pozachwycać!