sobota, 24 listopada 2012

Lawless (****)

Kino gangsterskie to w dzisiejszej kinematografii dość specyficzny rodzaj filmu. Rodzaj, w którym ci dobrzy zazwyczaj są tymi złymi, a ci źli to romantyczni bojownicy o czas wolności i możliwości robienia czego się chce. I jak się chce.
Romantyczni bojownicy o dobrobyt i siłę więzi rodziny i przyjaźni. Ci źli to tak naprawdę ci dobrzy. To im kibicujemy, mimo że ich metody są brutalne, mimo że na ich rękach jest tyle krwi, że nie ma możliwości jaj zmycia. Są naszymi faworytami, bo to oni kierują się zasadami, honorem i tą romantyczną tęsknotą. Kibicujemy im, bo ci, którzy w imię sprawiedliwości mieli z nimi walczyć, mają metody jeszcze paskudniejsze, łamią prawo, którego mieli strzec, są skorumpowani i pełni hipokryzji.
Lawless to film poniekąd wpisujący się w ten schemat, ale nie do końca. Lawless to film świetny.

Reżyser John Hillcoat i scenarzysta Nick Cave - wprowadzają nas w modny ostatnio czas amerykańskiej prohibicji.Czyli są lata 30' ubiegłego wieku, mała mieścina na południu Stanów, trzech braci i całe zło <czyli system sprawiedliwości> przeciw nim. Bardziej romantycznie być nie może. Jednak polski tytuł filmu - Gangster - jest tak samo nie trafiony jak nazewnictwo 3/4 filmów w polskim przekładzie. Bo ten gangsterski film... nie jest o gangsterach. Bo "gangsterów" jest wielu, a nie jeden. Lawless to nie film o gangsterach, bo nie wpisuje się w schemat. Bo gangsterzy, to ci, którzy robią swoje interesy żerując na innych, na konkurencji, ale także na niewinnych. W Lawless trzech braci, łamiąc zakaz prohibicji i robiąc najlepszy bimber w miejscowości, są bohaterami. Uczciwie handlują, dostarczając mieszkańcom płynną radość. Nikomu nic nie grozi z ich strony. Do czasu, gdy pojawi się niebezpieczeństwo. Do czasu, gdy pierwsi nie zostaną zaatakowani.

Bo bracia Bondurant - Forrest, Howard i Jack -  nie są palcem robieni i w chwili zagrożenia stają się równie niebezpieczni - a może i groźniejsi - jak ich adwersarze. Bo jak mówi najstarszy z braci i lider - Forrest,
Bondurant'ci są nieśmiertelni. Kolejny romantyczny mit. Film ten różni się też od innych współczesnych gangsterskich produkcji stylem. Ilość efektów specjalnych ograniczono do minimum stawiając na gęstą atmosferę i kino aktorskie. Tu trzeba pochylić się w pół i zdjęć czapkę z głowy przed Cave'em, którego scenariusz jest tak surowy jak tylko się da. To historia postaci i ich walki. Nie ma tu miejsca na zawiłą intrygę, bo historia jest prosta jak mieszkańcy miasteczka, w którym film się toczy. Dzięki temu skupiamy się na postaciach, ich reakcjach, smaczkach związanych z grą aktorską. Dzięki temu atmosferę da się kroić nożem. Interakcje między braćmi, między ich "arcy wrogiem" - coś wspaniałego. Należy tu też pochwalić John'a Hillcoat'a za doskonałe zrozumienie tego pomysłu i scenariusza Cave'a. Jest surowo, brutalnie, bez łagodzenia. Rany krwawią, ludzie umierają. Zemsta musi być brutalniejsza niż zbrodnia <tu ocieramy się jednak o gangsterkę>. Reżyser opowiada histori nieśpiesznie, zbliżeniami, szerokie plany pojawiają się rzadko. Postacie są najważniejsze, więc to co się dzieje - widzimy z bliska. by poczuć wręcz fizycznie co ich spotyka.
Obaj panowie opierali się na książce The Wettest County in the World autorstwa Matt'a Bondurant'a. Myślę, że po seansie będzie to moja pozycja obowiązkowa. Należy też zauważyć, że nie jest to pierwsza taka współpraca obu panów. Ich wcześniejszy film, The Proposition (****), to western tak surowy, że aż nie zjadliwy. Dlatego taki pyszny.

Lecz ten film to popisy aktorskie. Panowie Cave i Hillcoat zebrali, tak zwaną, "pakę", że to musiało się udać. I udało się, że aż sam nie wiem od czego zacząć. Chyba wypadałoby zacząć od najlepszych? Tom Hardy jako Forrest Bondurant. Teraz przypominam sobie jego rolę w tym filmie, projektuje w głowie sceny z nim i moja szczęka przebija się już przez kolejną kondygnację mojego bloku, budząc już drugie piętro sąsiadów. Tak, tak. Taka to jest rola. Wielu uważa, że to sztuczny, brzydki chłopak z Anglii, który dopiero raczkuje w biznesie i musi się wiele nauczyć. Nic podobnego. Już wcześniej udowadniał talent, wielką charyzmę i to, że posiada to "coś". Tym filmem brutalnie, za przeproszeniem, zgwałcił czołówkę Hollywood. Rola warta co najmniej nominacji do Oscar'a, ale zapewne zostanie pominięta. Tom Hardy jest perfekcyjny. Zamknięty w sobie gbur, częściej mruczący niż mówiący przynosi na myśl legendarną rolę Ennisa z Brokeback Mountain. Zawsze tak samo ubrany, wierny zasadom. Kochający braci, ale nie okazujący tego. Nieśmiertelny. Oglądając film zauważcie jak Hardy gra nie tylko ciałem i mimiką, ale też głosem. To jak mruczy, czyści gardło zanim coś powie, to jak waży każde słowo, mówiąc tak lakonicznie jak tylko się da i co chwile wypowiedź przerywając rytmicznym "heeeee", "hmmmmm", czy innymi tego typu przerywnikami. To jak patrzy, jak się porusza, jak swoją stłumioną charyzmą, acz postawą przyciąga ludzi. Mnie przyciągną. Dałbym się za niego zabić. Rola warta wszelkich braw i pochwał. Panie Hardy. Czekam na więcej i więcej!


Skoro zacząłem od najlepszych, to idę dalej. Guy Pearce jako
agent specjalny Charlie Rakes, który pracując dla skorumpowanego prokuratora, będzie zatruwał życie naszych trzech ulubieńców. Po raz kolejny - wstańmy i zachwyćmy się. Pearce, aktor wielki, acz nie doceniony - pracował przy The Proposition. Tam był wspaniały, tu oddał całego siebie. Rakes to piękny potwór. Zadbany. Schludny. Zapach jego perfum to obiekt żartów w mieścinie. Ale to pozory słabości. Rakes nie cofa się przed niczym, by zniszczyć braci, którzy odrzucili jego propozycję, którzy go upokorzyli. Jest brutalny do granic możliwości. W jednej scenie widzimy jak czesze włosy ze staranną pieczołowitością, w innej jak bije chłopaka do nieprzytomności. W rękawiczkach. Przydząc się brudu i krwi. I Pearce robi to genialnie. Niemal cały film można zauważyć jak krzywi się, gardzi miejscem, w którym jest. Jak gardzi ludźmi, z którymi ma pracować i których ma zamknąć, lub zabić. Porusza się zgoła inaczej niż Forrest. Niczym lord, wiecznie zadbany i na świeczniku. W garniturze i kamizelce. Idealne przeciwieństwo najstarszego z braci. Tamten zawsze jakby zaniedbany, zawsze w jednym - wiejskie przeciwieństwo miastowego Rakes'a. Aluzja narzuca się sama, czyż nie?

Moja nowa ulubienica. Jessica Chastain - odkrycie zeszłego sezonu, omal z Oscarem w rękach. Tak piękna i hipnotyzująca, jak utalentowana. Oczu nie można oderwać.  Dziś - w związku z ograniczeniem działalności Cate Blanchett - chyba najlepsza w biznesie obok Theron. Tak samo jak Blanchett nieoczywiście piękna, tak samo pożera sceny swoim talentem. Sceny, w których nie ma Hardego, bo to jego film, rzecz jasna.  Chastain to niestety tylko dodatek to tego typowo męskiego filmu, lecz dodatek wspaniały. Po raz kolejny udowadnia jak wielką aktorką jest. Kameleon. W The Help - głupiutka blondyneczka, żonka mężusia. W Lawless - Maggie - barmanka pracująca u braci w lokalu - to pewna siebie, acz zraniona lwica. Nie narzeka na swój los, szczerze kocha i walczy o swoje. Wspaniała rola, ale chyba troche za mała. Szkoda. Szkoda, bo pare minut więcej w filmie, jedna, dwie ważniejsze sceny i mogłaby się witać z Oscarem.

Idol nastolatek, który bardzo próbuje udowodnić, że nim nie jest. Shia LeBouf. Najmłodszy z braci - Jim. Ja zawsze uważałem LeBouf'a za dobrego aktora, troche dającego się zaszufladkować. Myśli, że tym filmem - surowym i brutalnym się wypisze ze schematu. Ale mimo wszystko go powiela. Zmienił tylko styl. Nadal jest to samo: fajtłapa na początku, chłopiec, który nie zgadza się ze swoją niską pozycję w "gangu", który zmienia się w mężczyznę. W Lawless - jak w poprzednich obrazach - robi to poprawnie, ale tylko poprawnie. Na tle reszty stawki odstaje, bo i jego postać nie jest wymagająca, a on sam zna ten schemat na pamięć. Więc nie potrafi zaskoczyć.

Jest jeszcze rzecz jasna trzeci z Braci - Howard, czyli Jason Clarke. Jego rola także poprawna, ale nie tak ważna i rozbudowana jak poprzedników. Aczkolwiek przyjemnie się patrzyło na jego brutalność i zadziorność. Bardzo ok. Mia Wasikowski - córka pastora. Niestety kolejny damski dodatek to filmu. Także szkoda, bo dziewczyna ma duży talent i swobodę. Warto było jej dać tę rolę dla pokazania się w czymś nowym, ja jednak czekam na więcej. W obsadzie jest też Gary Oldman. I to jest taki mały prztyczek filmu, za który odejmuję pół gwiazdki. Czemu? Bo zagrał źle? Wręcz przeciwnie. Wspaniały jak zazwyczaj. Ale niestety... doliczyłem się 3 scen z jego postacią. Prawdziwy gangster tamtych czasów. Groźny, charyzmatyczny, bez skrupułów. I tylko trzy sceny. Szkoda. Byłoby jeszcze lepiej, dla filmu i historii.

Warte uwagi są wspaniałe zdjęcia Benoît Delhomme'a, które idealnie współgrają z krajobrazami i rekwizytami tamtych czasów. Muzyka Nick'a Cave'a - piosenki country pojawiające się w tle - niesamowicie budują atmosferę małego południowego miasteczka Stanów z lat 30'. Nóżka podryguje do muzyki, tekst brutalnie przypomina o szarej rzeczywistości.

Lawless to kino takie jak lubię. Skromne, surowe, brutalne i prawdziwe. Troche podparte romantyzmem - nieważne jak rozumianym. Świetnie zrealizowane, a przedewszystkim - co lubię najbardziej - genialnie zagrane przez głównych aktorów. Nastrój, nastrój i jeszcze raz nastrój. Te wszystkie elementy, nad którymi tak się wyżej rozpisałem - budują ten wspaniały nastrój i klimat. Film trzyma w napięciu i pozwala nam się zżyć z braćmi Bondurant. Pół gwiazdki odjąłem za skromną, za skromną, rólkę Oldmana. Kolejną połówkę odejmuje za coś czego nie umiem zdefiniować. Najlepszym słowem będzie niedosyt. Film pozostawia troszkę niedosytu. Chciało by się więcej. Może za mało akcji znalazło się w tym filmie? Nie wiem. Jakoś nie umiem tego określić.
Lecz to nie zmienia faktu, że Lawless to film świetny i godny uwagi. Warty zobaczenia, dla aktorstwa < jeśli takie kino Was nie interesuje> i dla przyjemności z dobrego filmu "gangsterskiego". Świetny film. Skromy, acz wielki. Ocierający się o amerykańskie kino niezależne w swojej surowości. Warto. Po prostu warto.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz