niedziela, 17 lutego 2013

Silver Linings Playbook (*****)

Bardzo długo czekałem, aż amerykańska sztuka filmowa, aż amerykańscy filmowcy zrozumieją jedną, bardzo ważną rzecz. Im mniej, tym lepiej. Im skromniej i bardziej intymnie - tym lepiej. Chyba zaczynają to rozumieć.

Pierwszym tego znakiem był "biedny" Hurt Locker Kathlyn Belgalow, pokonujący, wręcz deklasujący, Avatara Jamesa Camerona. Zarobił ile - 100 razy mniej niż historia o niebieskich kosmitach, a wygrał wszystko. Dzięki bogu, trend pozostał. I ma się dobrze.

Silver Linings Playbook taki jest. Skromny, bardzo intymny i szczery. Obdziera z uczuć i daje kopa by zacząć myśleć. Nie tylko patrzeć i oglądać. Myśleć. A to bywa ciężkie, przecież większość widzów nie lubi się "wysilać" w trakcie seansu. Ale Silver Linings Playbook zmusza do myślenia prostymi środkami i to daje efekt. Zachwycenia. Czystego zachwycenia.

Pat ma problemy. Żona go zdradziła i zostawiła, on sam cierpi na zaburzenie afektywne dwubiegunowe - w skrócie: miewa paranoje i "problem" z gniewem oraz była mało "delikatny" w relacjach - zbyt szczery, lub ciekawski. Cóż, problem z gniewem - to i prawie pobił na śmierć kochanka żony, których to przyłapał na sexie w jego własnym domu. Przez to spędził swój czas w zakładzie psychiatrycznym. Nie jest dobrze, oj nie. Trudne relacje z ojcem, który ma wręcz szaleńczą manie na punkcie swojej ukochanej drużyny baseballa - nie pomagają w powrocie do normalności. Pat postanawia się zmienić, pomóc sam sobie, by być lepszym. I w swojej podróży do poznania samego siebie, swoich pragnień, w podróży w czasie której ujarzmi swoje lęki i psychozy - nie będzie sam. I pomoże nie tylko sobie.

David O. Russell wspaniale czuje ludzi z problemami. Ich uczucia, istotę ich problemów. Wspaniale rozkłada te elementy na części pierwsze i lekko i z polotem ukazuje sedno. A znając sedno można zacząć walczyć  z samym sobą i swoimi lękami. Russell pokazał te umiejętności w swoim poprzednim filmie - The Fighter. Sportowy dramat ukazywał walkę dwóch braci o to co dla nich ważne. W Silver Linings Playbook znów to duet jest osią akcji. Ale duet zgoła inny.
Na swej drodze Pat spotyka Tiffany - równie szaloną co on nimfomankę, młodą wdowę i straszliwie zagubioną dziewczynę. Tak to film o miłości, bo miłość to temat uniwersalny. Ale to nie miłość jest tu najważniejsza. Najważniejszy u Russella jest związek dusz i to jak wzajemna pomoc i zrozumienie mogą uleczyć wszystko. Nawet psychozy i zaburzenia psychiczne. Miłość to zarówno cel, ale czasem też i środek. Więc niby wszystko już było, ale jednak jest niekonwencjonalnie.
O. Russel pisał ten scenariusz z myślą o swoim chorym synu. I to widać, bo prawdziwie wielkie scenariusze rodzą się z cierpienia. Historię absolutnych wariatów ukazuje z taką czułością i ciepłem, że sam przez chwilę chciałem mieć jakiś "problem". Bo oprócz Pata i Tiffany są tu inni wariaci: Patrizio Sr. z obsesją na punkcie drużyny footballu, hinduski doktor, czarnoskóry kolega Pata, czy przyjaciel, który siedzi pod pantoflem żony. Plejada świrów, która pomoże Patowi, i on pomoże im.

Reżyser i scenarzysta w jednej osobie w wypadku tego filmu sprawdza się idealnie. Ta intymna historia nie miałaby takiego wydźwięku, gdyby O. Russel pracował nad cudzym tekstem. W sumie reżysersko nie ma tu jakiś wysublimowanych smaczków, niespodziewanych zabiegów. I dobrze. To jest siła jego kunsztu. Reżyser wie, że ta historia obroni się sama. Reżyser zapoznaje nas z kolejnymi etapami radzenia sobie z samym sobą, czasem pojawiają się retrospekcje ukazujące przyczynę tego "szaleństwa". Odstawia na bok swoją prace pozwalając pracować aktorom i wspaniałej ścieżce dźwiękowej. To wielka mądrość w tym fachu wiedzieć kiedy odpuścić, aby pozwolić żyć filmowi własnym życiem. A jak wiemy, u reżyserów to nie takie oczywiste, przy wszechobecnym w branży kompleksie boga.

I właśnie to odpuszczenie sobie przez O. Russela owocuje tym co pokazują aktorzy na ekranie. A pokazują wiele. Pomijając wspaniały scenariusz, siłą tego filmu jest wybitne aktorstwo i tyczy się to zarówno pierwszo- i drugoplanowych aktorów, ale także epizodycznych ról. Jest tu tle świetnych ról, że nie wiem od kogo zacząć. Zacznę więc od najlepszej i najjaśniejszej gwiazdy.
Jennifer Lawrence. Co napisać o grze idealnej? Przytoczę cytat z jednego z moich guru, recenzenta Rolling Stone'a Petera Traversa: "She's rude, dirty, funny, foulmouthed, sloppy, sexy, vibrant and vulnerable, sometimes all in the same scene, even in the same breath. No list of Best Actress Oscar contenders would be complete without the electrifying Lawrence in the lead. She lights up the screen." Co więcej można dodać? Uroczo postrzelona, skrajnie wyluzowana i tak nieludzko naturalna, że można się zastanowić, czy Tiffany nie jest pisana pod pierwowzór Lawrence. Popularna JLaw, umiejętnie łączy kino skranie komercyjne (The Hunger Games) i kino wybitne (Winters Bone). Druga nominacja do Oscara w przeciągu 3 lat, to o czymś świadczy. Na naszych oczach rodzi się prawdziwa gwiazda, diamed, już oszlifowany. Lawrence, tak jak napisał Travers, rozjaśnia ekran. Ten film należy do niej, kilka scen wręcz brutalnie kradnie i to nie byle komu, bo samemu Bobowi De Niro. To trzeba zobaczyć choćby dla niej i dla tej wspaniałej, wspaniałej roli.
Bradley Cooper, wydawało by się patrząc na jego karierę, nie miał szans na odnalezienie się wśród top 5 aktorów danego sezonu. A jednak. Dobrze napisana postać i wiara reżysera pokazała prawdziwą twarz Coopera. Jako bipolarny Pat, wręcz szarżuje, często pozostawiając resztę w tyle (o ile Lawrence przy nim nie ma) eksplodując na ekranie talentem. A zadanie miał niełatwe. Bo jak zagrać kogoś z taką chorobą? kiedy pójść na całość, kiedy nie przeszarżować? Cooper odnalazł idealne odpowiedzi na te pytania, pokazał Pata, który równocześnie chce się zmienić, choć nie wie jak, chce być inny, lecz nadal jest ciągle podejrzliwy. Cooper gdy Pat wpada w złość - jest szalony, agresywny i cielesny, jednak gdy Pat ma być spokojny i opanowany - stawia na minimalizm i grę mimiką. Wspaniale wychodzą mu różne zabawne "wpadki" obyczajowe Pata, które wypowiada z kamienną miną, bez mrugnięcia okiem. Komizm jaki uzyskuje jest nie do przecenienia. Bardzo dobra rola, jednak pechowa, bo szans z Danielem Day-Lewisem na Oscara nie ma. Jednak wróży wiele dobrego dla Coopera i liczę, że to nie ostatnia nominacja.
Zapewne wszyscy mają swojego ulubionego aktora z dawnych lat, który dziś już jest troszkę zapomniany i dla którego nie ma już ról. A szkoda, bo nadal ma wiele do zaoferowania i wiele do pokazania. Dla mnie takim aktorem jest Robert De Niro. I nawet sam się zdziwiłem, że tak się cieszę z jego udziału w filmie. Powrót Boba na salony i do wielkiego aktorstwa, choćby nawet na chwilę, ucieszyło mnie jak małe dziecko. Patrizio Sr rozczulił mnie do granic możliwości i duża w tym zasługa konstrukcji tej postaci, a przede wszystkim, właśnie dzięki De Niro. Trochę wycofany Ojciec, z obsesją na punkcie footballu amerykańskiego i ze swoją małą obsesją natręctw jest wspaniały. Scena szczerej rozmowy Patrizia z synem, o tym jak ważny dla niego jest on i to by spędzać z nim czas - łzy Boba De Niro to najlepsze co przytrafiło się amerykańskiemu filmowi od długiego czasu.
Jacki Weaver - Dolores, jako jedyna rozsądna osoba w tej rodzinie, nie potrzebuje wiele by świecić, bo i nie taka jej rola. Rozsądkiem, przekąskami i rozumieniem pomaga swojej rodzinie. Weaver stoi w tym "freak show" na uboczu, niczym postać, którą gra. Rola bardzo porządna, ale chyba nad wyrost oscarowa.
W filmie warto też zwrócić uwagę na Chrisa Tuckera, Johna Ortiza i Shea Whighama. Bardzo pozytywne role, dodające smaczków całej historii.

Wielu recenzentów w Polsce narzeka, że ten film na zbyt pozytywne, cukierkowe zakończenie. Ale przecież takie miało mieć! Już scena znana ze zwiastunów, gdzie Pat wyrzuca książkę przez okno, niezadowolony z jej smutnego zakończenia daje temu wyraz. O tym jest ten film. Nie ważne jak jest źle, jak jesteś pokręcony i szalony i jak bardzo ludzie się ciebie boją - zawsze znajdzie się inny wariat, który Cie pokona w swoim szaleństwie i zrozumie Twoje szaleństwo. Ten film ma być happy endem. Nie tylko dla osób bipolarnych, nie - dla wszystkich. O. Russel zrobił bardzo pozytywny film, ale film, który pokazuje drogę i cenę jaką jest okupiony happy end. Ale warto. W tym szaleństwie jest metoda.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz