Wreszcie czas na recenzję, za którą spadną gromy z jasnego nieba na moją niewinną główczynę. Niech i tak będzie.
Kilka słów wstępu. Nie jestem ultra fanem Tolkiena. Nie znam wszystkich jego dzieł. Bardzo lubię filmową trylogię Lord of the Rings. Ten tekst jest pisany bardziej z perspektywy filmofila, niż tolkienfila. I na końcu - mimo iż przez długi czas będę tu wylewał wiadro pomyj - rozumiem, że "die-hard" fani Tolkiena, "Hobbita" itp ubóstwiają ten film. Serio to rozumiem, bo ten film to 2 godziny 38 minut wzdychania i uwielbienia dla Tolkiena. O jedną godzinę za dużo. Minimum jedną.
A więc <tak wiem - tak nie zaczyna się zdania> zacznę od wiadra pomyj, choć pozytywne aspekty też się pojawią. Na wszystko co święte. Jak można? Jak można z ponad 200 stronicowej książki dla dzieci zrobić trylogię? I to jest pierwszy zarzut. Bo przez rozbicie książkowej podstawy na trzyczęściowy film <każdy chyba będzie się mieścił w tych 2 godzinach 40 minutach> pojawiają się tak niesamowite dłużyzny jakie serwuje nam Hobbit. Recenzję zaczynam od negatywów, więc "gwiazdami" tej części będzie scenariusz i reżyseria. Dłużyzny. Filmu nigdy nie zrobiłem i nie zmontowałem, ale gdyby dali mi ten film i podstawowy program do montażu - lekką ręką wyciąłbym z tego obrazu od 40 do 60 minut. I fabuła by na tym nie straciła. Nudny jak flaki z olejem prolog, Bezsensowne sekwencje jedzeniowo - naczyniowe w wykonaniu krasnoludów. Czego tu nie ma, a nie powinno się znaleźć. Reżyser chciał być sprytny i poprzez typowo tolkienowskie zabiegi, wprowadza do filmu sceny, które - w teorii - mają uzasadnić podział książki na 3 filmy. Nigdy więcej! Geniusz Petera Jacksona i sukces Lord of the Rings, polegał w głównej mierze na tym, że reżyser i scenarzysta powycinali na potrzeby filmu, te wszystkie nieziemsko długie opisy każdego kroku głównych bohaterów, opisy każdego kamienia i porostu na ich drodze. Scenariusz omijał, przekształcał, lub usuwał wątki totalnie niepotrzebne dla rozumienia historii, jednocześnie robił to tak by nie bezcześcić dziedzictwa książek. Dzięki temu trylogia pozostała trylogią, fani Tolkiena byli więcej niż zadowoleni, a filmy odniosły fenomenalny sukces zarówno komercyjny, jak i artystyczny. Co robi Peter Jackson z Hobbitem? Rzecz totalnie odwrotną. Zabija film przygodowy, wrzucając tu wszystko co mu przyjdzie do głowy, a co jest powiązane z Tolkienem, jego dziełami, historią universum "Władcy Pierścieni". Dawno się tak nie wynudziłem na filmie przygodowym. Pierwsze półtorej godziny, to męka. Słabe dialogi, totalnie niepotrzebne sceny, ślamazarna akcja okraszona dość słabym humorem i kiepskimi dialogami. Kilka razy zwątpiłem i to bardzo porządnie. Nie potrzebne sceny, dialogi, postacie. Łatwo nie jest. Owszem, dalej jest odrobinę lepiej, ale nie ratuje to ogółu. Hobbit usilnie próbuje nawiązać do epickości TEJ Trylogii, jednak to nie jest materiał na tak epicki film. "Hobbit" był pisany z myślą o dzieciach, no i był ZNACZĄCO krótszy. Siłę monumentalności filmu często określa jego książkowa podstawa. No cóż "Hobbit" nie ma takiego ładunku. Ale jak mówiłem wcześniej - fani Toliena są w niebowzięci, bo film jest tak samo nudny <tu pewnie już się pewnie ostrzy dla mnie pal. No cóż lubię Tolkiena, ale jego książki to trudna przeprawa jest> i pełen dosłownych opisów jak książki Tolkiena. Scenariusz nie ma potencjału, dramaturgii i nawet się nie stara na przyśpieszenie akcji. Przecież czekają nas jeszcze dwa filmy.
I to kolejna pomyja. W stronę Jacksona, który wydawał się dobrym wujkiem Hollywoodu, a okazał się jak wszyscy - chciwy. Przecież nie chciał robić tego filmu. I według mnie - to widać. Trylogia Hobbita ma nabić kobzę jemu i wytwórni, a fani są zachwyceni perspektywą 3 filmów. Jednak miłość jest ślepa. Film jest zrobiony tak, żeby jak najbardziej wydłużyć fabułę, a dłużyzny filmowi nie służą. A już na pewno nie filmowi przygodowemu. Jackson oszukuje widzów, ale pół biedy, że mnie czy innych umiarkowanych fanów. On oszukuje Was - prawdziwych i oddanych tolkienowców. Zaprzeczycie - wiem. Ale zadajcie sobie pytanie - jaki tak na prawdę sens ma rozbijanie tej historii na 3 części? Lord of the Rings, zmieścił się w przedziale 3 filmów i nikt na tym nie ucierpiał. Idąc analogią i myśleniem Hobbita - LotR powinien liczyć od 9 do 12 filmów. I po co?
Więc dlaczego rozbijać to na 3 części? Cóż Hollywood rządzą pieniądze, a Hobbit sprzedaje się świetnie. Myślę, że ma szanse dobić do "Klubu Miliarda" - czyli 300% normy będzie wyrobione. Na film szedłem lekko sceptyczny, ale nie skreślałem Jacksona. Wierzyłem, że w tym rozbiciu jest jakiś sens - zaskoczy mnie. Zawiodłem się. Zaskoczenia nie ma, jest mdła, acz kolorowa historia. Na lekkie zmazanie swoich "win" dodam, że duża część branżowych portali i blogów twierdzi podobnie. Ale film to film. A biznes is biznes. Szkoda, że dopadło to Jacksona. Szkoda, że dopadło to Tolkiena. Myślę, że dziś przewraca się w grobie, mimo zachwytu fanów.
Pozytywy. Kilka ich mimo wszystko jest. Po pierwsze - jak już wychodzimy z początkowej sekwencji nudów to robi się ciekawie. Przygoda wreszcie jest przygodą. Albo ją udaje. Druga połowa filmu <ta krótsza połowa> jest lepsza i ciekawiej się ją ogląda. Oczywiście muzyka i zdjęcia stoją na wysokim poziomie i tu procentuje doświadczenie z Trylogii. Wspaniała Nowa Zelandia jest chyba niemożliwa do złego sfilmowania. Plenery, zdjęcia i muzyka - wszystko razem gra i furczy po raz kolejny ukazując nam wspaniałe Śródziemie. Oczywiście aktorstwo - tu wielkie brawa dla Martina Freemana - jest pierwszych lotów tak jak i efekty specjalne. Bilbo Freemana to idealna interpretacja. Pozytywny duch, sprytny i mężny. Martin to na tyle zdolny aktor, że udźwignął to brzemię niczym Frodo pierścień. Nieśmiertelny Ian McKellen jako Gandalf, mimo, że w filmie młodszy, to jakby się postarzał. Mniej charyzmy to rzucało się w oczy. Ale i tak McKellen to jedyny słuszny i prawdziwy Gandalf. Radosna kompania krasnoludów jest zabawna i dzielna, ale w tym tłoku troche się rozmywa i czasem trudno stwierdzić kto jest kim. Który krasnolud jest którym krasnoludem? Zabrakło w tym za długim filmie czasu <sic!!!!!!!!>, by przedstawić krasnoludy tak by można było je odróżnić. Ja zapamiętałem czterech. Mniej wydmuszki, więcej konkretów - i może by się to ominęło. Ale hej! Są jeszcze dwa filmy może spamiętam!
Oczywiście efekty dość znacząco poszły do przodu i w Hobbicie to widać. Nowe metody filmowania też odcisnęły swoje pozytywne piętno. Film ogląda się przyjemniej, jakby... wyraźniej.
The Hobbit: An Unexpected Journey to dla mnie potężny zawód i cios w spuściznę Lord of the Rings. Mam nadzieje, że dwa kolejne filmy już aż tak nudne i monotonne nie będą i że przygoda będzie przygodą pełną gębą. Że ta Niezwykła Podróż zasłuży na swoją "niezwykłość", a pierwsza część tej trylogii okażę się tylko nudnym i przydługim wstępem do choć troszkę lepszego dzieła. Rozumiem zachwyt fanów i nie proszę o zrozumienie. Tolkienowsko ten film to prawie 3 godzinna orgia. Jednak technicznie i filmowo - Jackson się nie popisuje, zaprzepaszczając gdzieś swój talent między liczeniem jednego pliczka banknotów a drugiego.
Ale hej. Z nie takich opresji mieszkańcy Śródziemia wychodzili obronną ręką. Tylko, że tym razem zbawienie przyszło przed zagładą. Niestety.
Czyli blog o wszystkim i o niczym. O tym co mnie interesuje, bulwersuje, porusza. Luźne przemyślenia, eter dla moich myśli. Głos w chwilach, gdy brak sił do krzyku. Blog o wszystkim i o niczym. Bo szarość ma tak wiele odcieni.
czwartek, 3 stycznia 2013
Moonrise Kingdom (****)
Ten film to pochwała wyobraźni. Pochwała korzeni z jakich się wywodzi film i człowiek. Wszelka opaczności. Błogosław Wesa Andersona. Amen.
Moonrise Kingdom to film, który nie przypadnie wszystkim do gustu. To na wstępie zaznaczam. Mi - rzecz jasna przypadł i to bardzo. Jednak odbiór tego filmu to będzie bardzo indywidualna i osobista. Ale takie są filmy Wesa Andersona - nie szablonowe, trochę niewygodne. Ale co do jednego świetne. Skala pomysłu, wyobraźni, skala środków jakich chwyta się Anderson w swoich filmach - to wszystko stawia go dziś w równej linii z największymi współczesnego kina. A Moonrise Kingdom to potwierdza.
Film to bajkowa, troche psychodeliczna, troche odrealniona bajka dla dorosłych. Opowiadana z punktu widzenia dzieci. Wes Anderson rozlicza się w tym filmie z dzieciństwem i z tym jak nas "okłamywano" gdy byliśmy dziećmi. Jak dorośli, rodzice - uczyli nas pewnych wartości, w dobrej wierze byśmy wyrośli na porządnych, a sami robią co innego. Ten film to karykatura. Szyderstwo w stronę przereklamowanej dorosłości i ukłon w stronę czystości, niewinności i tej uroczej naiwności dzieci. Dość powiedzieć, że w filmie to dzieci - imitując zachowania dorosłych, próbując być "dorosłymi" - są bardziej dojrzałe i odpowiedzialne, od rzeczywistych dorosłych. Dzieci, używając schematu, którego się nie nauczyły, a bardziej zaobserwowały, zachowują więcej rozsądku niż ci, którzy tym rozsądkiem powinni się kierować.
W końcu Moonrise Kingdom to kino drogi, kino przygody i pastisz na dorosłość. Wes Anderson opowiada nam historię o czystej miłości, o odkrywaniu przez dzieci co to dorosłość i odpowiedzialność. Opowiada nam jaką cenę trzeba ponieść aby być razem. Bo wbrew przeciwnościom losu - jeśli się chce - razem się będzie. I chyba tylko dziecięca wiara jest w stanie w to tak silnie uwierzyć i dziecięca wyobraźnia jest w stanie to urzeczywistnić. Dzieci są ważne w tym filmie. To dzieci są historią tego filmu.
Dwójka zakochanych szczeniaków - harcerz sierota i mentalna "sierota", anemiczna i trochę szalona dziewczyna - postanawia uciec razem, by wyrwać się z brutalnego świata jaki ich otacza. Harcerza nikt na obozie harcerskim nie lub, a dziewczyna czuje się samotna w wielkim domu pełnym ludzi, który formułą przypomina te wielkie stare domki dla lalek. Wspólnie, oszukując wszystkich dookoła wyruszają w drogę, ku przygodzie, by poznać smak dorosłości. Gorzki smak. Reżyser w krótkim czasie wprowadza nas we wszystkie etapy dorastania. W trudne wybory. W walkę z przeciwnościami. W konieczność znalezienia kompromisu, by być razem. Anderson wprowadza też, wprawdzie niemowlęczym raczkowaniem, w seksualność. Ale obrońcy moralności nie martwcie się. Jest to niewinne i czyste jak główni bohaterowie.
Nie chcę zbytnio zdradzać fabuły, by nie zepsuć filmu. Warto przysiąść i się zapoznać z tym co Anderson i współscenarzysta Roman Coppola, chcą nam przekazać. Scenariusz jest bardzo dobrze napisany, trochę odrealniony, co widać w niektórych scenach. Ten film to kręcona oczami dziecka przygoda, przygoda widziana z perspektywy licznej grupy, 10, 13, czy 14sto latków. Uważny widź dostrzeże, że niektóre wydarzenia nie mogły mieć miejsca, że niektóre skoki, czy uderzenia piorunów - są przewartościowane, przerysowane tak jak dzieci przerysowywują swoje codzienne "przygody". Przyznajcie - też bawiliście się w grę, że "podłoga to lawa". Taki jest ten film. Przygody są zwykłe, ale opowiedziane niezwykle. Z dziecięcym entuzjazmem. Harcerze, to nie harcerze, a wręcz paramilitarna jednostka. Rowerek, to nie rowerek, a motor pełną gębą. Jednak Anderson-reżyser, tę historie prowadzi tak, by nie zrobić z tego farsy. Rozbija historię na części pierwsze, niczym w prologu rozbija klasyczny utwór muzyczny, by na końcu połączyć to wszystko w jedną całość. W jedną słodko - gorzką sonatę o nas samych. Prowadzi swoją batutę ślamazarnie, powoli, dokładnie opisując i przedstawiając wydarzenia i bohaterów. Wprowadza rolę wszechwiedzącego narratora, który swoją obecnością i głosem przedstawia warunki i czas i miejsce w jakim dzieją się wydarzenia. Anderson to geniusz. Bo wszystko ze sobą współgra, mimo iż nie powinno. Nie chce popełniać rodzicielskich błędów swoich bohaterów. Swoje dziecko traktuje z dystansem, ale z czułością. Pozwala mu samemu dorosnąć. Ale chroni przed błędami sugerując drogę, wierząc w mądry wybór dziecka. Ufa mu. Pan Anderson musi być świetnym Ojcem.
Ta historia byłaby niczym bez aktorów. Plejada gwiazd, które chętnie pojawiają się u Andersona, oraz dzieci - tworzą pozytywnie wybuchową mieszankę. Dorośli są chaotyczni, są zagubieni. Dzieci są poważne na swój sposób, na swój naiwny sposób bardziej dorosłe. Para Jared Gilman i Kara Hayward <czyli harcerz i jego miłość> to wspaniała melodia przyszłości. Bawią, wzruszają, są wspaniale niewinni w tym co robią. Zwłaszcza młodziutka Hayward zasługuje na gromkie brawa. Zdystansowana, wyobcowana, mogłaby być rodzoną córką Woody'iego Allena. Silna, ale potrzebująca swojego "mężczyzny". Fantastyczna. Jared - pełen entuzjazmu i wiary w miłość szczyl - rozpuścił nawet moje zamarznięte serce. Szczerze mu kibicowałem i jego misji. Cała plejada dziecięcych aktorów spisała się na medal. Może idzie nowe, lepsze?
Dziecięce gwiazdy grając pierwsze skrzypce zepchnęły na drugi plan wielkich. Ale wielcy nie mają nic przeciwko, dając grać pierwsze skrzypce milusińskim. No i co tu napisać o takich tuzach jak Bill "Fucking" Murray, Bruce Willis, czy Tilda Swinton? Tylko tyle, że jak zwykle są wspaniali. Zwłaszcza ulubiony aktor Andersona, najzabawniejszy człowiek Ameryki - Murray. Etatowa gwiazda filmów twórcy Rushmore, nie zawodzi i jak to zazwyczaj bywa - bawi i wzrusza. Wspaniały aktor, którego warto zawsze obejżeć w owej produkcji. Na pewno w tej. W Moonrise, wybitnie gra zgorzkniałego ojca, głowę sztucznej rodziny. Wzięty prawnik, silny człowiek. Słaby ojciec, jeszcze gorszy mąż. Wspaniały.
Bliżej przyjrzę się jeszcze dwóm panom. Bruce Willis łamie swój stereotyp twardego gliny, niczym bohater Die Hard. Robi to z urokiem, udowadniając nielicznym niedowiarkom - że talentu nigdy mu nie brakowało. Uroczy, miejscowy, podtatusiały policjant. Ciepły i wierzący w miłość głównych bohaterów. Przeciwność dla postaci Murray'a, i poniekąd - jego rywal. Pojedynek "ojców" to bardzo ciekawa część filmu, dodatkowo świetnie zgrana. Anderson wyraźnie zaznacza jak ważny dla dziecka jest rodzić - w tym wypadku ojciec. Jak kształtuje, jak niszczy, jak ważna jest wiara, lub niewiara rodzica w dziecko. Willis w swojej roli jest komiczny, acz nie śmieszny <w negatywnym tego słowa znaczeniu>. Bawi, bo patrząc na niego nie możemy uwierzyć, że to ten sam, który kilka razy uratował Amerykę, przed całą plejadą terrorystów. Świetnie dopasowana rola do aktora. Takie wyjście z szufladki na złość wszystkim. Warta Oscara, chociaż cichej nominacji. Zapewne pominięta w ostatecznym rozrachunku.
Drugim Panem jest Edward Norton, który wreszcie gra w filmie godnym jego talentu. Koleś rozmienił karierę na drobne. Ale, o ile utrzyma ten kurs, może wrócić. Fajtłapowaty druh, to najzabawniejsza i najsmutniejsza postać w filmie. Taka ku pokrzepieniu serc. From zero to hero. Żeby pokazać nam, dorosłym, że i dla nas nie jest za późno. Choćby nie wiem jak źle już było.
Reasumując- Anderson znów to zrobił. Wspaniałe, skromne dzieło, z wybitnym aktorstwem i oczyszczającą dawką odrealnienia i absurdu. Wspaniałe kino, z humorem i traumą. Dziś Anderson to główny i chyba najlepszy przedstawiciel kina autorskiego, który nie boi się swojej wizji i wyobraźni, a wręcz przeciwnie - pozwala im szaleć. Zrobił film plastyczny, bliski teatralnym doznaniom, z nastrojową muzyką i zdjęciami. Całokształt jest nastrojowo opowiedziany, bardzo zżywając widza z postaciami. Wspaniałe emocje i wielki film.
Moonrise Kingdom to film, który nie przypadnie wszystkim do gustu. To na wstępie zaznaczam. Mi - rzecz jasna przypadł i to bardzo. Jednak odbiór tego filmu to będzie bardzo indywidualna i osobista. Ale takie są filmy Wesa Andersona - nie szablonowe, trochę niewygodne. Ale co do jednego świetne. Skala pomysłu, wyobraźni, skala środków jakich chwyta się Anderson w swoich filmach - to wszystko stawia go dziś w równej linii z największymi współczesnego kina. A Moonrise Kingdom to potwierdza.
Film to bajkowa, troche psychodeliczna, troche odrealniona bajka dla dorosłych. Opowiadana z punktu widzenia dzieci. Wes Anderson rozlicza się w tym filmie z dzieciństwem i z tym jak nas "okłamywano" gdy byliśmy dziećmi. Jak dorośli, rodzice - uczyli nas pewnych wartości, w dobrej wierze byśmy wyrośli na porządnych, a sami robią co innego. Ten film to karykatura. Szyderstwo w stronę przereklamowanej dorosłości i ukłon w stronę czystości, niewinności i tej uroczej naiwności dzieci. Dość powiedzieć, że w filmie to dzieci - imitując zachowania dorosłych, próbując być "dorosłymi" - są bardziej dojrzałe i odpowiedzialne, od rzeczywistych dorosłych. Dzieci, używając schematu, którego się nie nauczyły, a bardziej zaobserwowały, zachowują więcej rozsądku niż ci, którzy tym rozsądkiem powinni się kierować.
W końcu Moonrise Kingdom to kino drogi, kino przygody i pastisz na dorosłość. Wes Anderson opowiada nam historię o czystej miłości, o odkrywaniu przez dzieci co to dorosłość i odpowiedzialność. Opowiada nam jaką cenę trzeba ponieść aby być razem. Bo wbrew przeciwnościom losu - jeśli się chce - razem się będzie. I chyba tylko dziecięca wiara jest w stanie w to tak silnie uwierzyć i dziecięca wyobraźnia jest w stanie to urzeczywistnić. Dzieci są ważne w tym filmie. To dzieci są historią tego filmu.
Dwójka zakochanych szczeniaków - harcerz sierota i mentalna "sierota", anemiczna i trochę szalona dziewczyna - postanawia uciec razem, by wyrwać się z brutalnego świata jaki ich otacza. Harcerza nikt na obozie harcerskim nie lub, a dziewczyna czuje się samotna w wielkim domu pełnym ludzi, który formułą przypomina te wielkie stare domki dla lalek. Wspólnie, oszukując wszystkich dookoła wyruszają w drogę, ku przygodzie, by poznać smak dorosłości. Gorzki smak. Reżyser w krótkim czasie wprowadza nas we wszystkie etapy dorastania. W trudne wybory. W walkę z przeciwnościami. W konieczność znalezienia kompromisu, by być razem. Anderson wprowadza też, wprawdzie niemowlęczym raczkowaniem, w seksualność. Ale obrońcy moralności nie martwcie się. Jest to niewinne i czyste jak główni bohaterowie.
Nie chcę zbytnio zdradzać fabuły, by nie zepsuć filmu. Warto przysiąść i się zapoznać z tym co Anderson i współscenarzysta Roman Coppola, chcą nam przekazać. Scenariusz jest bardzo dobrze napisany, trochę odrealniony, co widać w niektórych scenach. Ten film to kręcona oczami dziecka przygoda, przygoda widziana z perspektywy licznej grupy, 10, 13, czy 14sto latków. Uważny widź dostrzeże, że niektóre wydarzenia nie mogły mieć miejsca, że niektóre skoki, czy uderzenia piorunów - są przewartościowane, przerysowane tak jak dzieci przerysowywują swoje codzienne "przygody". Przyznajcie - też bawiliście się w grę, że "podłoga to lawa". Taki jest ten film. Przygody są zwykłe, ale opowiedziane niezwykle. Z dziecięcym entuzjazmem. Harcerze, to nie harcerze, a wręcz paramilitarna jednostka. Rowerek, to nie rowerek, a motor pełną gębą. Jednak Anderson-reżyser, tę historie prowadzi tak, by nie zrobić z tego farsy. Rozbija historię na części pierwsze, niczym w prologu rozbija klasyczny utwór muzyczny, by na końcu połączyć to wszystko w jedną całość. W jedną słodko - gorzką sonatę o nas samych. Prowadzi swoją batutę ślamazarnie, powoli, dokładnie opisując i przedstawiając wydarzenia i bohaterów. Wprowadza rolę wszechwiedzącego narratora, który swoją obecnością i głosem przedstawia warunki i czas i miejsce w jakim dzieją się wydarzenia. Anderson to geniusz. Bo wszystko ze sobą współgra, mimo iż nie powinno. Nie chce popełniać rodzicielskich błędów swoich bohaterów. Swoje dziecko traktuje z dystansem, ale z czułością. Pozwala mu samemu dorosnąć. Ale chroni przed błędami sugerując drogę, wierząc w mądry wybór dziecka. Ufa mu. Pan Anderson musi być świetnym Ojcem.
Ta historia byłaby niczym bez aktorów. Plejada gwiazd, które chętnie pojawiają się u Andersona, oraz dzieci - tworzą pozytywnie wybuchową mieszankę. Dorośli są chaotyczni, są zagubieni. Dzieci są poważne na swój sposób, na swój naiwny sposób bardziej dorosłe. Para Jared Gilman i Kara Hayward <czyli harcerz i jego miłość> to wspaniała melodia przyszłości. Bawią, wzruszają, są wspaniale niewinni w tym co robią. Zwłaszcza młodziutka Hayward zasługuje na gromkie brawa. Zdystansowana, wyobcowana, mogłaby być rodzoną córką Woody'iego Allena. Silna, ale potrzebująca swojego "mężczyzny". Fantastyczna. Jared - pełen entuzjazmu i wiary w miłość szczyl - rozpuścił nawet moje zamarznięte serce. Szczerze mu kibicowałem i jego misji. Cała plejada dziecięcych aktorów spisała się na medal. Może idzie nowe, lepsze?
Dziecięce gwiazdy grając pierwsze skrzypce zepchnęły na drugi plan wielkich. Ale wielcy nie mają nic przeciwko, dając grać pierwsze skrzypce milusińskim. No i co tu napisać o takich tuzach jak Bill "Fucking" Murray, Bruce Willis, czy Tilda Swinton? Tylko tyle, że jak zwykle są wspaniali. Zwłaszcza ulubiony aktor Andersona, najzabawniejszy człowiek Ameryki - Murray. Etatowa gwiazda filmów twórcy Rushmore, nie zawodzi i jak to zazwyczaj bywa - bawi i wzrusza. Wspaniały aktor, którego warto zawsze obejżeć w owej produkcji. Na pewno w tej. W Moonrise, wybitnie gra zgorzkniałego ojca, głowę sztucznej rodziny. Wzięty prawnik, silny człowiek. Słaby ojciec, jeszcze gorszy mąż. Wspaniały.
Bliżej przyjrzę się jeszcze dwóm panom. Bruce Willis łamie swój stereotyp twardego gliny, niczym bohater Die Hard. Robi to z urokiem, udowadniając nielicznym niedowiarkom - że talentu nigdy mu nie brakowało. Uroczy, miejscowy, podtatusiały policjant. Ciepły i wierzący w miłość głównych bohaterów. Przeciwność dla postaci Murray'a, i poniekąd - jego rywal. Pojedynek "ojców" to bardzo ciekawa część filmu, dodatkowo świetnie zgrana. Anderson wyraźnie zaznacza jak ważny dla dziecka jest rodzić - w tym wypadku ojciec. Jak kształtuje, jak niszczy, jak ważna jest wiara, lub niewiara rodzica w dziecko. Willis w swojej roli jest komiczny, acz nie śmieszny <w negatywnym tego słowa znaczeniu>. Bawi, bo patrząc na niego nie możemy uwierzyć, że to ten sam, który kilka razy uratował Amerykę, przed całą plejadą terrorystów. Świetnie dopasowana rola do aktora. Takie wyjście z szufladki na złość wszystkim. Warta Oscara, chociaż cichej nominacji. Zapewne pominięta w ostatecznym rozrachunku.
Drugim Panem jest Edward Norton, który wreszcie gra w filmie godnym jego talentu. Koleś rozmienił karierę na drobne. Ale, o ile utrzyma ten kurs, może wrócić. Fajtłapowaty druh, to najzabawniejsza i najsmutniejsza postać w filmie. Taka ku pokrzepieniu serc. From zero to hero. Żeby pokazać nam, dorosłym, że i dla nas nie jest za późno. Choćby nie wiem jak źle już było.
Reasumując- Anderson znów to zrobił. Wspaniałe, skromne dzieło, z wybitnym aktorstwem i oczyszczającą dawką odrealnienia i absurdu. Wspaniałe kino, z humorem i traumą. Dziś Anderson to główny i chyba najlepszy przedstawiciel kina autorskiego, który nie boi się swojej wizji i wyobraźni, a wręcz przeciwnie - pozwala im szaleć. Zrobił film plastyczny, bliski teatralnym doznaniom, z nastrojową muzyką i zdjęciami. Całokształt jest nastrojowo opowiedziany, bardzo zżywając widza z postaciami. Wspaniałe emocje i wielki film.
sobota, 24 listopada 2012
Lawless (****)
Kino gangsterskie to w dzisiejszej kinematografii dość specyficzny rodzaj filmu. Rodzaj, w którym ci dobrzy zazwyczaj są tymi złymi, a ci źli to romantyczni bojownicy o czas wolności i możliwości robienia czego się chce. I jak się chce.
Romantyczni bojownicy o dobrobyt i siłę więzi rodziny i przyjaźni. Ci źli to tak naprawdę ci dobrzy. To im kibicujemy, mimo że ich metody są brutalne, mimo że na ich rękach jest tyle krwi, że nie ma możliwości jaj zmycia. Są naszymi faworytami, bo to oni kierują się zasadami, honorem i tą romantyczną tęsknotą. Kibicujemy im, bo ci, którzy w imię sprawiedliwości mieli z nimi walczyć, mają metody jeszcze paskudniejsze, łamią prawo, którego mieli strzec, są skorumpowani i pełni hipokryzji.
Lawless to film poniekąd wpisujący się w ten schemat, ale nie do końca. Lawless to film świetny.
Reżyser John Hillcoat i scenarzysta Nick Cave - wprowadzają nas w modny ostatnio czas amerykańskiej prohibicji.Czyli są lata 30' ubiegłego wieku, mała mieścina na południu Stanów, trzech braci i całe zło <czyli system sprawiedliwości> przeciw nim. Bardziej romantycznie być nie może. Jednak polski tytuł filmu - Gangster - jest tak samo nie trafiony jak nazewnictwo 3/4 filmów w polskim przekładzie. Bo ten gangsterski film... nie jest o gangsterach. Bo "gangsterów" jest wielu, a nie jeden. Lawless to nie film o gangsterach, bo nie wpisuje się w schemat. Bo gangsterzy, to ci, którzy robią swoje interesy żerując na innych, na konkurencji, ale także na niewinnych. W Lawless trzech braci, łamiąc zakaz prohibicji i robiąc najlepszy bimber w miejscowości, są bohaterami. Uczciwie handlują, dostarczając mieszkańcom płynną radość. Nikomu nic nie grozi z ich strony. Do czasu, gdy pojawi się niebezpieczeństwo. Do czasu, gdy pierwsi nie zostaną zaatakowani.
Bo bracia Bondurant - Forrest, Howard i Jack - nie są palcem robieni i w chwili zagrożenia stają się równie niebezpieczni - a może i groźniejsi - jak ich adwersarze. Bo jak mówi najstarszy z braci i lider - Forrest,
Bondurant'ci są nieśmiertelni. Kolejny romantyczny mit. Film ten różni się też od innych współczesnych gangsterskich produkcji stylem. Ilość efektów specjalnych ograniczono do minimum stawiając na gęstą atmosferę i kino aktorskie. Tu trzeba pochylić się w pół i zdjęć czapkę z głowy przed Cave'em, którego scenariusz jest tak surowy jak tylko się da. To historia postaci i ich walki. Nie ma tu miejsca na zawiłą intrygę, bo historia jest prosta jak mieszkańcy miasteczka, w którym film się toczy. Dzięki temu skupiamy się na postaciach, ich reakcjach, smaczkach związanych z grą aktorską. Dzięki temu atmosferę da się kroić nożem. Interakcje między braćmi, między ich "arcy wrogiem" - coś wspaniałego. Należy tu też pochwalić John'a Hillcoat'a za doskonałe zrozumienie tego pomysłu i scenariusza Cave'a. Jest surowo, brutalnie, bez łagodzenia. Rany krwawią, ludzie umierają. Zemsta musi być brutalniejsza niż zbrodnia <tu ocieramy się jednak o gangsterkę>. Reżyser opowiada histori nieśpiesznie, zbliżeniami, szerokie plany pojawiają się rzadko. Postacie są najważniejsze, więc to co się dzieje - widzimy z bliska. by poczuć wręcz fizycznie co ich spotyka.
Obaj panowie opierali się na książce The Wettest County in the World autorstwa Matt'a Bondurant'a. Myślę, że po seansie będzie to moja pozycja obowiązkowa. Należy też zauważyć, że nie jest to pierwsza taka współpraca obu panów. Ich wcześniejszy film, The Proposition (****), to western tak surowy, że aż nie zjadliwy. Dlatego taki pyszny.
Lecz ten film to popisy aktorskie. Panowie Cave i Hillcoat zebrali, tak zwaną, "pakę", że to musiało się udać. I udało się, że aż sam nie wiem od czego zacząć. Chyba wypadałoby zacząć od najlepszych? Tom Hardy jako Forrest Bondurant. Teraz przypominam sobie jego rolę w tym filmie, projektuje w głowie sceny z nim i moja szczęka przebija się już przez kolejną kondygnację mojego bloku, budząc już drugie piętro sąsiadów. Tak, tak. Taka to jest rola. Wielu uważa, że to sztuczny, brzydki chłopak z Anglii, który dopiero raczkuje w biznesie i musi się wiele nauczyć. Nic podobnego. Już wcześniej udowadniał talent, wielką charyzmę i to, że posiada to "coś". Tym filmem brutalnie, za przeproszeniem, zgwałcił czołówkę Hollywood. Rola warta co najmniej nominacji do Oscar'a, ale zapewne zostanie pominięta. Tom Hardy jest perfekcyjny. Zamknięty w sobie gbur, częściej mruczący niż mówiący przynosi na myśl legendarną rolę Ennisa z Brokeback Mountain. Zawsze tak samo ubrany, wierny zasadom. Kochający braci, ale nie okazujący tego. Nieśmiertelny. Oglądając film zauważcie jak Hardy gra nie tylko ciałem i mimiką, ale też głosem. To jak mruczy, czyści gardło zanim coś powie, to jak waży każde słowo, mówiąc tak lakonicznie jak tylko się da i co chwile wypowiedź przerywając rytmicznym "heeeee", "hmmmmm", czy innymi tego typu przerywnikami. To jak patrzy, jak się porusza, jak swoją stłumioną charyzmą, acz postawą przyciąga ludzi. Mnie przyciągną. Dałbym się za niego zabić. Rola warta wszelkich braw i pochwał. Panie Hardy. Czekam na więcej i więcej!
Skoro zacząłem od najlepszych, to idę dalej. Guy Pearce jako agent specjalny Charlie Rakes, który pracując dla skorumpowanego prokuratora, będzie zatruwał życie naszych trzech ulubieńców. Po raz kolejny - wstańmy i zachwyćmy się. Pearce, aktor wielki, acz nie doceniony - pracował przy The Proposition. Tam był wspaniały, tu oddał całego siebie. Rakes to piękny potwór. Zadbany. Schludny. Zapach jego perfum to obiekt żartów w mieścinie. Ale to pozory słabości. Rakes nie cofa się przed niczym, by zniszczyć braci, którzy odrzucili jego propozycję, którzy go upokorzyli. Jest brutalny do granic możliwości. W jednej scenie widzimy jak czesze włosy ze staranną pieczołowitością, w innej jak bije chłopaka do nieprzytomności. W rękawiczkach. Przydząc się brudu i krwi. I Pearce robi to genialnie. Niemal cały film można zauważyć jak krzywi się, gardzi miejscem, w którym jest. Jak gardzi ludźmi, z którymi ma pracować i których ma zamknąć, lub zabić. Porusza się zgoła inaczej niż Forrest. Niczym lord, wiecznie zadbany i na świeczniku. W garniturze i kamizelce. Idealne przeciwieństwo najstarszego z braci. Tamten zawsze jakby zaniedbany, zawsze w jednym - wiejskie przeciwieństwo miastowego Rakes'a. Aluzja narzuca się sama, czyż nie?
Moja nowa ulubienica. Jessica Chastain - odkrycie zeszłego sezonu, omal z Oscarem w rękach. Tak piękna i hipnotyzująca, jak utalentowana. Oczu nie można oderwać. Dziś - w związku z ograniczeniem działalności Cate Blanchett - chyba najlepsza w biznesie obok Theron. Tak samo jak Blanchett nieoczywiście piękna, tak samo pożera sceny swoim talentem. Sceny, w których nie ma Hardego, bo to jego film, rzecz jasna. Chastain to niestety tylko dodatek to tego typowo męskiego filmu, lecz dodatek wspaniały. Po raz kolejny udowadnia jak wielką aktorką jest. Kameleon. W The Help - głupiutka blondyneczka, żonka mężusia. W Lawless - Maggie - barmanka pracująca u braci w lokalu - to pewna siebie, acz zraniona lwica. Nie narzeka na swój los, szczerze kocha i walczy o swoje. Wspaniała rola, ale chyba troche za mała. Szkoda. Szkoda, bo pare minut więcej w filmie, jedna, dwie ważniejsze sceny i mogłaby się witać z Oscarem.
Idol nastolatek, który bardzo próbuje udowodnić, że nim nie jest. Shia LeBouf. Najmłodszy z braci - Jim. Ja zawsze uważałem LeBouf'a za dobrego aktora, troche dającego się zaszufladkować. Myśli, że tym filmem - surowym i brutalnym się wypisze ze schematu. Ale mimo wszystko go powiela. Zmienił tylko styl. Nadal jest to samo: fajtłapa na początku, chłopiec, który nie zgadza się ze swoją niską pozycję w "gangu", który zmienia się w mężczyznę. W Lawless - jak w poprzednich obrazach - robi to poprawnie, ale tylko poprawnie. Na tle reszty stawki odstaje, bo i jego postać nie jest wymagająca, a on sam zna ten schemat na pamięć. Więc nie potrafi zaskoczyć.
Jest jeszcze rzecz jasna trzeci z Braci - Howard, czyli Jason Clarke. Jego rola także poprawna, ale nie tak ważna i rozbudowana jak poprzedników. Aczkolwiek przyjemnie się patrzyło na jego brutalność i zadziorność. Bardzo ok. Mia Wasikowski - córka pastora. Niestety kolejny damski dodatek to filmu. Także szkoda, bo dziewczyna ma duży talent i swobodę. Warto było jej dać tę rolę dla pokazania się w czymś nowym, ja jednak czekam na więcej. W obsadzie jest też Gary Oldman. I to jest taki mały prztyczek filmu, za który odejmuję pół gwiazdki. Czemu? Bo zagrał źle? Wręcz przeciwnie. Wspaniały jak zazwyczaj. Ale niestety... doliczyłem się 3 scen z jego postacią. Prawdziwy gangster tamtych czasów. Groźny, charyzmatyczny, bez skrupułów. I tylko trzy sceny. Szkoda. Byłoby jeszcze lepiej, dla filmu i historii.
Warte uwagi są wspaniałe zdjęcia Benoît Delhomme'a, które idealnie współgrają z krajobrazami i rekwizytami tamtych czasów. Muzyka Nick'a Cave'a - piosenki country pojawiające się w tle - niesamowicie budują atmosferę małego południowego miasteczka Stanów z lat 30'. Nóżka podryguje do muzyki, tekst brutalnie przypomina o szarej rzeczywistości.
Lawless to kino takie jak lubię. Skromne, surowe, brutalne i prawdziwe. Troche podparte romantyzmem - nieważne jak rozumianym. Świetnie zrealizowane, a przedewszystkim - co lubię najbardziej - genialnie zagrane przez głównych aktorów. Nastrój, nastrój i jeszcze raz nastrój. Te wszystkie elementy, nad którymi tak się wyżej rozpisałem - budują ten wspaniały nastrój i klimat. Film trzyma w napięciu i pozwala nam się zżyć z braćmi Bondurant. Pół gwiazdki odjąłem za skromną, za skromną, rólkę Oldmana. Kolejną połówkę odejmuje za coś czego nie umiem zdefiniować. Najlepszym słowem będzie niedosyt. Film pozostawia troszkę niedosytu. Chciało by się więcej. Może za mało akcji znalazło się w tym filmie? Nie wiem. Jakoś nie umiem tego określić.
Lecz to nie zmienia faktu, że Lawless to film świetny i godny uwagi. Warty zobaczenia, dla aktorstwa < jeśli takie kino Was nie interesuje> i dla przyjemności z dobrego filmu "gangsterskiego". Świetny film. Skromy, acz wielki. Ocierający się o amerykańskie kino niezależne w swojej surowości. Warto. Po prostu warto.
Romantyczni bojownicy o dobrobyt i siłę więzi rodziny i przyjaźni. Ci źli to tak naprawdę ci dobrzy. To im kibicujemy, mimo że ich metody są brutalne, mimo że na ich rękach jest tyle krwi, że nie ma możliwości jaj zmycia. Są naszymi faworytami, bo to oni kierują się zasadami, honorem i tą romantyczną tęsknotą. Kibicujemy im, bo ci, którzy w imię sprawiedliwości mieli z nimi walczyć, mają metody jeszcze paskudniejsze, łamią prawo, którego mieli strzec, są skorumpowani i pełni hipokryzji.
Lawless to film poniekąd wpisujący się w ten schemat, ale nie do końca. Lawless to film świetny.
Reżyser John Hillcoat i scenarzysta Nick Cave - wprowadzają nas w modny ostatnio czas amerykańskiej prohibicji.Czyli są lata 30' ubiegłego wieku, mała mieścina na południu Stanów, trzech braci i całe zło <czyli system sprawiedliwości> przeciw nim. Bardziej romantycznie być nie może. Jednak polski tytuł filmu - Gangster - jest tak samo nie trafiony jak nazewnictwo 3/4 filmów w polskim przekładzie. Bo ten gangsterski film... nie jest o gangsterach. Bo "gangsterów" jest wielu, a nie jeden. Lawless to nie film o gangsterach, bo nie wpisuje się w schemat. Bo gangsterzy, to ci, którzy robią swoje interesy żerując na innych, na konkurencji, ale także na niewinnych. W Lawless trzech braci, łamiąc zakaz prohibicji i robiąc najlepszy bimber w miejscowości, są bohaterami. Uczciwie handlują, dostarczając mieszkańcom płynną radość. Nikomu nic nie grozi z ich strony. Do czasu, gdy pojawi się niebezpieczeństwo. Do czasu, gdy pierwsi nie zostaną zaatakowani.
Bo bracia Bondurant - Forrest, Howard i Jack - nie są palcem robieni i w chwili zagrożenia stają się równie niebezpieczni - a może i groźniejsi - jak ich adwersarze. Bo jak mówi najstarszy z braci i lider - Forrest,
Bondurant'ci są nieśmiertelni. Kolejny romantyczny mit. Film ten różni się też od innych współczesnych gangsterskich produkcji stylem. Ilość efektów specjalnych ograniczono do minimum stawiając na gęstą atmosferę i kino aktorskie. Tu trzeba pochylić się w pół i zdjęć czapkę z głowy przed Cave'em, którego scenariusz jest tak surowy jak tylko się da. To historia postaci i ich walki. Nie ma tu miejsca na zawiłą intrygę, bo historia jest prosta jak mieszkańcy miasteczka, w którym film się toczy. Dzięki temu skupiamy się na postaciach, ich reakcjach, smaczkach związanych z grą aktorską. Dzięki temu atmosferę da się kroić nożem. Interakcje między braćmi, między ich "arcy wrogiem" - coś wspaniałego. Należy tu też pochwalić John'a Hillcoat'a za doskonałe zrozumienie tego pomysłu i scenariusza Cave'a. Jest surowo, brutalnie, bez łagodzenia. Rany krwawią, ludzie umierają. Zemsta musi być brutalniejsza niż zbrodnia <tu ocieramy się jednak o gangsterkę>. Reżyser opowiada histori nieśpiesznie, zbliżeniami, szerokie plany pojawiają się rzadko. Postacie są najważniejsze, więc to co się dzieje - widzimy z bliska. by poczuć wręcz fizycznie co ich spotyka.
Obaj panowie opierali się na książce The Wettest County in the World autorstwa Matt'a Bondurant'a. Myślę, że po seansie będzie to moja pozycja obowiązkowa. Należy też zauważyć, że nie jest to pierwsza taka współpraca obu panów. Ich wcześniejszy film, The Proposition (****), to western tak surowy, że aż nie zjadliwy. Dlatego taki pyszny.
Lecz ten film to popisy aktorskie. Panowie Cave i Hillcoat zebrali, tak zwaną, "pakę", że to musiało się udać. I udało się, że aż sam nie wiem od czego zacząć. Chyba wypadałoby zacząć od najlepszych? Tom Hardy jako Forrest Bondurant. Teraz przypominam sobie jego rolę w tym filmie, projektuje w głowie sceny z nim i moja szczęka przebija się już przez kolejną kondygnację mojego bloku, budząc już drugie piętro sąsiadów. Tak, tak. Taka to jest rola. Wielu uważa, że to sztuczny, brzydki chłopak z Anglii, który dopiero raczkuje w biznesie i musi się wiele nauczyć. Nic podobnego. Już wcześniej udowadniał talent, wielką charyzmę i to, że posiada to "coś". Tym filmem brutalnie, za przeproszeniem, zgwałcił czołówkę Hollywood. Rola warta co najmniej nominacji do Oscar'a, ale zapewne zostanie pominięta. Tom Hardy jest perfekcyjny. Zamknięty w sobie gbur, częściej mruczący niż mówiący przynosi na myśl legendarną rolę Ennisa z Brokeback Mountain. Zawsze tak samo ubrany, wierny zasadom. Kochający braci, ale nie okazujący tego. Nieśmiertelny. Oglądając film zauważcie jak Hardy gra nie tylko ciałem i mimiką, ale też głosem. To jak mruczy, czyści gardło zanim coś powie, to jak waży każde słowo, mówiąc tak lakonicznie jak tylko się da i co chwile wypowiedź przerywając rytmicznym "heeeee", "hmmmmm", czy innymi tego typu przerywnikami. To jak patrzy, jak się porusza, jak swoją stłumioną charyzmą, acz postawą przyciąga ludzi. Mnie przyciągną. Dałbym się za niego zabić. Rola warta wszelkich braw i pochwał. Panie Hardy. Czekam na więcej i więcej!
Skoro zacząłem od najlepszych, to idę dalej. Guy Pearce jako agent specjalny Charlie Rakes, który pracując dla skorumpowanego prokuratora, będzie zatruwał życie naszych trzech ulubieńców. Po raz kolejny - wstańmy i zachwyćmy się. Pearce, aktor wielki, acz nie doceniony - pracował przy The Proposition. Tam był wspaniały, tu oddał całego siebie. Rakes to piękny potwór. Zadbany. Schludny. Zapach jego perfum to obiekt żartów w mieścinie. Ale to pozory słabości. Rakes nie cofa się przed niczym, by zniszczyć braci, którzy odrzucili jego propozycję, którzy go upokorzyli. Jest brutalny do granic możliwości. W jednej scenie widzimy jak czesze włosy ze staranną pieczołowitością, w innej jak bije chłopaka do nieprzytomności. W rękawiczkach. Przydząc się brudu i krwi. I Pearce robi to genialnie. Niemal cały film można zauważyć jak krzywi się, gardzi miejscem, w którym jest. Jak gardzi ludźmi, z którymi ma pracować i których ma zamknąć, lub zabić. Porusza się zgoła inaczej niż Forrest. Niczym lord, wiecznie zadbany i na świeczniku. W garniturze i kamizelce. Idealne przeciwieństwo najstarszego z braci. Tamten zawsze jakby zaniedbany, zawsze w jednym - wiejskie przeciwieństwo miastowego Rakes'a. Aluzja narzuca się sama, czyż nie?
Moja nowa ulubienica. Jessica Chastain - odkrycie zeszłego sezonu, omal z Oscarem w rękach. Tak piękna i hipnotyzująca, jak utalentowana. Oczu nie można oderwać. Dziś - w związku z ograniczeniem działalności Cate Blanchett - chyba najlepsza w biznesie obok Theron. Tak samo jak Blanchett nieoczywiście piękna, tak samo pożera sceny swoim talentem. Sceny, w których nie ma Hardego, bo to jego film, rzecz jasna. Chastain to niestety tylko dodatek to tego typowo męskiego filmu, lecz dodatek wspaniały. Po raz kolejny udowadnia jak wielką aktorką jest. Kameleon. W The Help - głupiutka blondyneczka, żonka mężusia. W Lawless - Maggie - barmanka pracująca u braci w lokalu - to pewna siebie, acz zraniona lwica. Nie narzeka na swój los, szczerze kocha i walczy o swoje. Wspaniała rola, ale chyba troche za mała. Szkoda. Szkoda, bo pare minut więcej w filmie, jedna, dwie ważniejsze sceny i mogłaby się witać z Oscarem.
Idol nastolatek, który bardzo próbuje udowodnić, że nim nie jest. Shia LeBouf. Najmłodszy z braci - Jim. Ja zawsze uważałem LeBouf'a za dobrego aktora, troche dającego się zaszufladkować. Myśli, że tym filmem - surowym i brutalnym się wypisze ze schematu. Ale mimo wszystko go powiela. Zmienił tylko styl. Nadal jest to samo: fajtłapa na początku, chłopiec, który nie zgadza się ze swoją niską pozycję w "gangu", który zmienia się w mężczyznę. W Lawless - jak w poprzednich obrazach - robi to poprawnie, ale tylko poprawnie. Na tle reszty stawki odstaje, bo i jego postać nie jest wymagająca, a on sam zna ten schemat na pamięć. Więc nie potrafi zaskoczyć.
Jest jeszcze rzecz jasna trzeci z Braci - Howard, czyli Jason Clarke. Jego rola także poprawna, ale nie tak ważna i rozbudowana jak poprzedników. Aczkolwiek przyjemnie się patrzyło na jego brutalność i zadziorność. Bardzo ok. Mia Wasikowski - córka pastora. Niestety kolejny damski dodatek to filmu. Także szkoda, bo dziewczyna ma duży talent i swobodę. Warto było jej dać tę rolę dla pokazania się w czymś nowym, ja jednak czekam na więcej. W obsadzie jest też Gary Oldman. I to jest taki mały prztyczek filmu, za który odejmuję pół gwiazdki. Czemu? Bo zagrał źle? Wręcz przeciwnie. Wspaniały jak zazwyczaj. Ale niestety... doliczyłem się 3 scen z jego postacią. Prawdziwy gangster tamtych czasów. Groźny, charyzmatyczny, bez skrupułów. I tylko trzy sceny. Szkoda. Byłoby jeszcze lepiej, dla filmu i historii.
Warte uwagi są wspaniałe zdjęcia Benoît Delhomme'a, które idealnie współgrają z krajobrazami i rekwizytami tamtych czasów. Muzyka Nick'a Cave'a - piosenki country pojawiające się w tle - niesamowicie budują atmosferę małego południowego miasteczka Stanów z lat 30'. Nóżka podryguje do muzyki, tekst brutalnie przypomina o szarej rzeczywistości.
Lawless to kino takie jak lubię. Skromne, surowe, brutalne i prawdziwe. Troche podparte romantyzmem - nieważne jak rozumianym. Świetnie zrealizowane, a przedewszystkim - co lubię najbardziej - genialnie zagrane przez głównych aktorów. Nastrój, nastrój i jeszcze raz nastrój. Te wszystkie elementy, nad którymi tak się wyżej rozpisałem - budują ten wspaniały nastrój i klimat. Film trzyma w napięciu i pozwala nam się zżyć z braćmi Bondurant. Pół gwiazdki odjąłem za skromną, za skromną, rólkę Oldmana. Kolejną połówkę odejmuje za coś czego nie umiem zdefiniować. Najlepszym słowem będzie niedosyt. Film pozostawia troszkę niedosytu. Chciało by się więcej. Może za mało akcji znalazło się w tym filmie? Nie wiem. Jakoś nie umiem tego określić.
Lecz to nie zmienia faktu, że Lawless to film świetny i godny uwagi. Warty zobaczenia, dla aktorstwa < jeśli takie kino Was nie interesuje> i dla przyjemności z dobrego filmu "gangsterskiego". Świetny film. Skromy, acz wielki. Ocierający się o amerykańskie kino niezależne w swojej surowości. Warto. Po prostu warto.
niedziela, 18 listopada 2012
This bed is on fire, czyli komedia kumplowska – bezsensowna rozrywka, czy nośnik ważnych nauk?
Niedawna
premiera kolejnej części American Pie:
Reunion skłoniła mnie do licznych
refleksji. Młodzi ludzie z pokolenia urodzonego na przełomie lat
80' i 90' mieli pewnego rodzaju przywilej być świadkami narodzin, a
właściwie eskalacji popularności gatunku komedii, który miał
trafiać bezpośrednio do nich, którego odbiorcą mieli być niemal
wyłącznie ludzie wchodzący dopiero w świat dorosłości.
Gatunkiem tym jest tak zwana komedia kumplowska. Specyficzny rodzaj
filmu, gdzie nie tyle sama fabuła jest najważniejszą osią
wydarzeń, a para lub nawet grupa przyjaciół, których perypetie i
działania nakręcają spiralę gagów (mniej, lub bardziej
zabawnych). To właśnie postacie są najważniejsze, bo to na nich i
na ich relacji opiera się budowanie filmu. Warto też zaznaczyć, że
zazwyczaj wspomnianymi bohaterami są... mężczyźni. To właśnie
panowie opanowali ten rodzaj gatunku, z racji na bardzo wdzięczne do
opisania kompleksy związane z za chudym portfelem, za małymi
mięśniami, zbyt słabą pozycją, czy – i to najważniejsza
„przywara” i cecha bohaterów – chęć zdobycia tej jednej i
jedynej. To właśnie wokół tych aspektów w 90% filmów z gatunku
obraca się fabuła – czyli można uznać, że jest to dość
wtórny rodzaj komedii. Dlatego to aktorzy i skonstruowanie postaci –
podobieństw, różnic między nimi, czy zderzenie ich pragnień –
jest tak ważne by komedia była zabawna. Ale nie tylko. Ale o tym
później.
Jak
już wspomniałem, to widzowie urodzeni na przełomie lat 80' i 90'
byli odbiorcami tych filmów, czyli można wywnioskować, że
prawdziwy boom na gatunek można zaobserwować na początku nowego
wieku. I pewnym wyznacznikiem gatunku można, a nawet trzeba, uznać
pojawienie się w 1999 roku komedii braci Chris’a i Paul’a
Waitz'ów – American Pie.
Dość luźna opowieść o piątce przyjaciół z amerykańskiego
liceum, którzy jak świętego graala poszukują dziewczyny by
stracić z nią status prawiczków, zachwyciła młodych, a
zniesmaczyła starsze już pokolenie. Zachwycała młodych podejściem
do tematu, przerysowaniem pewnych aspektów i zrozumieniem dla ich
„ciężkiej” sytuacji. Myślę, że to właśnie to zrozumienie
było najważniejsze. To, że bracie Waitz mieli odwagę ukazać
młodzież i jej pragnienia zdobycia pierwszych seksualnych
doświadczeń w sposób najbardziej im przystępny. To natomiast
zniesmaczyło całą resztę odbiorców – ukazanie nastolatków
jako seksualnych frustratów, a to wszystko w konwencji niewybrednych
żartów i niekoniecznie wysokich lotów gagów. Ale co jest w tym
złego? Każdy będąc młodym pragnął cielesnej bliskości z drugą
osobą. Nie musi przecież oznaczać to dewiacji czy frustracji, co
świetnie ukazuje seria American Pie.
Bohaterowie, owszem, pragną zbliżenia z kobietą, ale cztery filmy
kinowej serii pokazują, że bardziej niż tego, poszukiwali zwykłej
bliskości, która dla wielu z nich skończyła się pierwszymi
miłostkami, a dla jednego z bohaterów prawdziwą miłością do
kobiety. Nie zauroczeniem i nie do dziewczyny. Miłością do
kobiety.
Doszukuję się początków omawianego gatunku na
początku XXI wieku, ale jak wszystko związane z tematyką filmową
– nie jest to takie proste. Bo i komedie istniały od początku
istnienia filmu, a i historie przyjaciół były opowiadane przez
niezliczoną ilość twórców. Wyznaczony okres to moment połączenia
tych uniwersalnych tematów z danym gatunkiem na szeroką skalę.
Myślę, że inspiracji dla powstania tego gatunku można szukać
dużo wcześniej i to w wielu innych, wręcz skrajnie innych
rodzajach filmu. Bo na przykład w westernie, gdzie samotny bohater
szukający sławy czy zemsty, przestaje być taki samotny gdy na jego
drodze pojawia się kompan doli, czy niedoli (np. Butch
Cassidy and the Sundance Kid). Romantycznej
miłości (ale nie tylko takiej) szukali rycerze, szlachcice i
pomniejsi mieszczanie – chłopcy pełni marzeń i chęci działania.
W niepokojącym dramacie Gus'a Van Sant'a - My
Own Private Idaho – mamy historię
dwóch przyjaciół, której jednak daleko do happy endu, o zabawnych
gagach już nie wspominając. W filmie noir – kobieta jest
przyczyną upadku bohatera, lecz fascynuje go i pociąga, by okazać
się niewłaściwą (częsty motyw komedii kumplowskiej). Znany
wszystkim Sherlock Holmes serwuje dwójkę bohaterów – skrajnie
różnych, ale tworzących niezawodny zespół w rozwiązywaniu
zagadek kryminalnych. W komediach romantycznych mamy „jego” i
„ją” - młodych, zakochanych mimo przeciwności losu, ale w tym
gatunku – skierowanym raczej do płci pięknej – to „ona”
jest główną bohaterką i wokół niej buduje się akcję.
Oczywiście
to tylko przykłady – nie wszystkie filmy w wymienionych wyżej
gatunkach spełniają opisane kryteria, ale w niektórych widać
możliwe elementy inspiracji.
Komedia
kumplowska pojawiła się... i co dalej? Okazała się sukcesem
komercyjnym (tylko seria American Pie
zarobiła na świecie ok. 770 milionów dolarów). Tak zwany „target”
dopisał, młodzi pojawili się w kinach, polecając sobie nawzajem
tego typu filmy. Okazała się też sukcesem artystycznym, ale w
umiarkowanych granicach – mimo negatywnych recenzji, pojawiały się
i te pozytywne. Te sukcesy zainspirowały kolejnych twórców do
tworzenia kolejnych historii, kolejnych filmów, a nawet seriali.
Oczywiście powstały kolejne części serii American
Pie - American Pie 2 i
American Pie The Wedding - oba z
oryginalną obsadą oraz mniej udane, wręcz tragiczne, kolejne
części „sagi” skupiające się na nowym pokoleniu. Wszystko
zamyka American Pie: Reunion.
Ale na tym się nie skończyło. Tego typu filmów pojawiła się
niezliczona ilość. Jednak wydaje mi się, że popularność gatunku
opiera się nie tylko na mniej, czy bardziej udanych gagach. Uważny
widz, ktoś, kto ogląda inteligentnie i z otwartymi oczami, jak i z
otwartym umysłem, dostrzeże pewne wartości uniwersalne jakie
twórcy próbują nam przekazać między wierszami. Owszem – część
z tych wartości jest tak oczywista i jasna, że można założyć iż
najważniejszym celem reżysera nie był moralizatorski ton filmu.
Jednak w wielu można doszukiwać się specjalnie ukrytych przekazów.
Seria American Pie,
pokazuje, że kumple będą zawsze, że można na nich liczyć, że
nawet jak inni nas skreślą – oni będą z nami i razem wymyślą
jak wygrzebać się z kabały jaką zafundował im szalony umysł
scenarzysty. W podobnym tonie można odczytać przesłanie kinowego
sukcesu serii Hangover,
gdzie czwórka bohaterów staje się w oczach jednego z nich „watahą
wilków” i jak wspomniana wataha się zachowują – razem
przeżywają przygody i kryzysy, mimo licznych różnic
osobowościowych i światopoglądowych. Oba filmy Todd'a Phillips'a
okazały się wielkim sukcesem komercyjnym, pokazując, że komedia
kumplowska ma się dobrze i nadal widzowie świetnie się na niej
bawią. Dodatkowo pierwsza część zebrała kilka bardzo pochlebnych
recenzji nie tylko od zachwyconych widzów, ale także od poważanych
pism i recenzentów z branży.
Bardzo
ważnym twórcą dla omawianego przeze mnie jest Judd Apatow oraz
grupa ludzi – scenarzystów, aktorów i reżyserów zebrana wokół
niego. Bardzo szanowany w Ameryce, acz niedoceniany w Europie
(Europejczycy nie do końca rozumieją humor Apatowa) zaserwował nam
kilka ciekawych filmów. W swoim pełnometrażowym debiucie The
40 Year-Old Virgin, Apatow z zupełnie innej
perspektywy spogląda na to, co 6 lat wcześniej bracia Waitz wzięli
na tapetę – na mężczyzn i ich pogoń za utratą statusu
prawiczka. Gdy w American Pie mieliśmy chłopców w wieku licealnym,
u Apatowa mamy faceta po czterdziestce, typowego amerykańskiego
„nerda”, fana komiksów i kolekcjonera figurek superbohaterów.
Wydawałoby się, że temat dziewictwa chłopców był już nagrywany
z każdej strony. Apatow zmienił chłopca w mężczyznę (a
właściwie w chłopca w ciele mężczyzny) i powstało coś
świeżego. Dorzucił, co chyba oczywiste, kilku kumpli do pomocy i
film okazał się sukcesem, wybijając jego twórcę jak i kilku
aktorów – między innymi Seth'a Rogena, Steve'a Carell'a, czy
Paul'a Rudd'a – do czołówki Hollywood. W pełnej gagów historii
pokazał nam, że cierpliwość i wiara w siebie popłaca, że dla
każdego z nas – zakompleksionych macho od siedmiu boleści –
znajdzie się miłość życia, która nas zrozumie i pokocha.
Pokocha nie za zalety, a mimo wad.
W
kolejnym filmie Apatowa mamy trochę inną sytuację. Knock
Out mówi nam o parze nieznajomych
sobie osób – mężczyzny i kobiety, którzy po jednorazowej nocy
spędzonej ze sobą dowiadują się, że będą mieli dziecko. Tu
Apatow odchodzi od konwencji komedii kumplowskiej, na rzecz skupienia
się na parze bohaterów. Ale nic to! Oczywiście i on ma towarzyszy
do pomocy, ale także ona może w trudnych chwilach polegać na
siostrze. Mimo złagodzenia konwencji i zmiany osi wokół której
obraca się akcja, warto obejrzeć film dla świetnych ról Seth'a
Rogen'a i Jason'a Segel'a.
Ostatnim
reżyserskim dziełem Judd'a Apatow'a jest film Funny
People. Film zabawny, ale także smutny
i nastrojowy. U krytyków zyskał wielki poklask, jednak widownia nie
dopisała. Wydany kilka miesięcy po bardziej bawiącym niż uczącym
Hangover –
film z Adamem Sandlerem i Seth'em Rogen'em (uwaga! Świetne role!
Zwłaszcza pierwszego z panów) okazał się dla widowni zbyt
poważny. Bohaterowie dopiero w filmie się poznają, nie są
kumplami na zabój. Różni ich niemal wszystko – łączy miłość
do komedii i popularnego w USA, „Stand-up'u”. Jednak nie to jest
w filmie ważne. Pomimo iż w miarę rozwoju akcji w lepszy i gorszy
sposób docierają do siebie, to tak naprawdę film mówi nam o czymś
innym. O świadomości umierania. O tym, że ta świadomość zmienia
perspektywę, przez którą patrzymy na dotychczasowe dokonania. O
tym, że rodzina, która wydawała się balastem, tak naprawdę jest
jedynym pocieszeniem w samotnym życiu, nawet jeśli jest to życie w
sławie i luksusie. Oczywiście mówi też o kumplach. O tych dobrych
i tych złych. Są momenty, że trzeba być do bólu szczerym, by
okazać się dobrym przyjacielem. I w takich chwilach trzeba być
wyrozumiałym. Obie strony muszą być wyrozumiałe względem siebie,
bo to co je łączy może być równie silne jak małżeństwo.
Apatow
oprócz reżyserowania, zajmuje się także produkcją filmów. Są
to takie tytuły jak Pineapple Express,
Year One, czy
Step Brothers. Ale
inny film wyprodukowany przez tegoż pana wydaje się interesujący
dla podejmowanego tematu i zgoła inny niż poprzednie - Bridesmaids.
Komedia kumplowska o... kumpelach. Film Paul'a Feig'a, ze świetnym
scenariuszem i jeszcze lepszymi rolami (nominacja do Oscara dla Jenny
McCarthy za rolę drugoplanową) szturmem podbiła kina i serca
widzów. Znowu obrano temat stary jak sam kinematograf, ale zmieniono
perspektywę. Tu mamy grupkę przyjaciółek i akcję zawiązaną
wokół ślubu jednej z nich. Zabawne perypetie w filmie pokazują
nam, że i płeć piękna może być szalona w sposób, który
wydawał się zarezerwowany dla „facetów”. W lekki i przystępny
sposób ukazał trudy damskich relacji, perspektywę „zdobywania”
miłości w nowy sposób, dość daleki od komedii romantycznej. To
wszystko zaowocowało deszczem nominacji do najważniejszych nagród
filmowych – Złotych Globów i Oscarów w ważnych kategoriach
takich jak najlepszy scenariusz czy najlepszy film roku.
Przedstawicieli
filmowych w gatunku można znaleźć co niemiara. Wymienić tu należy
też The Bucket List, czy
serie Harold and Krumar.
Ale producenci seriali, zwłaszcza w Ameryce, nie pozostali obojętni
na falę popularności nowego gatunku. I nawet nie mam tu na myśli
czerpiących inspirację garściami seriali jak Friends,
czy How I
met your mother. Mam na myśli... House
M.D. Kolejny z niezliczonych seriali
medycznych, od 2004 roku serwował nam jeden z najwspanialszych
„bromance” wszech czasów. Czym jest „bromance”? To romans...
dwóch mężczyzn. Totalnie aseksualny, oparty na miłości, ale
braterskiej. Cyniczny, sarkastyczny i skłonny do autodestrukcji
Gregory House, byłby nikim bez swojego kompana James'a Wilson'a –
lekarza onkologa. Razem walczą z demonami House'a, wspólnie
odkrywają uroki więzi jaka potrafi połączyć tylko dwóch
prawdziwych przyjaciół. Bawią się, często naginając prawo, czy
granice przyzwoitości. Kłócą, jak kłócić się potrafią tylko
bracia. W końcu godzą, by stawić czoła nowym problemom i nowym
zabawom. Niedawne zakończenie serialu House
M.D. i ostatnia scena – to według
mnie najwspanialsza alegoria „bromace” i komedii kumplowskiej –
zawsze razem, nawet w ostatnią podróż ku zachodzącemu słońcu.
Możliwe,
że doszukuję się za dużych wartości i znaczeń w gatunku
stworzonym, co tu ukrywać – dla rozrywki. Miał bawić, miał
przynosić pieniądze, miał łamać tabu, czasem gorszyć, czasem
zaskakiwać inteligentnym gagiem. Wszystko to bezapelacyjnie
osiągnął, na stałe wpisując się w kanon gatunków filmowych.
Jednak osiągnął także coś więcej. Wydaje mi się, że
niezupełnie świadomie. Poprzez jarmarczną zabawę wprowadzał
widzów, zwłaszcza młodych – w świat dorosłości. Trochę
tylnymi drzwiami i trochę na przekór krytykom, konserwatywnym
rodzicom i zwolennikom tradycji. Starsi odbiorcy, jeśli uważnie
oglądali, zobaczyli świat oczami nastolatków – ich pragnienia i
obawy. Wszystkich nas razem i każdego z osobna, że siła przyjaźni
i odrobina humoru pokona każdą przeszkodę i przeciwność losu.
Nauczył tolerancji i wyrozumiałości.
Nie
w każdym filmie opisywanego gatunku można się doszukać głębi,
czy drugiego dna. Powstały też filmy hańbiące gatunek albo
zrobione przez słabych twórców. Bo nie można nie docenić pracy
jaką wykonali dla gatunku bracia Waitz, Apatow i Phillips. Z typowej
„rozrywki dla ludu”, komedia kumplowska ewoluowała do
szanowanego i lubianego gatunku. Komedia ewoluowała także poniekąd
wewnątrz gatunku. Od filmów o nastolatkach, po filmy o facetach, na
filmach o kobietach kończąc. Od filmów o pogoni za sexem, po
filmy o pogoni za miłością, na filmach o życiu i śmierci
kończąc. I mam nadzieje, że rozwój nadal trwa. Myślę, że
komedia kumplowska nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Oby
pojawiało się też coraz więcej nowych, ciekawych twórców.
Możliwe, że casus Bridemaids
pokazuje też, że gatunek może odgrywać większą rolę w wyścigu
o najważniejsze filmowe nagrody. I oby tak się stało. Jest jeszcze
wiele rzeczy jakie musi nam przekazać komedia kumplowska.
P.S.: Judd Apatow już wkrótce zaatakuje nasze kina po raz kolejny! Znów będzie zabawnie o rzeczach poważnych. This is 40, czyli "coś jak" spin-off Knocked Up, opowie nam historię małżeństwa wkraczającego w okres "mrocznej czterdziecy". Doczekać się już nie mogę, zwiastun fenomenalny, liczę na ucztę na miarę Funny People.
niedziela, 11 listopada 2012
11 listopada. Czyli jak ja Cię nienawidze Polaku.
Kolejny 11 listopada. Kolejne drżenie - przynajmniej z mojej strony - o kolejny wstyd związany z tym pięknym świętem. Kolejna obawa o to, że święto, które powinno być radosne i łączące Polaków, bez względu na poglądy, orientację, czy wiarę, czy jej brak, stanie się festiwalem nienawiści i teatrem dla wykrzykiwania swoich politycznych poglądów. A przecież nie o to chodzi w tym święcie. I to jest takie smutne.
Od dobrych 2 - 3 lat 11 listopada to święto, które mi... zbrzydło. I bynajmniej nie chodzi mi o istotę samego święta. Jest to <powinien być> wspaniały dzień radości, że nasza Ojczyzna, po tylu perturbacjach, po tylu ranach i tylu latach niewoli wróciła na mapy Europy. Jest to <powinien być> dzień, w którym powinniśmy ramię w ramię, wszyscy razem podziękować tym, którzy oddali życie za Polskę, nie tylko w I Wojnie, nie tylko w latach wcześniejszych od 11 listopada 1918 roku, ale także później. Taki jest to <powinien być> dzień. Niestety od wspomnianych 3 lat jest to święto nienawiści. Dzień, w którym ludzie zarówno z prawa, jak i z lewa mogą wyjść na ulicę i się, za przeproszeniem, napierdalać po ryjach. Brawo. Nie za to umierali moi dziadkowie. Jeśli ktokolwiek myśli, że przez takie "świętowanie" czci ich pamięć - jest debilem.
Sama idea maszerowania - jest dla mnie bez sensu. Zwłaszcza, że to wzbudza tyle agresji, bo - oczywiście w Polsce - musi się zebrać milion różnych marszy, każdy inny, każdy się nienawidzący i - oczywiście w Polsce - kończy się to burdami i potłuczonymi twarzami, witrynami sklepowymi i zerwanymi płytami chodnikowymi. Już to jest debilne. To wygląda tak: "Czcijmy wolność naszej Ojczyzny.... niszcząc ją i wykrwawiając. To jest dobry pomysł!" Ale nawet, gdyby był to marsz bez incydentów - do mnie to po prostu nie trafia. Ale po to nasi przodkowie umierali, żebyśmy my mogli robić czcić ten dzień jak chcemy - czyli jeśli ludzie chcą maszerować, popieram to w 100%. Nie rozumiem <blokowanie całego miasta, żeby przejść z punktu A do punktu B. Ależ celebracja....> ale nie neguję.
Jednak jeśli już spora część właśnie tak uznaje świętowanie 11 listopada - czemu kończy się to takim wstydem? Tak jak mówiłem - to powinien być dzień radości i uwielbienia Ojczyzny - czyli świętujmy dla Polski, a nie dla swoich poglądów. Co to za pomysł, żeby robić marsz tylko po to, żeby prowokować się nawzajem? Prawicowcy zrobią swój marsz, lewicowcy swój - wiadomo, że będą się bić, bo przecież tego dnia, tego ważnego dnia, trzeba pobić kogoś, bo popiera, lub nie popiera praw dla homoseksualistów. Bo wierzy, czy nie wierzy w boga. To jest takie smutne i straszne zarazem.
Marzy mi się sytuacja jak w normalnych, cywilizowanych państwach. Zwłaszcza jak jest to w USA. Tak 4 lipca mamy święto radości. Rodziny spędzają czas razem. Jeśli już ktoś mszeruje to są to marsze pełne pozytywnych emocji, z flagą, z uśmiechem. Czarni idą z białymi. Demokraci, z Republikanami. Ramię w ramię, bo jest coś co ich łączy. Miłość do Stanów. Każdy jest inny, każdy ma inną ideę patryjotyzmu, każdy ma inną wizję tych Stanów - ale każdy na swój sposób chce jej dobra. Dlatego tego dnia są razem. Dzień kończą fajerwerkami i grillowaniem w ogródkach. Święto miłości do Ojczyzny i rodaka. U nas jest to "święto" "miłości" do Ojczyzny i nienawiści do rodaka. Co za dramat.
Oczywiście u nas, bardziej niż nienawiści do Żydów, determinantem do nienawiści są poglądy polityczne. I 11 listopada stał się tego wyrazem. Bawią mnie obrazki, kiedy "prawdziwi" prawicowy "patryjoci" <czytaj: Dresy o uroczych ksywach Łysy, Siwy, Gruby i Loczek. Zwykli tępi kibole Legii, szukający zadymy> biją lewicowych odpowiedników, bo sprawia im to fun. Oczywiście nie generalizuję - w tych marszach są - i to są większością - ludzie, którzy przyszli tam w dobrej wierze. Ale tego dnia, chociaż jeden tego typu incydent - bijatyka, tłuczenie szyb, ataki na pilnującą porządku policję, palenie wozów transmisyjnych<SIC!> - są hańbą i wstydem dla całego Narodu. A branie udziału w takim marszu, nawet w dobrej wierze, staje się poniekąd - i to jest smutne - pośrednią przyczyną takich zdarzeń. Bo im więcej ludzi przyjdzie, tym większy odsetek zadymiarzy, tym więcej tego rodzaju strasznych incydentów.
Jeśli komuś nie pasują czyjeś poglądy - bijcie się ile wlezie. Dla mnie nawet możecie się nawzajem wyrżnąć. Ale nie tego dnia. Nie 11 listopada. Każdego innego, ale nie wtedy.
Obie strony są winne. I prawica i lewica. Prawica, bo co to za pomysł robienia w tym roku hasła - prowokującego - Odzyskajmy Polskę. Co ty gnoju wiesz o niewoli? Co ty wiesz o życiu w okupacji, czy bez prawdziwej demokracji? Jeśli twoi dziadkowie cieszą się zdrowiem i masz okazję z nimi porozmawiać - ich zapytaj co to niewola i strach przed okupantem. Właśnie dlatego my mamy wolność, bo ty i twoi koledzy możecie bezkarnie wyjść 11 listopada na ulicę i zniszczyć to piękne święto. Co to za pomysł identyfikowanie się z takimi ludźmi jak Korwin - Mikke i inni ludzie jego pokroju? Co to za pomysł maszerowanie pod szyldem Młodzieży Wszechpolskiej? Co to za pomysł rzucania nacjonalistycznych haseł tego dnia? Co to za pomysł szukania "lewaków" w tłumie i ich bicie i kopania? Straszne.
Lewica, bo co to za pomysł <jak w zeszłym roku> sprowadzania do Polski niemieckich anarchistów. Nic do ludzi nie mam, ale co oni do cholery mają wspólnego z 11 listopada, demokracją, czy Polską? Co to za pomysł prowokowania tych prawicowych półdebili <i tu też nie generalizuję, bo większość zapewne ma coś w głowie. Chodzi mi o ty Łysych, Siwych itp, którzy utożsamiają się z prawicą>, żeby ganiali was po mieście i bili na oczach milionów Polaków i świata. Wstyd.
W ogóle w dzisiejszym świecie - tak rozwiniętym cywilizacyjnie i społecznie - wiara, że jedna z tych dwóch ideologii jest właściwa jest głupia. Obie ideologie mają 3/4 postulatów, które może przeszły by w średniowieczu, ew. okresie przed wojennym ale nie dziś. Czyli są po prostu przestarzałe i nic nie warte w realiach XXI wieku. Ta 1/4 każdej z tych ideologii ma idee i postulaty słuszne i właściwe, które dziś, w dynamicznie zmieniającym się świecie - zapewniły by odpowiedni rozwój i brak konfliktów. Owszem - część z tych postulatów się nie pokrywa, ale tu powinna zadziałać sztuka kompromisu - tak złagodzić te różnice, by powstał jeden postulat, łączący najlepsze elementy prawicy i lewicy. Inteligentne lawirowanie na centrum, między tym co dobre z prawa i tym co dobre z lewa, to moim zdaniem dobre wyjście. Ale nie w Polsce. My kochamy się nienawidzić. Zwłaszcza na tle politycznym.
Smutno mi jest, że Państwo nic nie robi, w kierunku złagodzenia tego konfliktu dnia 11 listopada. Widać, że idea marszu prowokuje wszystkie biorące w tym wydarzeniu strony. Może gdyby zorganizować wystawy, projekcje filmów, rekonstrukcje na ulicach Warszawy <automatycznie maszerowanie odpada>, może gdyby zorganizować coś na terenie zielonym <moje propozycje to park Saski i Pola Mokotowskie> dla całych rodzin z dziećmi <bo 11 listopada jest dużo rodzin z dziećmi na takim marszu> - było by spokojniej? Nie wiem. U nas i tak raczej taka idea by nie przeszła. Bo nawet na takich rodzinnych spotkaniach gdzie dzieci i nauka historii byłyby najważniejsze - jakiś tatuś jeden z drugim daliby sobie po swoich prawicowych, czy lewicowych ryjach.
Marsz dopiero rusza jak to piszę <16:40> i mam nadzieje, że w tym roku maszerujący mnie pozytywnie zaskoczą i będzie spokojniej niż poprzednio. Wiara, że będzie kompletnie spokojnie - to wiara głupca. Ale, błagam. Niech nie będzie takiego strasznego wstydu. Jeśli idea Nieba jest prawdziwa to mam nadzieję Ci, którzy umarli za Polską dziś spojrzą ze swojej chmurki w dół i nie będą czuli takiego wstydu jak w latach poprzednich. Mam nadzieje, że Dmowski i Piłsudski dziś razem - bo oni dla dobra Polski, mimo, że tak różni, potrafili przeskoczyć swoje przeciwności - spojrzą w dół i nie będzie im wstyd. Oby.
A co ja robię 11 listopada? Ja spędzę ten dzień w domu, pisząc, bo - jak można zauważyć - do chodzenia z możliwością zebrania guza mi nie po drodze. Posiedzę w domu, wdzięczny, że mogę w tym domu siedzieć, porozmawiam z Ojcem. Bez strachu. Bez strachu, że ktoś mi ten dom odbierze, bez strachu, że ktoś odbierze mi Ojca. Wdzięczny, że siedzę w tym domu, własnych, małych, czterech ścianach, że mogę robić tego co chcę, co uważam za słuszne w celebrowaniu odzyskania niepodległości 11 listopada. Wdzięczny tym, którzy umarli za Polskę. Umarli razem. Mimo różnić. Razem w wojnach, razem w powstaniach. Dla Polski. Później obejrzę sobie mecz mojej ukochanej Chelsea w telewizji, bo tak - mogę to zrobić. Mogę rozwijać moją pasję i miłośc do tego klubu, bo żyję w wolnym państwie. I moim zdaniem jest to najwyższy wyraz wdzięczności i świętowania tego dnia. Zróbmy coś co lubimy, co nas cieszy. Nasi przodkowie umierali za taką możliwość. Dla nas.
Od dobrych 2 - 3 lat 11 listopada to święto, które mi... zbrzydło. I bynajmniej nie chodzi mi o istotę samego święta. Jest to <powinien być> wspaniały dzień radości, że nasza Ojczyzna, po tylu perturbacjach, po tylu ranach i tylu latach niewoli wróciła na mapy Europy. Jest to <powinien być> dzień, w którym powinniśmy ramię w ramię, wszyscy razem podziękować tym, którzy oddali życie za Polskę, nie tylko w I Wojnie, nie tylko w latach wcześniejszych od 11 listopada 1918 roku, ale także później. Taki jest to <powinien być> dzień. Niestety od wspomnianych 3 lat jest to święto nienawiści. Dzień, w którym ludzie zarówno z prawa, jak i z lewa mogą wyjść na ulicę i się, za przeproszeniem, napierdalać po ryjach. Brawo. Nie za to umierali moi dziadkowie. Jeśli ktokolwiek myśli, że przez takie "świętowanie" czci ich pamięć - jest debilem.
Sama idea maszerowania - jest dla mnie bez sensu. Zwłaszcza, że to wzbudza tyle agresji, bo - oczywiście w Polsce - musi się zebrać milion różnych marszy, każdy inny, każdy się nienawidzący i - oczywiście w Polsce - kończy się to burdami i potłuczonymi twarzami, witrynami sklepowymi i zerwanymi płytami chodnikowymi. Już to jest debilne. To wygląda tak: "Czcijmy wolność naszej Ojczyzny.... niszcząc ją i wykrwawiając. To jest dobry pomysł!" Ale nawet, gdyby był to marsz bez incydentów - do mnie to po prostu nie trafia. Ale po to nasi przodkowie umierali, żebyśmy my mogli robić czcić ten dzień jak chcemy - czyli jeśli ludzie chcą maszerować, popieram to w 100%. Nie rozumiem <blokowanie całego miasta, żeby przejść z punktu A do punktu B. Ależ celebracja....> ale nie neguję.
Jednak jeśli już spora część właśnie tak uznaje świętowanie 11 listopada - czemu kończy się to takim wstydem? Tak jak mówiłem - to powinien być dzień radości i uwielbienia Ojczyzny - czyli świętujmy dla Polski, a nie dla swoich poglądów. Co to za pomysł, żeby robić marsz tylko po to, żeby prowokować się nawzajem? Prawicowcy zrobią swój marsz, lewicowcy swój - wiadomo, że będą się bić, bo przecież tego dnia, tego ważnego dnia, trzeba pobić kogoś, bo popiera, lub nie popiera praw dla homoseksualistów. Bo wierzy, czy nie wierzy w boga. To jest takie smutne i straszne zarazem.
Marzy mi się sytuacja jak w normalnych, cywilizowanych państwach. Zwłaszcza jak jest to w USA. Tak 4 lipca mamy święto radości. Rodziny spędzają czas razem. Jeśli już ktoś mszeruje to są to marsze pełne pozytywnych emocji, z flagą, z uśmiechem. Czarni idą z białymi. Demokraci, z Republikanami. Ramię w ramię, bo jest coś co ich łączy. Miłość do Stanów. Każdy jest inny, każdy ma inną ideę patryjotyzmu, każdy ma inną wizję tych Stanów - ale każdy na swój sposób chce jej dobra. Dlatego tego dnia są razem. Dzień kończą fajerwerkami i grillowaniem w ogródkach. Święto miłości do Ojczyzny i rodaka. U nas jest to "święto" "miłości" do Ojczyzny i nienawiści do rodaka. Co za dramat.
Oczywiście u nas, bardziej niż nienawiści do Żydów, determinantem do nienawiści są poglądy polityczne. I 11 listopada stał się tego wyrazem. Bawią mnie obrazki, kiedy "prawdziwi" prawicowy "patryjoci" <czytaj: Dresy o uroczych ksywach Łysy, Siwy, Gruby i Loczek. Zwykli tępi kibole Legii, szukający zadymy> biją lewicowych odpowiedników, bo sprawia im to fun. Oczywiście nie generalizuję - w tych marszach są - i to są większością - ludzie, którzy przyszli tam w dobrej wierze. Ale tego dnia, chociaż jeden tego typu incydent - bijatyka, tłuczenie szyb, ataki na pilnującą porządku policję, palenie wozów transmisyjnych<SIC!> - są hańbą i wstydem dla całego Narodu. A branie udziału w takim marszu, nawet w dobrej wierze, staje się poniekąd - i to jest smutne - pośrednią przyczyną takich zdarzeń. Bo im więcej ludzi przyjdzie, tym większy odsetek zadymiarzy, tym więcej tego rodzaju strasznych incydentów.
Jeśli komuś nie pasują czyjeś poglądy - bijcie się ile wlezie. Dla mnie nawet możecie się nawzajem wyrżnąć. Ale nie tego dnia. Nie 11 listopada. Każdego innego, ale nie wtedy.
Obie strony są winne. I prawica i lewica. Prawica, bo co to za pomysł robienia w tym roku hasła - prowokującego - Odzyskajmy Polskę. Co ty gnoju wiesz o niewoli? Co ty wiesz o życiu w okupacji, czy bez prawdziwej demokracji? Jeśli twoi dziadkowie cieszą się zdrowiem i masz okazję z nimi porozmawiać - ich zapytaj co to niewola i strach przed okupantem. Właśnie dlatego my mamy wolność, bo ty i twoi koledzy możecie bezkarnie wyjść 11 listopada na ulicę i zniszczyć to piękne święto. Co to za pomysł identyfikowanie się z takimi ludźmi jak Korwin - Mikke i inni ludzie jego pokroju? Co to za pomysł maszerowanie pod szyldem Młodzieży Wszechpolskiej? Co to za pomysł rzucania nacjonalistycznych haseł tego dnia? Co to za pomysł szukania "lewaków" w tłumie i ich bicie i kopania? Straszne.
Lewica, bo co to za pomysł <jak w zeszłym roku> sprowadzania do Polski niemieckich anarchistów. Nic do ludzi nie mam, ale co oni do cholery mają wspólnego z 11 listopada, demokracją, czy Polską? Co to za pomysł prowokowania tych prawicowych półdebili <i tu też nie generalizuję, bo większość zapewne ma coś w głowie. Chodzi mi o ty Łysych, Siwych itp, którzy utożsamiają się z prawicą>, żeby ganiali was po mieście i bili na oczach milionów Polaków i świata. Wstyd.
W ogóle w dzisiejszym świecie - tak rozwiniętym cywilizacyjnie i społecznie - wiara, że jedna z tych dwóch ideologii jest właściwa jest głupia. Obie ideologie mają 3/4 postulatów, które może przeszły by w średniowieczu, ew. okresie przed wojennym ale nie dziś. Czyli są po prostu przestarzałe i nic nie warte w realiach XXI wieku. Ta 1/4 każdej z tych ideologii ma idee i postulaty słuszne i właściwe, które dziś, w dynamicznie zmieniającym się świecie - zapewniły by odpowiedni rozwój i brak konfliktów. Owszem - część z tych postulatów się nie pokrywa, ale tu powinna zadziałać sztuka kompromisu - tak złagodzić te różnice, by powstał jeden postulat, łączący najlepsze elementy prawicy i lewicy. Inteligentne lawirowanie na centrum, między tym co dobre z prawa i tym co dobre z lewa, to moim zdaniem dobre wyjście. Ale nie w Polsce. My kochamy się nienawidzić. Zwłaszcza na tle politycznym.
Smutno mi jest, że Państwo nic nie robi, w kierunku złagodzenia tego konfliktu dnia 11 listopada. Widać, że idea marszu prowokuje wszystkie biorące w tym wydarzeniu strony. Może gdyby zorganizować wystawy, projekcje filmów, rekonstrukcje na ulicach Warszawy <automatycznie maszerowanie odpada>, może gdyby zorganizować coś na terenie zielonym <moje propozycje to park Saski i Pola Mokotowskie> dla całych rodzin z dziećmi <bo 11 listopada jest dużo rodzin z dziećmi na takim marszu> - było by spokojniej? Nie wiem. U nas i tak raczej taka idea by nie przeszła. Bo nawet na takich rodzinnych spotkaniach gdzie dzieci i nauka historii byłyby najważniejsze - jakiś tatuś jeden z drugim daliby sobie po swoich prawicowych, czy lewicowych ryjach.
Marsz dopiero rusza jak to piszę <16:40> i mam nadzieje, że w tym roku maszerujący mnie pozytywnie zaskoczą i będzie spokojniej niż poprzednio. Wiara, że będzie kompletnie spokojnie - to wiara głupca. Ale, błagam. Niech nie będzie takiego strasznego wstydu. Jeśli idea Nieba jest prawdziwa to mam nadzieję Ci, którzy umarli za Polską dziś spojrzą ze swojej chmurki w dół i nie będą czuli takiego wstydu jak w latach poprzednich. Mam nadzieje, że Dmowski i Piłsudski dziś razem - bo oni dla dobra Polski, mimo, że tak różni, potrafili przeskoczyć swoje przeciwności - spojrzą w dół i nie będzie im wstyd. Oby.
A co ja robię 11 listopada? Ja spędzę ten dzień w domu, pisząc, bo - jak można zauważyć - do chodzenia z możliwością zebrania guza mi nie po drodze. Posiedzę w domu, wdzięczny, że mogę w tym domu siedzieć, porozmawiam z Ojcem. Bez strachu. Bez strachu, że ktoś mi ten dom odbierze, bez strachu, że ktoś odbierze mi Ojca. Wdzięczny, że siedzę w tym domu, własnych, małych, czterech ścianach, że mogę robić tego co chcę, co uważam za słuszne w celebrowaniu odzyskania niepodległości 11 listopada. Wdzięczny tym, którzy umarli za Polskę. Umarli razem. Mimo różnić. Razem w wojnach, razem w powstaniach. Dla Polski. Później obejrzę sobie mecz mojej ukochanej Chelsea w telewizji, bo tak - mogę to zrobić. Mogę rozwijać moją pasję i miłośc do tego klubu, bo żyję w wolnym państwie. I moim zdaniem jest to najwyższy wyraz wdzięczności i świętowania tego dnia. Zróbmy coś co lubimy, co nas cieszy. Nasi przodkowie umierali za taką możliwość. Dla nas.
Skyfall (****1/2)
James Bond wrócił! I to w jakim stylu! Agent Jej Królewskiej Mości zawsze słyną ze stylu i klasy. Ale w Skyfall przechodzi wszelkie granice przyzwoitości.
Skyfall to film, który miał trudne zadanie. Trzeci z rzędu film nowego rozdania mitologii o 007, nadchodził po świetnym Casino Royale (*****) i bardzo słabym Quantum of Solace (***) i musiał utrzymać, mimo wpadki QoS, przyzwoity poziom. Miał nawiązać do Casino Royale i po raz kolejny zaskoczyć widzów ciekawym podejściem do tematyki Bonda. Trudne zadanie. Zadanie, które zajęło 4 długie lata czekania. No i się doczekaliśmy! Jak Skyfall, Sam Mendes i Daniel Craig wybrnęli z tego zadania? Koncertowo. Panie i Panowie. Mamy jednen z najlepszych, najbardziej skomplikowanych i inteligentnych filmów o 007. Wstańmy i bijmy brawa.
Skyfall to najlepsze nawiązanie do dziedzictwa filmowej mitologii jaki widziałem. Mendes w swoim filmie nawiązuje zarówno do filmów z kanonu pierwszych Bondów od Connery'ego po Brosnan'a oraz z dwóch pierwszych <a właściwie tylko do Casino Royale> filmów z Craigem. Połączył - wydaje się- zupełnie nie pasujące ze sobą części. Z jednej strony mamy odrobinę przerysowane i groteskowe filmy o agencie, który za pomocą latających i pływających aut ratuje ziemie, kosmos i co tam jeszcze dusza zapragnie, zawsze jest nienaganny i ułożony, acz trochę ironiczny. Z drugiej strony mamy filmy jak najbardziej urealnione z agentem, który ma swoje własne problemy i który gadżety porzucił na rzecz swoich pięści i staromodnego, acz wyrafinowanego zabójstwa z zimną krwią. Dwa światy. A Mendes w niesamowicie inteligenty i przemyślany sposób, z lekkim dystansem i z niezwykłym kunsztem je łączy. Nie mogę wyjść z podziwu dla reżysera i dla scenarzystów. Kawał świetnej roboty. Film nawiązuje do Casino Royale wspominając po raz kolejny początki kariery James'a w MI6. Jest też filmem skomplikowanym pod względem postaci samego Bonda, jego psychiki i motywacji. Ale nie tylko Bond będzie tu skomplikowana postacią! Mamy też tą rozpoczętą konwencję Bonda brutala, prawdziwego twardziela, liczącego na własne umiejętności. To jest ta łatwa część filmu. Geniusz Mendesa objawia się w tym jak nawiązał do starej szkoły 007. Pojawiają się gadżety! Ale nie w takiej jak kiedyś - dosłownej konwencji. Reżyser się nimi bawi, puszczając oko do stęsknionych za dawnymi czasami widzów. Już pojawienie się w filmie Q, po raz pierwszy w nowym rozdaniu - jest takim oczkiem do widza. Jego tekst ("Spodziewałeś się wybuchających długopisów? Już się nie bawimy w takie rzeczy") jest zapowiedzią tego co reżyser funduje nam dalej. Jest nawiązanie, oczywiście nie dosłowne, do legendarnej sceny przejścia po aligatorach. Jest broń reagująca na odciski palców 007 <oczywiście ratuje mu to skórę!>. Ale prawdziwą bombą jest... legendarny Aston Martin DB5 tak silnie kojarzący się z z James'em. I dwie sceny związane z tym autem, które są aż dwoma oczkami puszczonymi do widza. Ale nie zdradzę o co chodzi. To trzeba zobaczyć w kinie!
Ależ się nachwaliłem tej konwencji! Ale jest czego. Skyfall to idealny spadkobierca konwencji zaczętej przez Casino Royale, kontynuowanej <średnio udanie> przez QoS, ale nawiązujący do oldschool'u. 23 film, w 50lecie wejścia do kin Dr. No - mieści w sobie tyle smaczków, że naprawdę ciężko jest się nie zachwycić. A jak wyglądają pozostałe elementy filmu?
Reżysera chyba już nachwaliłem we spół ze scenarzystami, że już bardziej nie mogę cukrzyć. A jednak mogę. Historia jest ciekawa, niezwykle zawiła i pełna takich zwrotów akcji, że do końca nie wiedziałem, kto gra po czyjej stronie, albo jak Bond wybrnie z danej opresji. Film zaskakuje, jest szybki w miejscach gdy akcja pędzi. Zwalnia, gdy to zraniona i poszargana psychika Bonda gra pierwsze skrzypce. Bo ta poszargana psychika i umysł Agenta 007 to jeden z ciekawszych elementów filmu. Tak jak się spodziewałem w momencie gdy Mendes dostał stołek reżysera - 23 film będzie nie tylko akcją, ale też wgłębieniem się w psychikę agenta MI6. Co go motywuje? Czemu działa dla organizacji, która w razie kłopotów go porzuci? Co siedzi w umyśle człowieka, któremu mówi się, że ma zabić, bo jego ojczyzna tego oczekuje? Czemu jest wierny? Jak radzi sobie z rosnącą listą nazwisk, które James osobiście, lub pośrednio zgładził? Istotną sprawą jest wiek agenta. Jak długo podoła? Te wszystkie zawiłe i skomplikowane sprawy duszy, ciała i umysłu 007 podane są smakowicie i obficie, ale nie tak by zachwiać akcję. Te wszystkie rozterki wręcz są skąpane w czystej akcji w stylu James'a Bonda. Szybko, z klasą, z szelmowskim uśmiechem na twarzy i urokiem osobistym, który zabija. Brawo. Brawo. Po stokroć brawo!
Warstwa reżyersko-scenariuszowa zadowala mnie kompletnie. To może chociaż przyczepię się do aktorów? A takiego! Daniel Craig - to aktor wyjątkowy. Spalony żywcem w momencie ogłoszenia go nowym Bond'em sprawdza się w tej roli jak nikt. Ja należę do tej części społeczeństwa, która uważa, że jest to najlepszy odtwórca tej roli w historii. Każdy aktor się sprawdził. Każdy dorzucił coś od siebie do legendy. Ale żaden wcześniej nie dostał tej postaci w tak skomplikowanej konwencji. Żaden nie dostał Bonda tak prawdziwego i butnego jak w Casino Royale i żaden nie dostał Bonda tak zniszczonego i samotnego jak w Skyfall. I Craig w obu sytuacjach jest świetny. Absolutnie i kompletnie żyje Bondem, rozumie jego problemy i potrafi je ukazać. Jednocześnie nadal pozostaje zdystansowanym i ironicznym James'em, nadal z pewnością i uśmiechem radzi sobie z przeciwieństwami.
Skyfall daje też możliwość na zupełnie inne spojrzenie na M. Rola i postać Judi Dench wreszcie została rozwinięta. Wreszcie z wydającej polecenia Mommy, ukazano ją jako prawdziwą babę, rządzącą twardą ręką agencją pełną jeszcze twardszych facetów. Pokazano jako postać poniekąd tragiczną, bo każda jej decyzja to walka rozterek, moralności i tego co dobre dla ojczyzny i Korony. Dench to aktorka wybitna i chyba nie muszę mówić, że jest świetna w ukazaniu nowej twarzy M. Kiedy trzeba, praktycznie skazuje 007 na śmierć, a gdy ten pojawia się zza grobu - jeszcze go opieprza, że tak późno się stawił. Przekomarzania Bonda i M - bezcenne przez cały film. Scena na sali sądowej i mowa M - wybitna.
Ale prawdziwym bohaterem tego filmu jest Javier Bardem, czyli Silva. Prawdziwie tragiczna postać. Iście antyczna, żywcem wyjęta z mitologi. Pierwszy taki super złoczyńca w nowej konwencji. Le Chiffre Mikkelsena był świetny, ale brakowało mu szaleństwa. Dominic Greene Amalric'a był po prostu słaby. Silva ma wszystko. Były agent, równie morderczy w bezpośrednim starciu jak Bond. Oszalały z chęci zemsty i nienawiści do MI6, M i wszystkiego co reprezentują. Joker w świecie Bonda. Widać, że jest to postać inspirowana Nolanowskim Jokerem. Wariat z niesamowitą inteligencją i władzą, przyciągający słabe umysły, zabijający z uśmiechem na twarzy. Straszliwy, bo nie krzyczy. Straszliwy, bo mówi z uśmiechem na twarzy, że Cie zabije i robi to jakby od niechcenia. Świetnie znający wroga, jego słabości i procedury. Wykorzystujący tę przewagę bezwzględnie. Nadal z szalonym uśmiechem na twarzy.
Okaleczony na twarzy <po raz kolejny - Joker? To Ty?>, okaleczony na duszy i umyśle. Postać tak tragiczna, że zaczynamy jej współczuć. Porzucony przez jedyną bliską osobą, niemal matkę, jedyne czego chce, to przyznania się tej osoby do błędu. Jedyne czego chce to prośba o wybaczenie. Katharssis. Zakończenia swojego cierpienia, oczyszczenia, by móc wreszcie wyzwolić się ze szponów życia. Nie walczy o inny ład świata. Nie walczy o pieniądze, czy władzę. Walczy o własną śmierć i wyzwolenie. Silva to idealne, mroczne alter ego Bonda. Mr. Hyde, dla Dr. Jekyll'a. Bond jest jego psychologicznym spadkobiercą. Bo i jemu może się to przydarzyć. W imię Królowej.
Bardem w tej roli po raz kolejny pokazuje, że jest aktorem wybitnym. Wiem, że to nie możliwe - ale ta rola zasługuje na Oscar'a. Socjopaci wyjątkowo pasują Javier'owi. Autentycznie bałem się Bardema. Straszny był w tym jak łatwo mu przyszło zagrać takiego potwora. Straszny był ten uśmiech. To jak się poruszał. Jak wypowiadał. Jak groził, mówiąc jakby do dziecka. Rola wybitna, wybitnie zagrana. Fenomen.
Pozostałe role to raczej ozdoby dla wybitnych kreacji wymienionych wyżej. Postać Ralpha Fiennes'a i Naomie Harris to raczej zapowiedz dla kolejnych części. Zobaczymy wtedy jak sobie poradzą. Czekam z niecierpliwością. Bérénice Marlohe jako Sévérine to kolejne oczko w kierunku klasycznego Bonda. Egzotyczna, niebezpieczna, z bronią za pończochą. Umie zadbać o siebie, udaje niezależną, ale, oczywiście, urok James'a to broń, której się nie oprze. Rola ozdoba, jak każda kobieta 007.
Jak już się tak totalnie rozpływał nad Skyfall, to jeszcze jeden element, którym muszę się zachwycić. Adele. Skyfall. Piosenka sama z sienie - jest genialna. Na wskroś bondowska i wreszcie wrócono do Brytyjskiego wykonawcy. Piosenki bondowskie to pewnego rodzaju instytucja. Wszystkie kultowe, każdy ma swoją ulubioną, każda charakteryzująca film dla którego powstała. Intro z tego Bonda i piosenka Adele - coś wspaniałego. Ale tekst Adele, po obejrzeniu filmu nabiera takiego znaczenia, ze słuchając Skyfall teraz - nie mogę powstrzymać uśmiechu, bo przed oczami stają mi wycięte z filmu sceny. Adele poniekąd sugeruje nam fabułę filmu. Ale zorientujemy się <przynajmniej ja się zorientowałem> po seansie. Po obejrzeniu filmu posłuchajcie. Może się zorientujecie <zauważcie różnicę w pisowni Skyfall na początku i końcu refrenu. GE-NIU-SZ!>. Piosenka warta Oscar'a. Definitywnie.
Let the sky fall
When it crumbles
We will stand tall
And face it all together
At Skyfall
W ogóle jestem zwolennikiem trendu w nowym kinie akcji, którego Skyfall jest wyrazem. Trendu inteligentnych reżyserów zajmujących się kinem akcji. "Sam Mendes robiący Bonada? Przecież to nie pasuje!" Wręcz przeciwnie. Mendes to specjalista od ciężkiego gatunkowo filmu, od penetracji umysłu swoich postaci ukazania ich problemów i naświetlenia ich słabości <np. American Baeuty, Revolutionary Road>. Szlak! Przecież jego ostatnim filmem jest niezależne Away We Go, skromy film o parze spodziewającej się dziecka <swoją drogą świetny film!> Ale przecież kino "strzelane" nie jest mu obce. Jarhead i Road to Perdition <pierwsza współpraca z Danielem> same się nie zrobiły! A są to filmy <bardziej Road to Perdition> akcji!
Dlaczego chwalę ten trend? Bo jeśli dany scenariusz ma być filmem akcji - to i tak bedzie. Ale same wybuchy i strzelanie by zabić nie zapewnią dobrego filmu. Płytka fabuła, głupie postacie i denne dialogi zabiją każdy film akcji, nie ważne jak dużo tej akcji w nim jest. Dlatego takimi filmami powinni się zajmować tacy twórcy. Inteligentni, penetrujący postacie, które filmują. Tarantino był pierwszym, który zapewnił na szeroką skalę, doceniane przez widzów i krytykę, filmy akcji, które oprócz rozwałki serwują nam poważny bagaż doświadczeń postaci w tym filmie się znajdujących. Tarantino poparł to jeszcze szalonymi i genialnymi dialogami i mamy mocne kino akcji, ale nie w głupkowatym stylu lat 80', a w stylu dobrej rozrywki, z - przede wszystkim - dobrą fabułą.. Dziś oprócz Tarantino i Bonda Sama Mendesa, ten nurt reprezentuje Nolan, który wypromował tego typu kino akcji na skale ultramiędzynarodową. Konwencja Batman'a którą przyjął, Incepcja, która mieści w sobie mnóstwo akcji i jeszcze więcej psychologii i ciekawej fabuły. Przecież ten facet zaczynał od psychologicznych thrillerów. Oczywiście przedstawicielem tego nurtu jest David Fincher. Tych panów, oprócz tego, że potrafią zrobić kawał kina akcji, to bez problemu odnajdą się w dramacie psychologicznym, biografii - wybierzcie gatunek, a ręczę, że zrobią taki film, który wejdzie do kanonu tego gatunku. Amen.
Koniec końców. Rozpisałem się jak na pracy licencjackiej. Skyfall to film komplety. Film akcji, ze świetną fabułą i elementami czysto psychologicznymi. Bondowski w wydaniu klasycznym i bondowski w wydaniu nowym. Pełny spadkobierca konwencji klasycznej i zapoczątkowanej przez Martina Campbell'a. Świetnie zrealizowany, świetnie wypromowany. Z pięknymi zdjęciami Deakins'a i muzyką Newmana. Genialnie zagrany, z kreacjami, które na długo zapamiętam. Wszelkie pokłony należą się Mendesowi i Bardemowi. Pokłony należą się Dench i Craig'owi. Skyfall to wspaniały monument postawiony na 50ątą rocznicę powstania pierwszego filmu o 007. Z czystym sumieniem daję ****1/2. Czemu nie *****? Cóż nadal mam niezwykły sentyment do Casino Royale i to jak ten film wstrząsną i odświeżył bondowskie uniwersum. No i tak jak w wypadku The Amazing Spider-Man - tego filmu by nie było gdyby nie Casino Royale właśnie i całe 50 lat wspaniałej historii James'a Bonda'a, która wychowywała kolejne pokolenia, budując u chłopców marzenia o byciu tym wspaniałym agentem, a u dziewcząt marzenia usidlenia, lub chociaż spędzenia nocy z tym zimnym draniem, który uwiedzie i porzuci, by ratować Koronę Brytyjską. Z niecierpliwością czekam na kolejne dokładki. Oby jeszcze lepsze. Niech nam James ratuje tyłki w takim stylu bardzo długo!
Skyfall to film, który miał trudne zadanie. Trzeci z rzędu film nowego rozdania mitologii o 007, nadchodził po świetnym Casino Royale (*****) i bardzo słabym Quantum of Solace (***) i musiał utrzymać, mimo wpadki QoS, przyzwoity poziom. Miał nawiązać do Casino Royale i po raz kolejny zaskoczyć widzów ciekawym podejściem do tematyki Bonda. Trudne zadanie. Zadanie, które zajęło 4 długie lata czekania. No i się doczekaliśmy! Jak Skyfall, Sam Mendes i Daniel Craig wybrnęli z tego zadania? Koncertowo. Panie i Panowie. Mamy jednen z najlepszych, najbardziej skomplikowanych i inteligentnych filmów o 007. Wstańmy i bijmy brawa.
Skyfall to najlepsze nawiązanie do dziedzictwa filmowej mitologii jaki widziałem. Mendes w swoim filmie nawiązuje zarówno do filmów z kanonu pierwszych Bondów od Connery'ego po Brosnan'a oraz z dwóch pierwszych <a właściwie tylko do Casino Royale> filmów z Craigem. Połączył - wydaje się- zupełnie nie pasujące ze sobą części. Z jednej strony mamy odrobinę przerysowane i groteskowe filmy o agencie, który za pomocą latających i pływających aut ratuje ziemie, kosmos i co tam jeszcze dusza zapragnie, zawsze jest nienaganny i ułożony, acz trochę ironiczny. Z drugiej strony mamy filmy jak najbardziej urealnione z agentem, który ma swoje własne problemy i który gadżety porzucił na rzecz swoich pięści i staromodnego, acz wyrafinowanego zabójstwa z zimną krwią. Dwa światy. A Mendes w niesamowicie inteligenty i przemyślany sposób, z lekkim dystansem i z niezwykłym kunsztem je łączy. Nie mogę wyjść z podziwu dla reżysera i dla scenarzystów. Kawał świetnej roboty. Film nawiązuje do Casino Royale wspominając po raz kolejny początki kariery James'a w MI6. Jest też filmem skomplikowanym pod względem postaci samego Bonda, jego psychiki i motywacji. Ale nie tylko Bond będzie tu skomplikowana postacią! Mamy też tą rozpoczętą konwencję Bonda brutala, prawdziwego twardziela, liczącego na własne umiejętności. To jest ta łatwa część filmu. Geniusz Mendesa objawia się w tym jak nawiązał do starej szkoły 007. Pojawiają się gadżety! Ale nie w takiej jak kiedyś - dosłownej konwencji. Reżyser się nimi bawi, puszczając oko do stęsknionych za dawnymi czasami widzów. Już pojawienie się w filmie Q, po raz pierwszy w nowym rozdaniu - jest takim oczkiem do widza. Jego tekst ("Spodziewałeś się wybuchających długopisów? Już się nie bawimy w takie rzeczy") jest zapowiedzią tego co reżyser funduje nam dalej. Jest nawiązanie, oczywiście nie dosłowne, do legendarnej sceny przejścia po aligatorach. Jest broń reagująca na odciski palców 007 <oczywiście ratuje mu to skórę!>. Ale prawdziwą bombą jest... legendarny Aston Martin DB5 tak silnie kojarzący się z z James'em. I dwie sceny związane z tym autem, które są aż dwoma oczkami puszczonymi do widza. Ale nie zdradzę o co chodzi. To trzeba zobaczyć w kinie!
Ależ się nachwaliłem tej konwencji! Ale jest czego. Skyfall to idealny spadkobierca konwencji zaczętej przez Casino Royale, kontynuowanej <średnio udanie> przez QoS, ale nawiązujący do oldschool'u. 23 film, w 50lecie wejścia do kin Dr. No - mieści w sobie tyle smaczków, że naprawdę ciężko jest się nie zachwycić. A jak wyglądają pozostałe elementy filmu?
Reżysera chyba już nachwaliłem we spół ze scenarzystami, że już bardziej nie mogę cukrzyć. A jednak mogę. Historia jest ciekawa, niezwykle zawiła i pełna takich zwrotów akcji, że do końca nie wiedziałem, kto gra po czyjej stronie, albo jak Bond wybrnie z danej opresji. Film zaskakuje, jest szybki w miejscach gdy akcja pędzi. Zwalnia, gdy to zraniona i poszargana psychika Bonda gra pierwsze skrzypce. Bo ta poszargana psychika i umysł Agenta 007 to jeden z ciekawszych elementów filmu. Tak jak się spodziewałem w momencie gdy Mendes dostał stołek reżysera - 23 film będzie nie tylko akcją, ale też wgłębieniem się w psychikę agenta MI6. Co go motywuje? Czemu działa dla organizacji, która w razie kłopotów go porzuci? Co siedzi w umyśle człowieka, któremu mówi się, że ma zabić, bo jego ojczyzna tego oczekuje? Czemu jest wierny? Jak radzi sobie z rosnącą listą nazwisk, które James osobiście, lub pośrednio zgładził? Istotną sprawą jest wiek agenta. Jak długo podoła? Te wszystkie zawiłe i skomplikowane sprawy duszy, ciała i umysłu 007 podane są smakowicie i obficie, ale nie tak by zachwiać akcję. Te wszystkie rozterki wręcz są skąpane w czystej akcji w stylu James'a Bonda. Szybko, z klasą, z szelmowskim uśmiechem na twarzy i urokiem osobistym, który zabija. Brawo. Brawo. Po stokroć brawo!
Warstwa reżyersko-scenariuszowa zadowala mnie kompletnie. To może chociaż przyczepię się do aktorów? A takiego! Daniel Craig - to aktor wyjątkowy. Spalony żywcem w momencie ogłoszenia go nowym Bond'em sprawdza się w tej roli jak nikt. Ja należę do tej części społeczeństwa, która uważa, że jest to najlepszy odtwórca tej roli w historii. Każdy aktor się sprawdził. Każdy dorzucił coś od siebie do legendy. Ale żaden wcześniej nie dostał tej postaci w tak skomplikowanej konwencji. Żaden nie dostał Bonda tak prawdziwego i butnego jak w Casino Royale i żaden nie dostał Bonda tak zniszczonego i samotnego jak w Skyfall. I Craig w obu sytuacjach jest świetny. Absolutnie i kompletnie żyje Bondem, rozumie jego problemy i potrafi je ukazać. Jednocześnie nadal pozostaje zdystansowanym i ironicznym James'em, nadal z pewnością i uśmiechem radzi sobie z przeciwieństwami.
Skyfall daje też możliwość na zupełnie inne spojrzenie na M. Rola i postać Judi Dench wreszcie została rozwinięta. Wreszcie z wydającej polecenia Mommy, ukazano ją jako prawdziwą babę, rządzącą twardą ręką agencją pełną jeszcze twardszych facetów. Pokazano jako postać poniekąd tragiczną, bo każda jej decyzja to walka rozterek, moralności i tego co dobre dla ojczyzny i Korony. Dench to aktorka wybitna i chyba nie muszę mówić, że jest świetna w ukazaniu nowej twarzy M. Kiedy trzeba, praktycznie skazuje 007 na śmierć, a gdy ten pojawia się zza grobu - jeszcze go opieprza, że tak późno się stawił. Przekomarzania Bonda i M - bezcenne przez cały film. Scena na sali sądowej i mowa M - wybitna.
Ale prawdziwym bohaterem tego filmu jest Javier Bardem, czyli Silva. Prawdziwie tragiczna postać. Iście antyczna, żywcem wyjęta z mitologi. Pierwszy taki super złoczyńca w nowej konwencji. Le Chiffre Mikkelsena był świetny, ale brakowało mu szaleństwa. Dominic Greene Amalric'a był po prostu słaby. Silva ma wszystko. Były agent, równie morderczy w bezpośrednim starciu jak Bond. Oszalały z chęci zemsty i nienawiści do MI6, M i wszystkiego co reprezentują. Joker w świecie Bonda. Widać, że jest to postać inspirowana Nolanowskim Jokerem. Wariat z niesamowitą inteligencją i władzą, przyciągający słabe umysły, zabijający z uśmiechem na twarzy. Straszliwy, bo nie krzyczy. Straszliwy, bo mówi z uśmiechem na twarzy, że Cie zabije i robi to jakby od niechcenia. Świetnie znający wroga, jego słabości i procedury. Wykorzystujący tę przewagę bezwzględnie. Nadal z szalonym uśmiechem na twarzy.
Okaleczony na twarzy <po raz kolejny - Joker? To Ty?>, okaleczony na duszy i umyśle. Postać tak tragiczna, że zaczynamy jej współczuć. Porzucony przez jedyną bliską osobą, niemal matkę, jedyne czego chce, to przyznania się tej osoby do błędu. Jedyne czego chce to prośba o wybaczenie. Katharssis. Zakończenia swojego cierpienia, oczyszczenia, by móc wreszcie wyzwolić się ze szponów życia. Nie walczy o inny ład świata. Nie walczy o pieniądze, czy władzę. Walczy o własną śmierć i wyzwolenie. Silva to idealne, mroczne alter ego Bonda. Mr. Hyde, dla Dr. Jekyll'a. Bond jest jego psychologicznym spadkobiercą. Bo i jemu może się to przydarzyć. W imię Królowej.
Bardem w tej roli po raz kolejny pokazuje, że jest aktorem wybitnym. Wiem, że to nie możliwe - ale ta rola zasługuje na Oscar'a. Socjopaci wyjątkowo pasują Javier'owi. Autentycznie bałem się Bardema. Straszny był w tym jak łatwo mu przyszło zagrać takiego potwora. Straszny był ten uśmiech. To jak się poruszał. Jak wypowiadał. Jak groził, mówiąc jakby do dziecka. Rola wybitna, wybitnie zagrana. Fenomen.
Pozostałe role to raczej ozdoby dla wybitnych kreacji wymienionych wyżej. Postać Ralpha Fiennes'a i Naomie Harris to raczej zapowiedz dla kolejnych części. Zobaczymy wtedy jak sobie poradzą. Czekam z niecierpliwością. Bérénice Marlohe jako Sévérine to kolejne oczko w kierunku klasycznego Bonda. Egzotyczna, niebezpieczna, z bronią za pończochą. Umie zadbać o siebie, udaje niezależną, ale, oczywiście, urok James'a to broń, której się nie oprze. Rola ozdoba, jak każda kobieta 007.
Jak już się tak totalnie rozpływał nad Skyfall, to jeszcze jeden element, którym muszę się zachwycić. Adele. Skyfall. Piosenka sama z sienie - jest genialna. Na wskroś bondowska i wreszcie wrócono do Brytyjskiego wykonawcy. Piosenki bondowskie to pewnego rodzaju instytucja. Wszystkie kultowe, każdy ma swoją ulubioną, każda charakteryzująca film dla którego powstała. Intro z tego Bonda i piosenka Adele - coś wspaniałego. Ale tekst Adele, po obejrzeniu filmu nabiera takiego znaczenia, ze słuchając Skyfall teraz - nie mogę powstrzymać uśmiechu, bo przed oczami stają mi wycięte z filmu sceny. Adele poniekąd sugeruje nam fabułę filmu. Ale zorientujemy się <przynajmniej ja się zorientowałem> po seansie. Po obejrzeniu filmu posłuchajcie. Może się zorientujecie <zauważcie różnicę w pisowni Skyfall na początku i końcu refrenu. GE-NIU-SZ!>. Piosenka warta Oscar'a. Definitywnie.
Let the sky fall
When it crumbles
We will stand tall
And face it all together
At Skyfall
W ogóle jestem zwolennikiem trendu w nowym kinie akcji, którego Skyfall jest wyrazem. Trendu inteligentnych reżyserów zajmujących się kinem akcji. "Sam Mendes robiący Bonada? Przecież to nie pasuje!" Wręcz przeciwnie. Mendes to specjalista od ciężkiego gatunkowo filmu, od penetracji umysłu swoich postaci ukazania ich problemów i naświetlenia ich słabości <np. American Baeuty, Revolutionary Road>. Szlak! Przecież jego ostatnim filmem jest niezależne Away We Go, skromy film o parze spodziewającej się dziecka <swoją drogą świetny film!> Ale przecież kino "strzelane" nie jest mu obce. Jarhead i Road to Perdition <pierwsza współpraca z Danielem> same się nie zrobiły! A są to filmy <bardziej Road to Perdition> akcji!
Dlaczego chwalę ten trend? Bo jeśli dany scenariusz ma być filmem akcji - to i tak bedzie. Ale same wybuchy i strzelanie by zabić nie zapewnią dobrego filmu. Płytka fabuła, głupie postacie i denne dialogi zabiją każdy film akcji, nie ważne jak dużo tej akcji w nim jest. Dlatego takimi filmami powinni się zajmować tacy twórcy. Inteligentni, penetrujący postacie, które filmują. Tarantino był pierwszym, który zapewnił na szeroką skalę, doceniane przez widzów i krytykę, filmy akcji, które oprócz rozwałki serwują nam poważny bagaż doświadczeń postaci w tym filmie się znajdujących. Tarantino poparł to jeszcze szalonymi i genialnymi dialogami i mamy mocne kino akcji, ale nie w głupkowatym stylu lat 80', a w stylu dobrej rozrywki, z - przede wszystkim - dobrą fabułą.. Dziś oprócz Tarantino i Bonda Sama Mendesa, ten nurt reprezentuje Nolan, który wypromował tego typu kino akcji na skale ultramiędzynarodową. Konwencja Batman'a którą przyjął, Incepcja, która mieści w sobie mnóstwo akcji i jeszcze więcej psychologii i ciekawej fabuły. Przecież ten facet zaczynał od psychologicznych thrillerów. Oczywiście przedstawicielem tego nurtu jest David Fincher. Tych panów, oprócz tego, że potrafią zrobić kawał kina akcji, to bez problemu odnajdą się w dramacie psychologicznym, biografii - wybierzcie gatunek, a ręczę, że zrobią taki film, który wejdzie do kanonu tego gatunku. Amen.
Koniec końców. Rozpisałem się jak na pracy licencjackiej. Skyfall to film komplety. Film akcji, ze świetną fabułą i elementami czysto psychologicznymi. Bondowski w wydaniu klasycznym i bondowski w wydaniu nowym. Pełny spadkobierca konwencji klasycznej i zapoczątkowanej przez Martina Campbell'a. Świetnie zrealizowany, świetnie wypromowany. Z pięknymi zdjęciami Deakins'a i muzyką Newmana. Genialnie zagrany, z kreacjami, które na długo zapamiętam. Wszelkie pokłony należą się Mendesowi i Bardemowi. Pokłony należą się Dench i Craig'owi. Skyfall to wspaniały monument postawiony na 50ątą rocznicę powstania pierwszego filmu o 007. Z czystym sumieniem daję ****1/2. Czemu nie *****? Cóż nadal mam niezwykły sentyment do Casino Royale i to jak ten film wstrząsną i odświeżył bondowskie uniwersum. No i tak jak w wypadku The Amazing Spider-Man - tego filmu by nie było gdyby nie Casino Royale właśnie i całe 50 lat wspaniałej historii James'a Bonda'a, która wychowywała kolejne pokolenia, budując u chłopców marzenia o byciu tym wspaniałym agentem, a u dziewcząt marzenia usidlenia, lub chociaż spędzenia nocy z tym zimnym draniem, który uwiedzie i porzuci, by ratować Koronę Brytyjską. Z niecierpliwością czekam na kolejne dokładki. Oby jeszcze lepsze. Niech nam James ratuje tyłki w takim stylu bardzo długo!
środa, 31 października 2012
The Amazing Spider-Man (***1/2)
Każdy ma swojego bohatera. Tego ulubionego. Tego, który jakoś wpłyną na nasz, nasze wartości i cele. Niektórzy dość dosłownie MAJĄ bohatera. Takiego, z kart komiksów, z supermocami, z przeciwnikami tak niebezpiecznymi, że strach! Dla jednych to Superman, dla innych Batman, Ironman, czy Spiderman właśnie. Moim oczywiście jest Batman - ze swoją zachwianą moralnością, intelektem i ... brakiem supermocy! Przez co tak łatwo się z nim utożsamić. Ale nie o nim dziś, dziś o bohaterze, z którym równie łatwo się utożsamiać, zwłaszcza, w czasach gdy dziecięciem <nastolatkiem właściwie> się jest. Spiderman. Zwykły, pierdałowaty nastolatek ze swoimi problemami, kawałem tajemnicy rodzinnej, wychowywany przez wujostwo, które ukształtowało go na człowieka dobrego, acz skrytego. Czyli szarak w tłumie przeciętności. Oprócz inteligencji i wiedzy matematyczno - fizycznej <bleh> nie różni się od 3/4 nastolatków. I tu tkwi fenomen Spidermana. Pomimo zyskania - dość oczywistych i chyba wszystkim znajomych - supermoc, nadal taki pozostał, wykorzystując, niczym Zorro, swoją wcześniejszą "pierdałowatość" do pozostania niezauważonym przez swoich wrogów. No i pozwolił nam uwierzyć, że każdy może być superbohaterem. Wystarczy dać się w odpowiednim czasie ugryźć przez coś napromieniowanego!
Film to rebot tematu, który reżyser Sam Reimi i aktor Tobey Maguire podjęli w 2002 roku swoim filmem Spider-Man. Tamten film - pierwsze tego typu spojrzenie na legendę Człowieka Pająka - okazał się sukcesem komercyjnym, jak i zyskał przychylność większości fanów. Mi też diabelsko się podobał, pomijając fakt, że Maguire to żaden aktor i do tej roli się nie nadawał. Nawet jak na Spidermana - był zbyt, cóż, "ciotkowaty" do roli. Pomijam już słaby warsztat aktora. Jednak Spider-Man (****) przyjął się genialnie, kontynuacja - owszem słabsza - też zyskała zwolenników. Po Spider-Man 2 (***), przyszedł cios jakim był Spider-Man 3 (*) i temat Pajączka ucichł na kilka lat. Mówiono o kolejnej kontynuacji ze wspomnianym wcześniej duem - ale na planach się skończyło. Wytwórnia zdecydowała, zapewne na fali sukcesu rebotu Batmana, na nowe rozdanie. I tu zaczyna się nasza przygoda.
Tak długi wstęp był potrzebny, żeby zrozumieć, czemu w ogóle ten film powstał. Początkowy sukces i następująca po nim porażka filmów Reimi'ego, fala popularności nowych "Batmanów". Mamy tu jednak do czynienia z początkiem filmu niemal identycznym <a na pewno zbliżonym> do filmu z 2002 roku. Peter Parker to dzieciak z problemami, czujący pustkę po rodzicach <tu ten wątek jest rozwinięty>, mieszkający z moralnie nieskazitelnym wujostwem, szaleńczo zakochany w dziewczynie "out-of-his-ligue". Zmieniła się też dziwczyna. Rudowłosą MJ, zastąpiła blond Gwen Stacy. Oczywiście jest moment ugryzienia i odkrywania mocy. I dalej Marc Webb idzie swoim własnym szlakiem. Amen.
Oprócz kosmetycznych zmian z początku filmu, zmienia się przeciwnik, zmienia się sam Peter Parker. Wydaje mi się, że bardziej niż śmierć wujka - kieruje nim chęć poznania prawdy o rodzicach. Oczywiście zejście wujka Bena <przy którym walnie, swoim zaniechaniem, przyczynił się sam Peter> wpływa na Spidey'a <nie padają popularne słowa o odpowiedzialności! QoS all over again!>, ale nie ma tu takiego nacisku na to jak w filmie z 2002 roku. Norman Osborne, Green Goblin, jest tylko zakomunikowany w tej części. To Jaszczur jest głównym przeciwnikiem, co dla filmu okazuje się lepsze. Nie jest to tak złożona postać, nie jest tak znana - można poszaleć. Green Goblin zapewne pojawi się w następnej części. Sam Jaszczur - jest tylko dodatkiem, a nie ważną częścią historii, przez co skupiamy się głównie na Spidermanie i ... Piterze Parkerze.
Świetny zabieg Panie Reżyserze. Reimi w swojej wizji skupiał się na bohaterze i jego wrogach, jak na równoważnych postaciach. Webb dając nam trzeciorzędnego "villan'a" ukazuje nam Parkera jakiego znamy z komiksów. Skrytego, acz ironicznego, dowcipkującego i trochę "hejtera". Scenarzyści pokusili się też na dodanie nowej pasji - deskorolki. Do sztandarowego zajęcia jakim jest robienie zdjęć <ale czemu dali mu taki hipsterski aparat...?> dodano właśnie deskorolkę. Troche mi to nie leży, bo to już jakiś sport, a Parker raczej sportów się nie imał. Reżyser samą historię prowadzi bez zbędnego udziwniania, acz zdarzają się momenty lekko wiejące "kichą". Troche się czepiam o take rzeczy jak fakt, że nagle licealiści potrafią <właściwie licealistka> zrobić antidotum na truciznę Jaszczura. Ale to komiks, tu nie ma zmiłuj!
Troche o aktorach. Andrew Garfield jako Parker/Spiderman. Nie wiem kto go wybrał - ale dzięki Ci człowieku. Po miernym Maguire'u Garfield to nowa jakość. Wygląda jak typowy nastolatek <acz dawno nim nie jest>, ma odpowiednią "stłumioną charyzmę" i wycofanie, połączone z niezwykle ciętą ripostą. Ideał. Dodatkowo to aktor o kilka lat świetlnych wyprzedzający poprzednika. Cierpi. Tęskni. Kocha. I ja mu wierzę.
Moja ulubienica - Emma Stone, czyli Gwen Stacy. Po drewnianej Kirsten Dunst <w pierwszym Spider-Man'ie podobało mi się wszystko oprócz tej dwójki>, też jest powiewem świeżego powietrza. Gra inną postać, ale jest dużo żywsza, naturalniejsza i po prostu jest ciekawsza. Decyduje o tym także postać, którą gra - Gwen jest ogarnięta i sama o siebie zadba. Nie czeka na ratunek swojego bohatera. Czasem sama go uratuje.
Rhys Ifans, jako Dr. Connors znany także jako Jaszczur. Nad tą częścią roli, gdzie gra przerośniętą jaszczurkę - nie ma sensu się skupiać. Jest k i tak powinno być. Ale facet ma w sobie coś niezwykle magnetycznego. Jako Connors'a kupiłem go w całości. Wprawdzie nie wejdzie do elitarnego zbioru złoczyńców, których kochamy, ale definitywnie Ifans dał radę ukazać rozterki naukowca, tęsknotę za przełomem i rozdarcie między szaleństwem a efektywnością badań. Ciekawie. Wielki plus filmu.
Aktorzy trzecioplanowi, to na tyle uznana marka, że nie ma się co rozwodzić - lepiej niż poprawnie. Przekomarzanie się Cioci May i Wujka Bena - rewelacja. Czyli doszliśmy do konkluzji. The Amazing Spider-Man to film, który cechuje się ciekawym znamieniem. Nie powstałby gdyby nie Spider-Man z 2002 roku. Jest jego naturalnym następcą. Młodszym bratem, którego rodzice wychowali nie popełniając błędów, które trafiły się przy starszym dziecku. To wcale nie oznacza, że pierwszy film jest gorszy! Nie! Jak na swój okres spełniał oczekiwania i to aż nad to! Jednak dekadę później <to już 10 lat...>, nowa ekipa wyciągnęła nauki z osiągnięć poprzedników. Mamy lepiej dobranych aktorów, bardziej skupiamy się na samej głównej postaci, odstawiając jej skomplikowane relacje z wrogami trochę na boczny tor. Wreszcie, dzięki temu zabiegowi - mamy bardziej komiksowego bohatera, z lepszym podłożem na kolejne filmy. Więc czemu daję pół gwiazdki mniej, niż filmowi Sam'a? Jak już zauważyłem - tego co mamy dziś nie było by bez poprzednika. The Amazing Spider-Man to spadek. Wcale nie jest filmem gorszym, jednak jest poniekąd "przepisaną pracą domową" przez leniwego, acz inteligentnego dzieciaka. Takim na pewno jest Marc Webb. To wcale nie jest zarzut! Jeśli Hollywood ma się zajmować kolejnymi projektami typu "trzeci rebot Batmana", "czwarty Hulk" itp, to niech robi to w ten sposób. Ewoluując. A nie cofając się do niższego poziomu zrozumienia postaci, byle by coś eksplodowało w tle.
Koniec, końców. Oglądając The Amazing Spider-Man bawiłem się świetnie. Przed oczami miałem czasy oglądania kreskówki w telewizji, bo i klimat jest podobny. Film jest młodzieńczy, brawurowy, cięty, Spider-Man musi się podobać. Owszem bywają zgrzyty, ale cóż. Komiksy rządzą się swoimi prawami. I niech kradną nam wyobraźnię ciągle i w ciąż!
Film to rebot tematu, który reżyser Sam Reimi i aktor Tobey Maguire podjęli w 2002 roku swoim filmem Spider-Man. Tamten film - pierwsze tego typu spojrzenie na legendę Człowieka Pająka - okazał się sukcesem komercyjnym, jak i zyskał przychylność większości fanów. Mi też diabelsko się podobał, pomijając fakt, że Maguire to żaden aktor i do tej roli się nie nadawał. Nawet jak na Spidermana - był zbyt, cóż, "ciotkowaty" do roli. Pomijam już słaby warsztat aktora. Jednak Spider-Man (****) przyjął się genialnie, kontynuacja - owszem słabsza - też zyskała zwolenników. Po Spider-Man 2 (***), przyszedł cios jakim był Spider-Man 3 (*) i temat Pajączka ucichł na kilka lat. Mówiono o kolejnej kontynuacji ze wspomnianym wcześniej duem - ale na planach się skończyło. Wytwórnia zdecydowała, zapewne na fali sukcesu rebotu Batmana, na nowe rozdanie. I tu zaczyna się nasza przygoda.
Tak długi wstęp był potrzebny, żeby zrozumieć, czemu w ogóle ten film powstał. Początkowy sukces i następująca po nim porażka filmów Reimi'ego, fala popularności nowych "Batmanów". Mamy tu jednak do czynienia z początkiem filmu niemal identycznym <a na pewno zbliżonym> do filmu z 2002 roku. Peter Parker to dzieciak z problemami, czujący pustkę po rodzicach <tu ten wątek jest rozwinięty>, mieszkający z moralnie nieskazitelnym wujostwem, szaleńczo zakochany w dziewczynie "out-of-his-ligue". Zmieniła się też dziwczyna. Rudowłosą MJ, zastąpiła blond Gwen Stacy. Oczywiście jest moment ugryzienia i odkrywania mocy. I dalej Marc Webb idzie swoim własnym szlakiem. Amen.
Oprócz kosmetycznych zmian z początku filmu, zmienia się przeciwnik, zmienia się sam Peter Parker. Wydaje mi się, że bardziej niż śmierć wujka - kieruje nim chęć poznania prawdy o rodzicach. Oczywiście zejście wujka Bena <przy którym walnie, swoim zaniechaniem, przyczynił się sam Peter> wpływa na Spidey'a <nie padają popularne słowa o odpowiedzialności! QoS all over again!>, ale nie ma tu takiego nacisku na to jak w filmie z 2002 roku. Norman Osborne, Green Goblin, jest tylko zakomunikowany w tej części. To Jaszczur jest głównym przeciwnikiem, co dla filmu okazuje się lepsze. Nie jest to tak złożona postać, nie jest tak znana - można poszaleć. Green Goblin zapewne pojawi się w następnej części. Sam Jaszczur - jest tylko dodatkiem, a nie ważną częścią historii, przez co skupiamy się głównie na Spidermanie i ... Piterze Parkerze.
Świetny zabieg Panie Reżyserze. Reimi w swojej wizji skupiał się na bohaterze i jego wrogach, jak na równoważnych postaciach. Webb dając nam trzeciorzędnego "villan'a" ukazuje nam Parkera jakiego znamy z komiksów. Skrytego, acz ironicznego, dowcipkującego i trochę "hejtera". Scenarzyści pokusili się też na dodanie nowej pasji - deskorolki. Do sztandarowego zajęcia jakim jest robienie zdjęć <ale czemu dali mu taki hipsterski aparat...?> dodano właśnie deskorolkę. Troche mi to nie leży, bo to już jakiś sport, a Parker raczej sportów się nie imał. Reżyser samą historię prowadzi bez zbędnego udziwniania, acz zdarzają się momenty lekko wiejące "kichą". Troche się czepiam o take rzeczy jak fakt, że nagle licealiści potrafią <właściwie licealistka> zrobić antidotum na truciznę Jaszczura. Ale to komiks, tu nie ma zmiłuj!
Troche o aktorach. Andrew Garfield jako Parker/Spiderman. Nie wiem kto go wybrał - ale dzięki Ci człowieku. Po miernym Maguire'u Garfield to nowa jakość. Wygląda jak typowy nastolatek <acz dawno nim nie jest>, ma odpowiednią "stłumioną charyzmę" i wycofanie, połączone z niezwykle ciętą ripostą. Ideał. Dodatkowo to aktor o kilka lat świetlnych wyprzedzający poprzednika. Cierpi. Tęskni. Kocha. I ja mu wierzę.
Moja ulubienica - Emma Stone, czyli Gwen Stacy. Po drewnianej Kirsten Dunst <w pierwszym Spider-Man'ie podobało mi się wszystko oprócz tej dwójki>, też jest powiewem świeżego powietrza. Gra inną postać, ale jest dużo żywsza, naturalniejsza i po prostu jest ciekawsza. Decyduje o tym także postać, którą gra - Gwen jest ogarnięta i sama o siebie zadba. Nie czeka na ratunek swojego bohatera. Czasem sama go uratuje.
Rhys Ifans, jako Dr. Connors znany także jako Jaszczur. Nad tą częścią roli, gdzie gra przerośniętą jaszczurkę - nie ma sensu się skupiać. Jest k i tak powinno być. Ale facet ma w sobie coś niezwykle magnetycznego. Jako Connors'a kupiłem go w całości. Wprawdzie nie wejdzie do elitarnego zbioru złoczyńców, których kochamy, ale definitywnie Ifans dał radę ukazać rozterki naukowca, tęsknotę za przełomem i rozdarcie między szaleństwem a efektywnością badań. Ciekawie. Wielki plus filmu.
Aktorzy trzecioplanowi, to na tyle uznana marka, że nie ma się co rozwodzić - lepiej niż poprawnie. Przekomarzanie się Cioci May i Wujka Bena - rewelacja. Czyli doszliśmy do konkluzji. The Amazing Spider-Man to film, który cechuje się ciekawym znamieniem. Nie powstałby gdyby nie Spider-Man z 2002 roku. Jest jego naturalnym następcą. Młodszym bratem, którego rodzice wychowali nie popełniając błędów, które trafiły się przy starszym dziecku. To wcale nie oznacza, że pierwszy film jest gorszy! Nie! Jak na swój okres spełniał oczekiwania i to aż nad to! Jednak dekadę później <to już 10 lat...>, nowa ekipa wyciągnęła nauki z osiągnięć poprzedników. Mamy lepiej dobranych aktorów, bardziej skupiamy się na samej głównej postaci, odstawiając jej skomplikowane relacje z wrogami trochę na boczny tor. Wreszcie, dzięki temu zabiegowi - mamy bardziej komiksowego bohatera, z lepszym podłożem na kolejne filmy. Więc czemu daję pół gwiazdki mniej, niż filmowi Sam'a? Jak już zauważyłem - tego co mamy dziś nie było by bez poprzednika. The Amazing Spider-Man to spadek. Wcale nie jest filmem gorszym, jednak jest poniekąd "przepisaną pracą domową" przez leniwego, acz inteligentnego dzieciaka. Takim na pewno jest Marc Webb. To wcale nie jest zarzut! Jeśli Hollywood ma się zajmować kolejnymi projektami typu "trzeci rebot Batmana", "czwarty Hulk" itp, to niech robi to w ten sposób. Ewoluując. A nie cofając się do niższego poziomu zrozumienia postaci, byle by coś eksplodowało w tle.
Koniec, końców. Oglądając The Amazing Spider-Man bawiłem się świetnie. Przed oczami miałem czasy oglądania kreskówki w telewizji, bo i klimat jest podobny. Film jest młodzieńczy, brawurowy, cięty, Spider-Man musi się podobać. Owszem bywają zgrzyty, ale cóż. Komiksy rządzą się swoimi prawami. I niech kradną nam wyobraźnię ciągle i w ciąż!
Subskrybuj:
Posty (Atom)