niedziela, 23 września 2012

Blue Jeans. White Shirt. Lana Del Rey - kim jesteś?

I
am
Lana Del Rey
With 
Pop Culture
I Shall Play

    Ta niezbyt udana rymowanka mojego autorstwa <jedynym ograniczeniem mojej kreatywności jest ona sama. A właściwie jej brak...> to zapowiedz tego, czym dziś się zajmę. Przechadzając się po ulicach Warszawy nie mogłem nie zauważyć, jak piękność stylizowana na Nancy Sinatrę patrzy na mnie z bilbordów wszelkiej maści i wielkości. Piękność to w płaszczu, to w kurtce, a to znowuż w legginsy <swoją drogą reklama H&M jest debilna. Ładne zdjęcia, ale te tytułu o dupę potłuc>. Lana Del Rey. Pojawiła się znikąd i szybko namieszała w muzycznym światku. Tak kochana, jak nienawidzona. Lana Del Rey. Kim Ty jesteś?

    Lana Del Rey - jak pewnie wszyscy wiedzą z rozgłośni radiowych, telewizji i internetu - śpiewa. Raz lepiej, raz gorzej.  Nawet nie interesują mnie jej dokonania muzyczne <ale pojawi się kilka zdań i o tym>, ale to jakim produktem jest Lana. Bo Lana jest świetnie wymyślonym produktem. Stworzonym w manufakturze muzycznego świata. Niezwykle ciekawy to produkt z tego względu, że znacznie różni się od innych "dóbr" muzycznych. Intryguje w swojej sztuczności... niezwykłą autentycznością. Ale namieszałem.

    Nie zrozumcie mnie źle - na pierwszy rzut oka widać, że Lana to produkt. Złożony z różnych elementów dobrej jakości, by lepiej się sprzedawać. Każdy kto raczył cofnąć się w osiągnięciach wokalistki w przeszłość, zobaczy płytę z 2010 roku, gdzie urocza platynowa blondynka, z jakby mniejszymi ustami, z zamyśloną twarzą, zdobi okładkę albumu Lana Del Ray a.k.a. Lizzy Grant. Panna Grant, bo tak naprawdę nazywa się nasza gwiazda, w dwa lata zmieniła się nie do poznania. Jakby większe usta, doczepiane, kasztanowe włosy, wyraźny makijaż. Styl muzyczny jakby ten sam, ale mimo wszystko całość jest inna. Panna Grant stała się produktem. Jednym z wielu. Ale spójrzmy na styl produktu! Na to jaki to produkt. Biorąc pod uwagę inne koleżanki po fachu, które poszły najlżejszą linią oporu - Lana wybija się na niepodległość i gdzieś podświadomie się sprzedaje się nam jako coś oryginalnego i unikatowego. Stylizuje się na gwiazdę przełomu lat 50' i 60' amerykańskiej pop kultury. Wspomniana Nancy Sinatra mogła by czuć poważną konkurencję <Lana sama nazywa się "gangsterską wersją Sinatry">. W teledyskach - ich stylizacji, formie i przekazie - wyraźnie nawiązuje do wspomnianych lat. W teledysku do National Anthem wręcz bezczelnie używa tragedii Kennedy'ych <świetny pomysł!>, w czarno białym teledysku do Blue Jeans czuć nostalgię za czasami basenowych imprez w domowym zaciszu. Jednak zupełnym przeciwieństwem formy i stylizacji samej Lany, jak i jej teledysków są jej teksty - na wskroś współczesne, o miłości tak toksycznej, że aż narkotyzującej, o przeżyciach "dam", które w dość konserwatywnych jeszcze Stanach lat 50' nie znalazłyby przyklasku. Czerpiąc garściami inspirację z lat, które ją <albo jej PR'owców> fascynują stworzyła nowy styl, przekazując nam dość aktualne przekazy. Marzenia dziewczęcia zarówno niewinnego, ale potrafiącego szaleć całymi dniami, a przede wszystkim nocami. O uzależnieniu od mężczyzny. O chęci wolności mimo konwenansów. 

    To jest ta zabawa Lany, którą zasugerowałem w rymowance. Lana już samym swoim pseudonimem wysyła nam sygnał. Jestem zabawą, ciekawym eksperymentem. Lana Del Rey - od Lany Turner, hollywoodzkiej aktorki ze Złotej Ery Hollywood oraz Ford Del Ray z lat... 50'. Pięknie zamknięta klamra. Wszystko się zgadza, marketingowy majstersztyk. Muzyka świetnie wyprodukowana, mądry pop, do posłuchania i wczucia się w klimat <płycie Born To Die daje *****>. Wszystko dopięte, jesteśmy w stanie w to uwierzyć. Gdyby nie ta platynowa blondynka z przed 2 lat. Gdyby nie niesamowita trema na scenie <tragiczny występ w SNL>. Gdyby niezbyt trafione i przemyślane wywiady. Można udawać, ale cały czas się nie da. Głos może i ma wdzięczny, ciekawy, jazzowy gdy trema z niej schodzi. Stylizacja - nie powiem - powrót do lat 50'/60' to strzał w dziesiątkę. Wyraz tęsknoty z prostszymi czasami we współczesnym sosie. Cała Lana. Próbuje być autentyczna, ale to i tak zabawa. Z nami i z samą sobą.
    Swoim stylem muzycznym i stylizacją na scenie daje nadzieje - bardzo złudną i słabą nadzieję - na lepsze produkty. Lana to produkt ekskluzywny i trudny. Trzeba go chcieć, zrozumieć i przyjąć jego formę. Przede wszystkim - trzeba coś mieć w głowie. Weźmy pierwszy z brzegu, produkt dla "wszystkich". Szczerze znienawidzona przeze mnie Nickni Minaj. Muzyka ocierająca się o  gwałt na zmywarce w rynsztoku, przy akompaniamencie wuwuzeli. Wygląda jak karykatura lalki. Taka straszliwa, straszliwa karykatura z horrorów. Krzykliwe, oczojebne kolory, fryzury robione przez niewidomych. Boże. Śpiewa o niczym i nic sobą nie reprezentuje. Bez urazy, ale żeby serio to lubić <sam poskaczę do jej piosenek na imprezie. Ale muszę się nawalić jak stodoła>, to trzeba mieć chyba żółty papier. Tragedia, dramat w pięciu aktach. Ale to samo tyczy się starszych gwiazdek pop, które próbują uratować swoje kariery - Madonna, Spears, Aguilera. To samo w pewnym sensie dotyka Lady Gagę <acz Gaga nie jest aż tak ordynarna jak Minaj, no i była prekursorką tego kiczu i robiła to w przemyślany sposób. Za to należy jej się odrobina szacunku.>. Wszystko wskazuje, że takich produktów będzie więcej. Bo niestety tak świetnie się sprzedają... W całym tym miksie jaskrawych kolorów i bezsensu, Lana Del Rey buduje swoją karierę na totalnym przeciwieństwie - czarnobiałych, albo stylizowanych teledyskach i ciekawej muzyce. To takie zabawne, że aby być dziś choć minimalnie oryginalnym, trzeba stać się szarym. Porzucić kolory i przybrać któryś z odcieni szarości...
    Oprócz wymienionych elementów - Nicki przecież aż tak nie różni się od Del Rey. Też została gdzieś wymyślona, złożona i sprzedana. Jednak u Minaj mamy przykład na wrzucenie wszystkiego co popularne do miksera i podanie jako niezbyt smaczny koktajl. Taki do porzygu. Ale w sumie dla dzisiejszego słuchacza fajny, bo rzyganie jest cool, trendi i glamour. Taka muzyka niczego nie wymaga od słuchacza. Zabawa, bit, łatwa rymowanka w refrenie i jedziemy zbierać kokosy. Del Rey to produkt przemyślany, ryzykowna inwestycja <nikt nie obiecywał, że taka operacja "lata 60'"  się uda> w styl, klasę i ułudę autentyczności. Z piosenkami o czymś. Szczerze? Wolę taką ułudę, zabawę z pop kulturą, która coś za sobą niesie, niż Minaj, której teledyski powodują u mnie atak padaczki. Del Rey to melancholia. Tęsknota. Prostota podana w ciekawym, znanym nam już ubraniu. To zabawa tym co w pop kulturze dobre, a nie najgorsze. Więc nawet jeśli hejtujecie Del Rey - do czego macie pełne prawo - zastanówcie się sami. Czy w sumie Lana to nie jest ostatnia próba ratowania muzyki pop, która ma coś więcej niż gołe ciała i beznadziejnie słabe teledyski i muzykę za grube miliony? Czas pokaże czym naprawdę Elizabeth Grant jest. Czas pokaże, w którym kierunku pójdzie. Na razie warto odpalić płytę Born To Die i zatopić się w tej muzyce, zrozumieć teksty i spróbować zrozumieć samą Lanę, czekając na to jaką twarz nam jeszcze pokaże. W końcu to tylko produkt.

Kim jesteś, Lano Del Rey?

1 komentarz: