Na dzień dobry o największej z pasji. O filmach i serialach.
Czemu je tak kocham? Czemu Ci, którzy kochają - tak potrafią szaleć za danym dziełem?
Jednak na wstępie:
Film, serial - dziś się granica zatraca. Kiedyś - granie w serialu (mówię rzecz jasna o rzeczywistości amerykańskiej), było dla aktora jak najgorsze zesłania. Było oznaką, że kariera potoczyła się źle, albo czas zejść z dużej sceny. Czas przejść na banicje. Oczywiście były wyjątki potwierdzające regułę ("Pełna chata" i "Przyjaciele"!). Jednak od ok. 2004 roku boom. Serialowa rzeczywistość się zmienia. Seriale rządzą telewizją, kreując gwiazdy, a nie przygarniając zgasłe gwiazdeczki. Ludzie co tydzień zasiadają przed telewizory na 20 do 60 minut, by zapomnieć o swoim życiu i żyć serialową ułudą. I nie mówię o życiu a'la "Plebania"....
Co kreuje ten boom, który filmy miały zapewnione w chwili powstania wynalazku braci Lumiere? Emocje. Najpierw o emocji w filmach. Oczywiście wielu się nie zgodzi. Każdy czuje inaczej, ma inne standardy. Ale ja oddałem lwią swojego czasu filmom - oglądaniu, analizowaniu, przeżywaniu i krytykowaniu - przez emocje. Można zrobić film za 150 milionów dolarów - cycki, wybuchy, ręka-noga-mózg na ścianie. Hit. Ludzie walą drzwiami i oknami. Ale zapomną. Zapomną sekundę po wyjściu z kina, dzień, rok po. Zapomną bo brak jest emocji. Po co one komu? - ktoś zapyta. Ano! Potrzebne są nam zwłaszcza dziś, w świecie bez emocji. W świecie pieniądza, wyścigu i czasu na prace i czasem sen. Potrzebne by nauczyć. Śmiejcie się. Mnie nauczyły wiele. Gdy rodzicie pracowali, mały Mateusz pozostawiony sam sobie jedynak - znalazł przyjaciela, nauczyciela i rodziców w jednym. Ekran telewizora. Smutne? Może. Ale zawdzięczam mu wiele. Najpierw z historii Disney'a, w którym nauk i drogowskazów co niemiara. Dziś trochę tę rolę przeją Pixar i fenomenalne "Wallie" czy "Up". Kto ni płakał na "Królu Lwie"? Która dziewczynka nie chciała być jak "Mulan" - dzielna i niezależna? Tak, tak. I Wy dużo zawdzięczacie telewizorowi i ekranowi kinowemu. Emocje. Filmy budziły je w nas już od dziecka. Później - jeśli ktoś poszedł tą drogą - wielu twórców zapewniało nam dalej plejade uczuć. Czy to nowymi, czy to starymi dziełami, które poznawaliśmy z perspektywy czasu. "Ojciec Chrzestny" nauczył mnie, że honor i rodzina - nawet taka, która nie jest perfekcyjna - są najważniejsze. "Lot nad Kukułczym gniazdem" - że w szaleństwie jest metoda, o ile to nasze szaleństwo. Że warto być sobą. Choć cena za to zawsze jest wysoka. "Skazani na Shawshank", że przyjaźń nie ma granic, a zawziętością i uczciwością można wiele osiągnąć. "Forrest Gump", że nie trzeba być wykształconym mega mózgiem, by być życiowo mądrym. "Chłopcy z ferajny", że chłopcy muszą dorosnąć. I stać się mężczyznami. Wymieniać można w nieskończoność. Są też sceny, które zapamiętam do końca życia. Na TCM właśnie leci "Rzeka Tajemnic" Eastwooda, na podstawie książki <którą gorąco polecam> Dennisa Lehane'a pod tym samym tytułem. Sean Penn w scena w parku, kiedy dowiaduje się o śmierci córki - ciarki, płacz i podziw. Absolutne 30 sekund aktorskiego kunsztu i zaangażowania. On. Krzyk. I kilkunastu policjantów, którzy nie mogą powstrzymać zrozpaczonego Ojca. Brawa. Ach bijcie brawa!
http://www.youtube.com/watch?v=-BhoAlF0xpg
Te emocje w 2004 roku udzieliły się serialom. Amerykanie trafili idealnie. Wszystko zadziałało. Producenci wybrali świetnych reżyserów, scenarzystów, scenariusze i przyszłe gwiazdy. I emocje. Moim skromnym zdaniem to zakończony niedawno "House" zapoczątkował boom. Lekarz diagnosta, którego kochaliśmy, nienawidziliśmy i kochaliśmy nienawidzić. Każdy odcinek poza genialnymi dialogami to bitwa: lekarzy z chorobą, lekarzy z pacjentami (Everybody lies), lekarzy z lekarzami, przyjaciół z przyjaciółmi, pracowników z szefem, z samym sobą. Walka zewnątrz i w środku. Każdy odcinek to dramat i komedia. Nauczka i nagroda.
Reszta podążyła tym tropem, ale w różnej konwencji: komediowej, dramatycznej, lub mieszanej. "Dexter", "Jak poznałem Waszą matkę", "Weeds", "Chirurdzy", "Lost" i wiele innych - powstało chwile wcześniej, lub chwile później, ale znacząco zyskały dzięki "House'owi". Można się spierać - "House"? Czemu nie "Sopranos", "Friends" czy "6 feet under" albo każdy wyżej wymieniony? - ok. Racja. Każdy dołożył cegiełkę, trzy przed chwilą wymienione tytuły wylały solidne fundamenty, ale dla mnie to Gregory House dał nam dzisiejsze maniakalne spędzanie długich godzin na oglądaniu tego czy innego serialu. I tu - ileż mnie te seriale nauczyły. "Dexter", że mamy demony. Każdy. Walczmy z nimi! Sprawmy, by nasze demony na swój szalony sposób czyniły dobro. "House", że mimo naszych ułomności nie musimy być samotni, o ile sami się otworzymy (nie wszystkie ważne treści są przekazywane wprost. Trzeba być mądrym widzem!). "How I met..." uczy mnie z sezonu na sezon coraz więcej. O miłości i przyjaźni. O stracie i poświęceniu. O wszystkim. Wielu stawia to za zarzut - mało śmiechu, dużo moralizatorstwa.
Oby więcej moralizatorstwa i śmiechu. Oby!
Sztandarowy przykład triumfu emocji nad treścią? Wracamy do filmu! "Avatar" vs. ""The Hurt Locker". Z jednaj strony - zrobiony za setki milionów, film z wielkim reżyserem, wielkimi gwiazdami i jeszcze większą kampanią reklamową. Hit. Zarabia coś ok. 4 miliardów. Pusta wydmuszka 3D. Eko Pocachontas spotyka Smurfy i technologię przyszłości. Zło przegrywa, dobro zwycięża. Ale to sama walka - widowiskowa rozpierducha, wybuchy i wystrzały - się liczą. Inne przepadło.
Z drugiej strony historia sapera. Skromna. Za grosze i zarabiająca grosze - w porównaniu do oponenta. Leniwa i nudna momentami. Ledwie klika małych wybuchów. Gadanie i leżenie w piasku. Gadanie, które mówi nam więcej niż to co przekazują słowa. Ale to koniec filmu jest najważniejszy. Nie dramat wojny. Dramat braku wojny. To scena 30 sekundowej agonii żołnierza, który wrócił cały i zdrowy do domu. Scena w której żołnierz, ten, uzbrojony w wózek sklepowy nie wie jak poradzić sobie z wyborem płatków śniadaniowych w osiedlowym markecie. Dramat.
http://www.youtube.com/watch?v=L1OOI6m4b7c
Ceremonia. Oscarów. Oba filmy w stawce - jedyni realni faworyci. "Avatar" miał zgnieść "The Hurt Locker". Królewna przegrywa niemal wszystko na rzecz Kopciuszka. Dawid pokonał Goliata. Emocje pokonały pustą rozrywkę.
Ależ się rozpisałem. I co z tymi emocjami? Mam nadzieje, że będą. Że ani film, ani serial z nich nie zrezygnuje. Mam nadzieje, że i Wy ( o ile ktoś to przeczyta) je zobaczycie. I co ważne - docenicie! Bo to co zapamiętujemy z projekcji na jakiś czas - dłuższy, lub krótszy - to gra aktora, reżyseria, czy zdjęcia. Możemy pamiętać to latami by zapomnieć. Ale jeśli jakiś film trafi nas tak głęboko, że pamiętam i zapomnieć się nie da - to znaczy, że uderzył w emocje. Nie w serce, bo to pompka dla krwi, nie w umysł, bo to bank danych. W emocje. W tę część nas, która nas definiuje. Która sprawia, że jesteśmy kim jesteśmy.
Bo w ostatecznym rachunku liczą się tyko emocje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz