niedziela, 27 stycznia 2013

Django Unchained (****1/2)

Dziś, Quentin Tarantino to Bóg.

Tarantino to twórca niekonwencjonalny. Zawsze tak było, tak jest i, oby, zawsze tak było. W swoim najnowszym Arcydziele, Django Unchaind, po raz kolejny wzbija się na wyżyny geniuszu i swojej chorej wyobraźni i po raz kolejny, nie zaskakując fanów, zaskakuje tym jakiego ma niesamowitego nosa i talent do reżyserii i pisania scenariuszy. W swoim zwariowanym, brutalnym, ale i nie pozbawionym romantyzmu stylu zabiera nas w swój własny świat, w swoją własną alternatywną rzeczywistość świata. Ta jego własna rzeczywistość zawsze była widoczna w twórczości Tarantino, jednak od jakiegoś czasu widać to wyraźniej. Kill Bill 1 i Kill Bill 2 oraz Death Proof wyraźnie wyróżniły tę rzeczywistość. Ale Inglourious Basterds i Django właśnie są już czystą wariacją wprost wyjętą z umysłu reżysera. Alternatywna rzeczywistość w głowie Tarantino, zamieniła się w alternatywną wizję historii na kinowym ekranie. Nas, widzów, nie mogło spotkać nic lepszego.

Tak jak Inglourious Basterds to luźna wariacja na temat czasów II Wojny Światowej, tak Django to tarantinowska wizja Ameryki z czasów niewolnictwa. Oczywiście pełna przerysowanych postaci, brutalności, krwi i slapsticku. Nie brak tu też zabójczych i ciętych dialogów i miłości co pokona wszystko.
Zaraz, zaraz.... Miłości? Przecież to Tarantino! Chyba coś zmyślam, albo Quentin poszedł w komerchę! Jaka miłość?
Ano miłości. Django to niewolnik sprzedany na plantację. Na drodze swej udręki napotyka Dr. Kinga Schultza. Ex dentystę, obecnego łowcę nagród. Schultz uwalnia Djago i prosi o pomoc w schwytaniu poszukiwanych przez prawo Braci Brittle. Django wie jak oni wyglądają, bo przez pewien czas był pod ich okrutną "kuratelą". Lecz to dopiero początek ich przygód. Dowiadując się, że Django ma żonę, Brunhildę, romantyczna dusza dr Kinga każe mu pomóc odzyskać żonę niewolnika. Wspaniałe! Jak wspaniale Tarantino się nami bawi, jak wspaniale nas mami. Dobry Niemiec. A ktoś może jeszcze pamięta tego Złego Niemca? Brawo Quentin. Brawo.
Takich smaczków Tarantino serwuje nam co niemiara. cytuje swoje poprzednie filmy, cytuje klasykę gatunku, z którego korzysta, a to wszystko w służbie świata. Tarantino postanowił uratować świat swoimi filmami. Uratować świat amerykańską popkulturą, a właściwie jej obrzeżami. W Inglourious Basterds kino dosłownie obala III Rzeszę stając się głównym bohaterem upadku Hitlera. W scenie odnalezienia Braci Brittle Django - w swoim niedorzecznym niebieskim kostiumie lokaja - ratuje zniewoloną dziewczynę, przy czym prezentuje się niczym komiksowy super bohater, niczym przerysowany i pozbawiony mocy Superman. Jest dumny z tego kim się stał. Wolny. Takie odwołania można znaleźć na każdym kroku. W Django pełna tęsknoty wizja rodem z westernu poparta zwróceniem się w stronę starych dobrych technik filmowych, uświadamia nam, że nie jest za późno. Każdy może zmienić swój los. Wystarczy trochę wiary, wyobraźni, hektolitrów czerwonej farby i miłości. Oraz przyjaciel, aż po grób.

Już pierwsze sceny filmu, włączając czołówkę z genialną piosenką w tle, pokazują jaki to będzie film. Plastyczny, pełen świetnych zdjęć i krajobrazów, które niczym bohaterowie - odgrywają swoją rolę. Pierwsze spotkanie Django i Schulza - w iście tarantinowskim stylu - pokazuje jaka to będzie historia. Otóż Quentin w nowym filmie postanowił oddać hołd, po raz kolejny z resztą, tym gatunkom filmowym, które inspirowały go i ukształtowały jako twórcę. Django to z dość oczywistych przyczyn spagetti western i wspaniały ukłon w stronę kina slapstickowego. Elementy obu rodzajów kina pojawiały się już we wcześniejszej twórczości autora Pulp Fiction, ale w Django Unchained widać je najlepiej i najwyraźniej. Lata wykorzystywania pojedynczych elementów z kina slapsticu owocują absolutną slapsticową orgią w stylu dzikiego zachodu. A więc nasza dwójka bohaterów przeżywa swoje przygody intensywnie, krwawo w przerysowanym świecie wyobraźni Tarantino. Każdy gest, każdy dialog i monolog, każde słowo i akcja - wszystko jest istotne, wszystko składa się na całość, a całość dąży do finału, który w tym iście tarantinowskim filmie jest.... zupełnie nie tarantinowski. I znowu reżyser nas zaskakuje, pokazując swoją duszę romantyka. Często piszę tu o miłości. To motyw przewodni filmu, choć na pierwszy rzut oka, wydaje nam się, że to motyw poboczny. Tarantino tak skonstruował fabułę, by trochę nas oszukać, odwrócić uwagę od sedna. Robi to za pomocą wyrachowanej przemocy, przezabawnych gagów, GENIALNYCH postaci drugo- i trzecioplanowych. Ten scenariusz to majstersztyk pod względem pomysłu na historię, a reżysersko nie ma się do czego przyczepić. Reżyser tak kreuję fabułę, żebyśmy dogłębnie zrozumieli naszych bohaterów. Retrospekcje, wspomnienia, rozmowy - to wszystko buduje naszę wizję postaci. Wspaniała legenda o Bunhildzie i Zygfrydzie ukazuje nam dlaczego Schultz pomaga Django.
Jednak po tej plejadzie zabiegów, które mają nas omamić, Tarantino wraca do sedna. Do miłości, która pokona wszystko. Ostatnie 30 minut filmu to coś nowego w kolekcji osiągnięć reżysera. Zupełnie nie pasujące do Tarantino zakończenie. Muszę przyznać, że ciekawie się to oglądało mając w pamięci poprzednie filmy. Ciekawie, jednak bez bicia przyznaję - te ostatnie 30 minut jest najsłabszą częścią scenariusza, a i tak jest naprawdę świetnie. Wielkie brawa za scenariusz należą się także dla tego, że Tarantino musiał wielokrotnie zmieniać scenariusz w trakcie kręcenia filmu, ponieważ aktorzy, którzy mieli w filmie wystąpić, rezygnowali z gry na rzecz innych zobowiązań. Ale wydaje mi się, że jeśli pamiętamy, że w kinie slapsticu improwizowanie i spontaniczność jest bardzo w cenie - te częste i nagłe zmiany tylko wyszły na dobre filmowi. Z bezkresną wyobraźnią jaką dysponuje autor Death Proof - to musiało się udać.

Tarantino kocha swoich aktorów i vice versa. Oni kochają jego i oddają mu swoją duszę i ciało. I raczej nie żałują.
Jamie Foxx jako tytułowy bohater tak naprawdę przez 3/4 filmu stoi w cieniu wielkiego Christopha Waltza, ale i to ma swoje przyczyny. W wspomnianych już ostatnich 30 minutach gra pierwsze skrzypce. Foxx to aktor wybitny i mimo, iż w filmie są lepsi od niego - jemu to nie przeszkadza, wręcz to wykorzystuje, dzięki temu jego ostatnie "Słowo" w filmie ma tak silny wydźwięk.
Jednak ten film, to film postać drugo- i trzecioplanowych. Pełno tu wybitnch kreacji. Od której zacząć? Christoph Waltz. Tak, tak chyba będzie najlepiej. Dobry Niemiec, co i Złym Niemcem był. Jeśli miałbym wskazać największe aktorskie odkrycie Tarantino - to ten niepozorny aktor z Ausrtii jest takim odkryciem. Wybitny w Inglourious Basterds, w Django udowadnia klasę i kunszt. Udowadnia, że rola Landy to nie był  wypadek. Jak opisać tę rolę? Jak wyrazić wielkość Waltza? Jak ukazać w słowach, to co on pokazał na ekranie? Wybaczcie - ja nie umiem. Schultz w wykonaniu laureata Oscara jest czarujący i pełen polotu, niczym Hans Landa. Jednak jest tak inny. Schultz to taki przedwojenny Niemiec, wizja jeszcze nie zmącona okropnościami II Wojny. Romantyczny, elokwentny i wyrozumiały. A w swej wyrozumiałości mądry i dobry. Czysty obraz. Biała kartka narodu Niemieckiego, zapisana do połowy. Do tej lepszej połowy.
Rola Waltza robi wielkie wrażenie. Wspaniały popis aktorstwa opartego na talencie i luzie. Aktor nie jest spięty, nie dzierży losów świata na barkach. Gra. Ot takie proste.
Drugim wspaniałym w tym filmie jest Leonardo DiCaprio. Ale jest to Leonardo jakiego nie znacie. Tu nie ma miejsca dla ładnego chłopca, płaczka. DiCaprio w Django obdziera się ze swojego dotychczasowego wizerunku, bardzo dużo ryzykując dla Tarantino. Ale opłacało się. Rola wybitna, według mnie, jedna z najlepszych w niemałym przecież dorobku Leonardo. Calvin Candie, handlarz niewolników, to w wykonaniu DiCaprio zło. Zło odziane w piękne szaty, zło udające wyższe sfery, oczytanie i elokwencję. W ten sposób usprawiedliwia to czym się zajmuje. Sprzedaje "podludzi", bo sam udowadnia, że jest "nadludzki". Jednak w pojedynku na słowa, skromny Schultz wygrywa, pozbawiając rywala twarzy i godności. I DiCaprio to czuje. Jest oszalały, wściekły, bezduszny. Wspaniale gra oczami, które wyrażają pogardę, nienawiść i obrzydzenie. Wielka rola, która przynosi mi na myśl bardzo podobną w stylu rolę Guy'a Pearce w Lawless. Tak samo oszalali, tak samo "wywyższeni" przez społeczeństwo i tak samo przez to zepsuci. Obie role wspaniałe, nadal nie rozumiem jak można było obu Panów pominąć przy ogłaszaniu nominacji do Oscara. Zwłaszcza DiCaprio. Nikt jak on nie zasłużył w tym roku chociaż na nominację.
Ale jeśli miałbym wygrać prawdziwego, choć cichego, wygranego tego filmu - jest to bezapelacyjnie Samuel L. Jackson. Kolejny film z Tarantnio - kolejna wielka rola. Jackson swoją rolą w Django podsumowuje swoją wspaniałą karierę, która wystrzeliła po Pulp Fiction. Taka mała klamra i kolejny smaczek filmu. Jackson posługuje się w tej roli takimi środkami ekspresji, takim kunsztem, że ciężko odwrócić wzrok. Jest tak wspaniale zepsuty i straszliwy, że szczerze go można znienawidzić. I to jest najlepsza laurka dla roli.
W filmie pojawia się jeszcze plejada wielkich kreacji. Warto wspomnieć Dona Johnsona, który jako Big Daddy bawi do łez, a scena przemowy do grupy, która ma wymierzyć "sprawiedliwość" Django i Schultzowi, to popis za równo aktora jak i Tarantino, który absolutnie rozbawił całą salę kinową niemal do łez.
Oczywiście jest jeszcze Brunhilda, ale jest rola "damy w opresji" Kerry Washington wypada w niej wspaniale, ale rola sama w sobie nie wymaga wiele, choć ma swoje momenty. Warto zauważyć, że po twardzielkach jak Jackie Brown, Czarna Mamba i dziewczyny z Death Proof - Tarantino po raz pierwszy rezygnuje z silnej niezależnej kobiety, która sama umie o siebie zadbać. I tu po raz kolejny wychodzi tęsknota i romantyzm reżysera. Teraz pora, aby uratować kobietę, pora pozwolić jej być uratowaną.

Tarantino chyba srodze żałuje, że żyje w naszych czasach. Tarantino chyba tu nie pasuje i daje temu wyraz w swoich filmach, które mimo, iż nawiązują do teraźniejszości - są robione na starą modłę. Tarantino kocha wszystko co już było i tak robi swoje filmy. Cytuje wielkie dzieła, sięga po stare piosenki, robiąc z nich nawias, który spaja historię. Sięga po nieśmiertelną muzykę Ennio Morricone, bo tylko to pasuje do jego filmów. Kręci filmy jakby był oderwany od dzisiejszych możliwości. Woli spojrzeć w przeszłość, by wyraźniej pokazać teraźniejszość. Sięga garściami do popkultury, jednak nie tej z głównego nurtu, a raczej tej, która już minęła. Tej, która była prawdziwie wielka i nie była taką sieczką jak dzisiaj. Tarantino to czuje, rozumie jak nikt i przez to jest takim Mistrzem i jest tak lubiany. Bo chyba, widzowie wtórują jego tęsknocie i też chcieli by coś innego. Coś, co mimo iż jest przerysowane do granic możliwości, jest prawdziwsze od wszystkiego co nas otacza.

Django to wspaniały film, ale jednak o półkroku ustępuje Inglourious Basterds. Jednak w żadnym wypadku, to nie jest zarzut, bo chyba tak miało być. Niby bardzo tarantinowsko, a jednak trochę inaczej. Reżyser pokazał swoją trochę inną twarz, odsłaniając nam inne wyobrażenie o sobie samym. Chyba nawet trochę pokazał swoją duszę. Dlatego warto iść. Warto iść do kina i to zobaczyć, przeżyć ten film z innymi, obserwować reakcje. Django jest wart każdej pochwały i każdej minuty, a krótki film to to nie jest. Ale przez te prawie 3 godzimy jesteśmy świadkami czegoś wyjątkowego. Bierzemy udział w podróży, która zmienia wszystko. Tak jak każdy film Tarantino. Warto, polecam, idźcie. Musicie.

Wspiął się na górę - bo się nie bał,
pokonał smoka - bo się nie bał,
przekroczył krąg ognia - bo Brunhilda była tego warta.


Django Unchained
jest tego warty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz