Steven Spielberg się starzeje.
Wielki Mistrz reżyserii, ikona i absolutna wyrocznia kinematografii niestety się starzeje. Wyznacznikiem tego smutnego trendu są filmy z przełomu nowej dekady XXI wieku. Nie chodzi o ich tematykę. Spielberg w swoich najlepszych dniach imał się wszelkich tematów: od bliskich spotkań trzeciego stopnia, przez dramaty historyczne i polityczne, po lekkie komedie obyczajowe, na filmach wojennych kończąc. I z tych zadań wywiązywał się w sposób mistrzowski. Jak na Mistrza przystało. Jednak ostatnie dzieła reżysera zawodzą. Zawodzą monotonią, dłużyznami, zawodzą szarością. Straszą patetycznością. Filmy Spielberga zawsze coś z patetyczności w sobie miały. Były monumentalne, bardzo pro-amerykańskie. Chwaląc osiągnięcia Amerykanów, ale też ganiąc ich historyczne wpadki. I ta patetyczność nie raziła, bo była poparta monumentalnością filmu, albo - jeśli kaliber widowiska był mniejszy - poparta wspaniałym wykonaniem. Jednak Indiana Jones and the Kingdom of the Crystal Skull (**1/2) i War Horse (*1/2) już dawały jasne sygnały - Mistrz jest zmęczony. Chyba wypruty z pomysłów. A na pewno gdzieś stracił nosa i wyczucie filmu. Następny film - The Adventures of Tintin (***1/2) - na chwilę przywrócił nadzieję w powrót formy Spielberga, jednak już najnowsze dzieło - Lincoln wpisuje się bardziej w filmy przełomu dekady, choć nieśmiało próbuje nawiązać do najlepszych dzieł twórcy E.T.. A szkoda. Szkoda, bo temat wspaniały, wydawało by się - idealny dla reżysera.
Lincoln Spielberga to projekt krążący w eterze hollywoodzkiego biznesu od długiego czasu. Spielberg przymierzał się do filmu już od kilku lat, nawet miał na pewnym momencie aktora, odtwórcę głównej roli, czyli Liama Nessona. Ale projekt co ruszył - to upadał. Z założenia film Spielberga miał opowiadać całą biografię szesnastego prezydenta Stanów Zjednoczonych ukazując najważniejsze momenty w życiu prywatnym i zawodowym popularnego "Abe'a". W ostatecznym rozrachunku film z 2012 roku, mówi tylko o jednym momencie, ale pewnie najważniejszym momencie z biografii Lincolna.
Chodzi o schyłek Wojny Secesyjnej i o walkę o XIII poprawkę do konstytucji między republikanami i demokratami. Ale nie tylko polityczne dylematy Lincolna są osią fabuły. Oprócz zażartej wojny z demokratami o XIII poprawkę, Spielberg pokazuje nam relacje wewnątrz rodziny Lincolnów, zwłaszcza jego trudne stosunki z oszalałą z rozpaczy po stracie dziecka żoną oraz jego dwoma synami. Polityka odciska oczywiste i trudne piętno na tych relacjach. Lincoln to despota w rodzinie i mędrzec w polityce. Pracoholik, ciężki w relacjach ojciec dla starszego syna i szorstki mąż rozpaczającej żony. I w sumie... to tyle. Oś fabuły raczej nie wykracza poza te wydarzenia, więc przez prawie 3 godziny oglądamy polityczną przepychankę i żebractwo <dosłownie...> i kilka scen z życia prywatnego Licolna. Cóż nie porwało mnie to zupełnie.
Ten film, to wybitnie film aktorski. Gdyby nie ludzie, którzy odgrywają swoje role koncertowo - te prawie 3 godziny były by jeszcze cięższe do przełknięcia, niż były. Pierwsze, główne i wyśmienite skrzypce gra oczywiście Daniel Day-Lewis. Jego Lincoln to mistrzowski popis aktorstwa i zrozumienia postaci którą się gra. W filmie Lincoln jest zmęczony, wypalony, zatroskany i z każdej strony osaczony oskarżeniami i wątpliwościami co do swoich decyzji. I Day-Lewis to czuje. Patrząc na jego Lincolna wierzę w to zmęczenie i w to wypalenie. Lewis poszedł w minimalizm i opłacało mu się to. Ruch, jeśli już jakiś się pojawia, jest wyważony, wolny, przemyślany. Twarz pokazuje to czego życzy sobie w danej chwili aktor i to pokazuje. Nic więcej. Polityczny "poker face" Prezydenta to najlepsza część roli dwukrotnego zdobywcy Oscara. Jest o tyle dobra, że w momencie frustracji i złości widać autentyczną złość i wolę działania. Oraz to, że jakikolwiek sprzeciw współpracowników i rodziny nie będzie tolerowany. Day-Lewis pokazuje wspaniały kunszt i nominacja do Oscara wcale mnie nie dziwi. Uważam też, że w stawce jest najbliżej statuetki i swoistego oscarowego "hat-trick'a".
Drugim maestro tego widowiska jest Tommy Lee Jones. Wyśmienity występ i godny kompan dla Day-Lewisa. Rola dużo bardziej skromna, ale ma momenty widowiskowe. Jones, stary lis aktorstwa, niczym postać, którą gra, wie jakie środki przedsięwziąć, by zrealizować oczekiwany cel. Wygadany, z szybką ripostą i z jeszcze szybszym umysłem. Szczególne wrażenie robią zwłaszcza sceny politycznych przepychanek w Kongresie. Naprawdę wielkie uznanie dla Jonesa i kolejna zasłużona nominacja do Oscara za rolę drugoplanową.
Dwóm świetnym aktorom w tym wszystkim wtóruje Sally Field jako Pierwsza Dama. Według mnie jest to rola bardzo poprawna, ale chyba chwalona troszkę nad wyrost. Field pojawia się w filmie rzadko i jej postać nie odgrywa szczególnej roli. Owszem, w filmie znajduje się scena gdzie Lincoln i jego małżonka wpadają w histeryczny wir wzajemnych win i wyrzutów i tam Field pokazuje klasę. Ale to jest cała jej rola - panika, histeria i wyrzuty. We wspomnianej scenie bardziej partneruje Lewisowi, niż z nim rywalizuje. Sama scena robi piorunujące wrażenie, ale w mojej opinii - jest to większa zasługa Lincolna. Może jestem troszkę zbyt surowy dla Field, ale spokojnie znalazłbym kilka lepszych ról kobiecych w oscarowej kategorii dla aktorki drugoplanowej.
W filmie Spielberga pojawia się, na dłużej lub krócej, jeszcze cała plejada aktorów, lecz to ta trójka jest godna uwagi. Szczerze powiedziawszy spodziewałem się więcej czasu dla Josepha Gordona - Levitta, który wcielił się w starszego syna Prezydenta. Niestety na ekranie pojawia się bardzo rzadko, a jak już jest - nie zachwyca. Ot, poprawna rola trzecioplanowa. Szkoda, bo zarówno postać, jak i aktor mają gigantyczny oscarowy potencjał. Naprawdę szkoda.
W trakcie seansu pojawiają się jeszcze na ekranie takie tuzy jak David Strathairn, James Spader, Hal Holbrook, Jared Harris, czy John Hawkes i Jackie Earle Haley. Jednak, albo pojawiają się w małej liczbie scen, albo po prostu nie potrafią się przebić przez geniusz Day-Lewisa i Lee Jonesa. Wszyscy zagrali bardzo dobrze, jednak mieli tego "pecha", że przy rolach tych dwóch panów, wszystko inne wygląda dużo słabiej. I to pokazuje ich klasę.
Scenariusz i reżyseria niestety, w mojej opinii, nie nadążają za klasą aktorów. Lincoln jest zbyt długi, zbyt przegadany i czasem mija się z prawdą. Przyznaję, że jest majestatyczny i widowiskowy <w niektórych scenach>, jednak rozmywa się to wszystko gdzieś w trakcie tej dwu i półgodzinnej gadaniny. Film zupełnie do mnie nie trafił, ale rozumiem, że znajdą się jego solenni zwolennicy. Jednak ja spodziewam się czegoś ciekawszego po filmie biograficznym tak wielkiej figury politycznej. Wcześniej wspomniane polityczne żebractwo <chodzenie od domu do domu w celu zdobycia poparcia demokratów> nie wystawia laurki prezydentowi. Jak rozumiem, miało to pokazać geniusz i zmysł Lincolna w polityce <bo i to w filmie się objawia> oraz to, że demokracja to trudny system, jeszcze trudniejszych wyborów. Rozumiem to. Jednak budowanie wokół tego filmowej biografii takiej postaci... Dla mnie nie jest to dobry pomysł. Jednak rozumiem tych, którym się to podoba. Zarzutem z mojej strony jest też ukazanie w filmie, iż intencje Lincolna w XIII poprawce były tylko altruistyczne. Po seansie zainteresowałem się tym i według historyków nie do końca tak było, a XIII poprawka, to głównie miało być ekonomiczne uderzenie w południe Stanów Zjednoczonych <gdzie to niewolnictwo było podstawą gospodarki> i owszem jest to zauważone, ale jakby pominięte. Prezydent Lincoln miał też nie raz powtarzać, że czarni i biali nie są i nie będą równi. Ale jako historyczny laik chętnie więcej o tym posłucham i się czegoś nauczę. Więc jeśli coś na ten temat wiecie i chcecie się podzielić, lub poprzeć albo obalić ten zarzut - piszcie :D
To był zarzut bardziej w stronę Tony'ego Kushera i jego tekstu. Spielberg jako reżyser jest.... no cóż. Według mnie zmęczony i wypalony niczym postać, którą chce ukazać. W filmie widać przebłyski geniuszy i niegdysiejsze mistrzowskie "dotknięcie". Jednak widać też monotonię i chyba troszkę brak pomysłu. Film, jak już pisałem, jest patetyczny i to ukazanie "śnieżno białych" intencji Lincolna też jest zarzutem dla Spielberga. Cóż, ale to jest Ameryka - robiąc film o sobie, Amerykanie <zresztą tak jak Polacy> zapominają to co było złe, pielęgnując to co było dobre. Ok. Ale jednak myślałem, że Spielberg wybije się troszkę ponad to. Niestety się zawiodłem.
W samej warstwie reżyserskie fajerwerków nie ma. Historia snuje się powoli, bardzo powoli do przodu, opiera się na aktorach i ich dialogach. Momentami są one zbyt długie, zbyt "monumentalne" i przez to film wpada w dłużyznę. Spielberg stara się operować humorem wprowadzając kilka zabawniejszych scen, ale od nudy to nie ratuje. Ciężko się mi siedziało i oglądało jak snuje się ta historia, pełna politycznych zawiłości. I każda z tych zawiłości musi być zasygnalizowana i wytłumaczona. A spokojnie można by zaufać inteligencji widzów i kilka scen wyjaśnić troszkę inaczej. W swojej wizji filmu, reżyser idzie w stronę teatru. Film jest bardzo teatralny, aktorzy są kręceni raczej z bliska, tak, by było widać ich każdą reakcję. Na zdrowie wychodzi to oczywiście odtwórcom ról, którzy mogą popisać się kunsztem i talentem. Jednak nie do końca filmowi, który przez to wydłuża się jeszcze bardziej i robi się jeszcze bardziej patetyczny.
Obaj panowie - Kushner i Spelberg - swoje nominacje do Oscarów dostali chyba troszkę bardziej za obrany temat i swoje wybitne nazwiska, niż za kunszt jakim się popisali w filmie. Szkoda, bo i na ich miejsca znalazłbym twórców, którzy w 2012 roku popisali się bardziej i dużo bardziej zasłużyli na to najwyższe filmowe wyróżnienie.
Obok wybitnego aktorstwa, ważnym i integralnym elementem tego filmu są zdjęcia, scenografia, muzyka i kostiumy. Wspominałem już o teatralnym kierunku jaki obrał reżyser w swojej wizji. Wspaniałe zdjęcia Janusza Kamińskiego, etatowego operatora Spielberga, wpisują się w tę wizję idealnie. Sceny są kręcone z bliska, bardzo eksponując aktorów i ich ruchy, miny i reakcje. Plenerów zbyt dużo w Lincolnie nie ma, ale scena otwierająca film - robi wrażenie. Wielkie brawa dla Kamińskiego!
Muzyka Johna Williamsa także doskonale się wpisuje w patetyczny klimat filmu. Nastrojowa i podniosła, wydaje się jakby żywcem wyjęta z opisywanych przez film czasów. Uwagę przykuwają też kostiumy i scenografia. Spielberg uwielbia rozmach i dokładność detali w tej warstwie filmowego rzemiosła. Więc tu nie ma się do czego przyczepić, wspaniałe kreacje i tła, podnoszą wzniosłość wydarzeń.
Podsumowując, Lincoln to nie jest film wybitny. Jest to film dobry, ale niestety nie bardzo dobry. Wspaniały pod względem gry aktorów i smaczków takich jak muzyka, zdjęcia, kostiumy i scenografia, ale zawodzący na polu scenariusz i reżyserii. Zbyt długi, zbyt patetyczny i miejscami, chyba, przekłamany. Spielberg tym filmem spełnia swoje wielkie marzenie nakręcenia biografii Abrahama Lincolna, jednak niczym bohater, którego portretuje - jest zmęczony swoim geniuszem i przygaszony wielkością poprzednich dzieł. Może trzeba było poczekać jeszcze chwilkę? Jeszcze raz przeczytać scenariusz?
Lincoln to nie jest najgorsze dzieło Spielberga, ale nie jest też najlepszym jego filmem. Widać, że to co przygotował reżyser ma ogromny potencjał, ale spożytkowany w trochę złym kierunku. Rozumiem, że znajdą się osoby zachwycone nowym filmem Spielberga. Zapewne ta wzniosłość, patetyczność i dobór tematu idealnie im podejdzie. Jednak ja spodziewałem się troszkę innego filmu, z troszkę inną akcją. Trochę więcej energii, by ukazać zmęczonego herosa. Ale czy ten heros tak do końca jest bohaterem?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz