niedziela, 2 marca 2014

And the Oscar Goes to...

Dawno mnie tu nie było. Nie było weny, czasu, pewnie też ochoty. Pogmatwało się. Ale na jedno można liczyć.
Na co roczne święto filmu. Święto kiczu, blichtru, przepychu, pięknych kreacji i złotego golasa, który niby wyznacza trendy w światowym filmie, ale jakby często się mylił, lub nagradzał źle.
Na to zawsze znajdę czas, ochotę i wenę. Może nie rozpiszę się jak rok temu, bo zegar bije, gala tuż, tuż, ale postaram się w telegraficznym skrócie przedstawić jak mocni są faworyci, jak przebiegli są "underdogs" i kogo w tym roku zabrakło.
Przypominam też, że nie zawsze wygrywa najlepszy, że Oscary to polityka, długa droga wcześniejszych gal (Golden Globes, BAFTAs, etc.) i zabiegów PR i marketingowych.

Zaczynamy! 86 gala wręczenia Nagród Akademii starts NOW!

NAJLEPSZY FILM: American Hustle (*****), 12 Years a Slave (****),Wolf of the Wallstreet  (****), Dallas Buyers Club (****1/2), Captain Phillips (****1/2), Phillomena (****), Her (****1/2),Gravity (****), Nebraska (***1/2).


Pojedynek Wieczoru: 12 Years a Slave vs American Hustle

American Hustle
to definitywnie najlepszy, najlepiej zrealizowany i najlepiej zagrany film roku. I do końca będę, niczym szaleniec mający tylko nadzieję, ściskał kciuki za film Russela, bo jest on geniuszem i zasługuje na poznanie się na tym geniuszu. Jednak 12 Years a Slave ma za sobą chyba każdą znaczącą się nagrodę na swoim koncie i nie wydaje mi się, żeby dziś miało się to zmienić. 12 Years a Sleve jest świetny, mocny, poruszający, a w tym wszystkim skromny, jednak brakuje mu kilku elementów do dzieła wybitnego, dłuży się w pewnych momentach. American Hustle to wybitna jazda bez trzymanki, w aurze szalonych lat '70. Akademia może się pokusić na sensację i zauważyć te cechy. American Hustle to też trzeci z rzędu film Russela nominowany do najważniejszych kategorii. Akademia lubi nagradzać ludzi i twórców ciągle nominowany i ciągle pomijanych. Jeśli American Hustle ma jakiekolwiek szanse na sukces, to właśnie w tym mechanizmie.

12 Years a Slave: 80%
American Hustle: 20%

Szanse reszty nominowanych:
Nikłe. Dużo miłości dostało Gravity, jednak nie jest to półka na najlepszy film. Dallas Buyers Club i Her są wielkimi wygranymi za samą nominację, dobrze, że te filmy zostały dostrzeżone, bo po American Hustle te dwa tytuły, moim zdaniem, są najlepszymi w tym roku.

Inni potencjalni nominowani: Najbardziej mi brakuje The Place Beyond the Pines (****1/2) - pierwszego, naprawdę świetnego filmu tego roku. Wspaniała historia relacji ojciec - syn, opowiedziana z epickim rozmachem i skromnymi metodami. Duży brak, zwłaszcza jeśli znalazło się miejsce dla dość średniej (przy całym moim uwielbieniu dla reżysera) Nebraski.
Kolejnym tytułem, którego pominięcie wydaje się błędem jest Rush (****1/2). Naprawdę nie sądziłem, że historia z F1 w tle mnie kiedykolwiek tak wciągnie. Świetny film, niesamowite emocje, napięcie i aktorstwo.
Before Midnight (****) jako zwieńczenie chyba najciekawszej trylogii miłosnej kina, trzyma poziom, bawi, smuci, pokazuje jak jest uderzeniem pięścią między oczy. Miłość to koncept, związki przetrwają jeśli oboje partnerzy się sobą nie znudzą i nie pójdą własną drogą. Piękna historia, bardzo prawdziwa z niejednoznacznym zakończeniem. Bo czym w życiu jest koniec? Szkoda, że ta prawie dwudziestoletnia przygoda tria Delpy - Hawke - Linklater nie została zwieńczona chociaż nominacją.
Brak mi także przedstawiciela amerykańskiego kina niezależnego z prawdziwego zdarzenia. A było w czym wybierać! Dwa wybitne filmy, które przemknęły raczej bez echa, choć w swojej kategorii są absolutnie pozycjami must see. Chodzi mi o The Way, Way Back (****1/2) i The Spectacular Now (****).

NAJLEPSZY REŻYSER: Alfonso Cuaron,  David O. Russel, Steve McQueen, Alexander Payne, Martin Scorsese.

Pojedynek: Alfonso Cuaron vs. David O. Russel vs. Steve McQueen

Jak to mówią Amerykanie: It is Cuarons to loose.  W drodze na tę galę wygrał wszystko co było do wygrania i bardzo zasłużenie. Gravity jest wspaniale wyreżyserowane, trzyma w napięciu od pierwszego do ostatniego ujęcia. Przepełnione znaczeniami widowisko to popis kunsztu sztuki reżyserskiej, choć koniec filmu lekko trąca myszką.
Czekam na moment docenienia geniuszu Russela. To jeszcze nie jest ta chwila, choć brak Oscara za rok poprzedni to jedna z największych hańb akademii. Czekam Panie Davidzie. Zaskocz mnie i Akademię za rok.
McQueen to dziś jeden z najlepiej budujących historię i związanych z nią emocji, reżyserów na świecie. I swoją szansę jeszcze dostanie, sam udowodni, że zasługuje na nagrodę, jednak musi to być film lepszy niż 12 Years a Slave. Dzieło bliżej  Shame miałoby szansę, zwłaszcza teraz po ogromnym sukcesie ostatniego filmu reżysera. Stawka jest ciekawa, bardzo silna, jednak zdominowana przez Cuarona.

Cuaron: 80%
Russel: 10%
McQueen: 10%

Szanse reszty nominowanych: Weterani Payne i Scorsese, raczej obejdą się smakiem. W ogóle dziwi obecność Payne (podkreślam! To geniusz! Jednak nie tym razem, Nebraska jest po prostu przeciętna) w stawce. To nie był jego rok.

Inni potencjalni nominowani: Chyba najbardziej brakuje mi Rona Howarda za Rush i może Dereka Cianfrance za The Place Beyond the Pines. Przyznam, że jeszcze nie widziałem Inside  Llewyn Davis, ale jeśli bracia trzymają poziom, to także można by ich nominować. Richard Linklater i Stephen Frears za wieloletnie dokonania, zwieńczone tegorocznymi dziełami, także zasłużyli na rozpoznanie.

NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY: Matthew McConaughey, Leonadro DiCaprio, Christian Bale, Bruce Dern, Chiwetel Ejiofor.

Pojedynek: Matthew McConaughey vs. Leonardo DiCaprio.
Pojedynek dwóch różnych stylów. McConaughey to poświęcenie, oddanie, szalona odwaga dla roli. DiCaprio to zabawa, szaleństwo i charyzma w dawkach niemal śmiertelnych. Obaj są świetni, obaj genialni w tym co robią na akranie. Jednak przy całym moim szacunku dla Leonardo - to co wyprawia Matthew to jest aktorski slalom gigant bez kijków narciarskich. Posuwa siebie, swoje ciało, swoją psychikę i mentalność to stanów skrajnych, wręcz niebezpiecznych. To jest  to co ja i Akademia lubimy najbardziej. Boski Leo doczeka się Oscara, kiedyś ten dzień nadejdzie, ale to jeszcze nie ten moment. Jemu generalnie te porażki wychodzą na dobre, bo zawsze popycha siebie dalej jako aktora. Więc należy czekać na kolejny popis Leo. Może za rok!

McConaughey: 90%
DiCaprio: 10%

Szanse innych nominowanych: W tym pojedynku dwóch koni, reszta robi za tło. Genialny Bale, po raz kolejny u Russela pokazuje, że w swoim pokoleniu jest trzy długości przed rówieśnikami (liczę tu także DiCaprio i McConaugheya) i dziś jest gigantem kina. Każdego innego roku by to wygrał, ale akurat teraz został wyprzedzony. I dobrze. Bale ma tendencje do sodów jak za bardzo w siebie uwierzy (vide: czas po The Dark Knight). Czekam na kolejne dowody geniuszu! Dern i Ejiofor to raczej statyści. Może zaskoczy Ejiofor, ale szczerze w to wątpię. Wielkie role, jednak za małe na stawkę.

Inni potencjalni nominowani: Cooper za The Place Beyond the Pines? A może Bale po raz drugi za Out of the Furnace (***1/2)? Oscar Issac za Inside Llewyn Davis? Generalnie piątka nominowanych jest wybitna, trzyma poziom i nie ma się do czego przyczepić. No dobra, może brak jest Toma Hanksa za Captain Phillips (OSTATNIA SCENA!) i troszkę mi żal braku Joaquinina Phoenixa za Her.

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA: Cate Blancett, Amy Adams, Sandra Bullock, Meryl Streep, Judi Dench.

Pojedynek: Cate Blanchett vs. Amy Adams.
Królowa jest tylko jedna. Blue Jasmine (****) to nie jest najlepszy film Allena, ale zyskuje co najmniej półtorej gwiazdki za aktorstwo. Zwłaszcza za popis Cate. Co tu dużo pisać. Najlepsza rola roku.
Amy Adams to inna historia. Świetna rola, ale daleko jej do Cate. Znowu przegra (który to już raz?), choć jej dekolt w American Hustle powinien dostać jakąś oddzielną, honorową nagrodę.

Blanchett: 90%
Adams: 10%

Szanse innych nominowanych: Minimalne. Streep jest w złej kategorii (powinna być w kategorii drugoplanowej), Bullock nie jest najważniejsza w swoim filmie (tak, tak, napisałem to), Dench zachwyca, jednak sama nominacja, w jej wieku (Akademia jest bardzo polityczna...) to i tak duże wyróżnienie.

Inne potencjalne nominowane: Julia Roberts. One ze Streep są w złych kategoriach. Definitywnie. Generalnie, oprócz tej gafy, zgadzam się ze stawką, na upartego dodam tu Julie Delpy za Before Midnight i elektryczną, idącą w ślady Jennifer Lawrece, Shailene Woodley za Spectacular Now.


NAJLEPSZA DRUGOPLANOWA ROLA MĘSKA: Jared Leto, Jonah Hill, Bradley Cooper, Michel Fassbender, Barkhad Abdi.

Pojedynek: Jared Leto vs. Barkhad Abdi.
Leto ma to w kieszeni od pierwszej sekundy swojej obecności na ekranie w Dallas Buyers Club. Tyle w temacie. Abdi zagrał świetnie, piękny debiut, bo to jest sztuka być równym z Hanksem, jednak Leto wyprzedził go aktorsko o parę lat świetlnych. Co nie zmienia faktu, że będę go obserwował, ciekawe co czeka go dalej.

Szanse innych nominowanych: Zerowe. Wątpię, żeby Fassbender zaskoczył na ostatniej prostej. Sama nominacja dla Hilla to wielkie wow, ale bardzo pozytywne wow, bo chłopak robi taką karierę, że głowa mała. Od stand-upu, do drugiej nominacji do Oscara. Jednego już powinien mieć za Moneyball, jednak teraz nie ma szans. Cooper dał radę, nadążył za swoimi kolegami z planu, jest przypadkiem podobnym do Hilla, jeśli chodzi o karierę (konia z rzędem temu kto przewidział, że ten piękniś będzie dwa razy z rzeu nominowany do nagrody Akademii. Konia z rzędem), jednak w swojej kategorii wypada słabo w porównaniu do reszty.

Inni potencjalni nominowani: Chyba jedynie brakuje mi Daniela Bruhla za Rush. Najmocniejszy punkt filmu, on nie gra Landy, on nim JEST. Każdy kto oglądał Golden Globes i widział prawdziwego Landę i porównał jego zachowanie do gry Daniela - wie o czym mówię.
Szkoda, że nie doceniono Casey'a Afflecka za Out of the Furnance i Ryana Goslinga za The Place Beyonde the Pines. Obaj są prawdziwi, bardzo zniszczeni w swoich filmach. Każdy z nich mógłby zastąpić choćby, przy całym szacunku, Coopera.
Rzucę też kontrowersją, jak to ja, bo czemu by nie być szalonym i nominować Jamesa Franco za... Spin Brakers (**)? Film jest... dziwny, nie rozumiem tego szału, ale na rany - Franco to tam jest kimś innym.

NAJLEPSZA DRUGOPLANOWA ROLA KOBIECA: Jannifer Lawrence, Lupita Nyong'o, Julia Roberts, Sally Hawkins, June Squibb.

Pojedynek: Lupita Nyong'o vs. Jannifer Lawrence.
Ach, JLaw. W zeszłym roku zażarty pojedynek, do ostatniej chwili, z boską Jessicą Chastain. W tym roku znowu bierze udział w najciekawszym, moim zdaniem, oscarowym pojedynku. Bo serce mówi Lupita, rozum - Jannifer. Lupita zagrała rolę lepszą, bardziej wymagającą. Oddała się swojej postaci, oddała się reżyserowi (częsta cecha u aktorów McQueena). Debiut marzenie, dziewczyna jest olśniewająca. Ale co z tego, skoro Lawrence wygrała wszystkie ważniejsze nagrody? Nie zrozumcie mnie źle - kocham Lawrence za autentyczność, talent i brak sodówy po jej sukcesach. Ale jeśli ma dostać Oscara tylko za to, że jest na ogromnym hypie, to ja się nie zgadzam. Ona broni się talentem, co pokazała w Silver Linings Playbook. Dlatego trzymam do końca kciuki za Lupitę, choć czuję, że to Jannifer zostanie koniec końców wielką wygraną. Ciekawy pojedynek, naprawdę ciekawy.

Nyong'o: 51%
Lawrence: 49%

Szanse pozostałych nominowanych: Mniej niż zero, jawny wyścig dwóch faworytek. Cieszy nominacja dla Squibb, bo jest najmocniejszym punktem Nebraski. Fantastyczna rola.

Inne potencjalne nominowane:  Brak. Zgadzam się ze wszystkim, oprócz tego, jak wspominałem wyżej, że Roberts i Streep powinny być nominowane na odwrót.

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ADAPTOWANY: Spike Jonze (Her), Eric Singer i David O. Russel (American Hustle), Woody Allen (Blue Jasmine), Bob Nelson (Nebraska), Craig Borten i Melisa Wallack (Dallas Buyers Club).

Pojedynek: Spike Jonze vs. Eric Singer i David O. Russel.
Drugi najciekawszy pojedynek wieczoru. Her to pochwała kreatywności, wyobraźni i inteligencji. Jonze już nie raz udowodnił, że na pisaniu się zna, jednak Her to jego perła w koronie. Wspaniale napisana, wyjątkowa historia. Zasługuje na Oscara, zwłaszcza po umocnieniu swojej pozycji na Golden Globes. Jednak para Singer - Russel depczą mu po piętach. Czemu? Bo zakładając, że najlepszym filmem będzie 12 Years a Slave, reżyserem Cuaron, a aktorską drugoplanową Lupita - American Hustle zostanie bez niczego. A wydaje mi się, że Akademia nie pozwoli odejść temu dziełu z pustymi rękoma. No i Russel zasługuje na rozpoznanie wśród członków Akademii. Ciekawy pojedynek, który mam nadzieje wygra jednak lepszy. Podziwiam Russela, jest moim idolem, American Hustle jest wybitnym filmem, Ale to Her jest lepszym scenariuszem - niespotykanym, świeżym, świetnie napisanym. Ciekawy pojedynek!

Jonze: 55%
Singer i Russel: 45%

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY: John Ridley (12 Years a Slave), Terence Winter (Wolf of the Wallstreet), Billy Rey (Captain Phillips), Steve Coogan i Jeff Pope (Phillomena), Julie Delpy, Richard Linklater i Ethan Hawke (Before Midnight).

Pojedynek: John Ridley vs. Terence Winter.
12 Years a Slave. Tyle w temacie. Winter napisał świetny, zabawny, smutny, słodko-goszki scenariusz, ale Akademia tego nigdy nie nagrodzi.

Ridley: 99%
Winter: 1%

Pozostałe kategorie to dla mnie zawsze zagadka, nie licząc animacji, jednak w tym roku nie zdążyłem zobaczyć ani jednej. I tak murowanym faworytem jest Frozen, tak jak U2 jest jedynym słusznym kandydatem w kategorii piosenki. Film niealnglojęzyczny to w tym konkretnym roku także enigma. Brak Blue is the Warmes Color, stawia na czele Jagten i La Grande Bellezza, jednak który wygra skoro nie ma faworyta? Włosi wydają się mocniejsi, stoją silnie nagrodami, jednak czy Akademia jest w stanie nagrodzić taki film?
Czemu pozostałe są zagadką? Bo to nagrody techniczne, a to zawsze sprawiało mi problem. Generalnie w ciemno mogę strzelać, że Gravity jest silnym faworytem w takich kategoriach jak: montaż, zdjęcia (głównie tu), muzyka, montaż dźwięku, efekty specjalne itp. Nie ujmuję znaczenia tym kategoriom, wręcz przeciwnie! Są to dla mnie o tyle ciekawe, co tajemnicze aspekty sztuki filmowej, na której temat ciężko się wypowiedzieć. Nieskromnie przyznam, że kategorie które omówiłem raczej nie są mi obce, zazwyczaj obstawiam dobrze (choć Akademia zawsze zaskoczy. Zawsze), to kategorie techniczne już są w moim wypadku typowy strzałem na ślepo. Może kiedyś, mam nadzieje, że taki dzień nadejdzie, uda mi się zgłębić te  tajniki sztuki filmowej i dam rade i tu się popisać.

W między czasie przebieramy się w smoking i wieczorowe suknie, uzbrajamy się w litr kawy i dwa energetyki dla większej mocy, siadamy wygodnie w fotelach i czekamy. Czekamy na najważniejszą noc branży filmowej. Na noc, która dla każdego kinomaniaka jest najważniejszą w roku.

O godzinie 2:00 przenieśmy się wspólnie do Kodak Theater i trzymajmy kciuki za naszych faworytów. Śmiejmy się do łez z żartów genialnej Ellen DeGeneres i ucztujmy w dniu święta filmu. Jeszcze chwila, już za moment i usłyszymy: And the Oscar goes to...

niedziela, 24 lutego 2013

And the Oscar goes to...

Przyznaję się bez bicia - nie zdążyłem napisać recenzji wszystkich oscarowych filmów, BA! Mam jeszcze dwa do nadrobienia. Jednak, pomimo to, pokuszę się o małe przewidywania jak zakończy się dzisiejsza, 85 gala rozdania Oscarów. Bo przecież Oscary, nominowani, czy późniejsi laureaci - to często głęboka hollywoodzka "polityka", gusta i guściki i możni, którzy stają za tym, czy innym filmem. Oscary to wcale nie gala najlepszych filmów (zwłaszcza ostatnio), filmowców i aktorów. To gala najsprytniejszych, wśród najlepszych. Dlatego pewne przewidywania, wyroki - można wnioskować po wielu wytycznych innych niż branżowe recenzje. Liczy się rozmach promocji, wpływy box-office'u, a zwłaszcza - szlak nagród poprzedzających TĘ galę. Golden Globes, BAFTA, Spirit i Independent Awards. Szlak, którym podążają samotni zwycięscy, bądź równi rywale.

Skupię się na najciekawszych i najważniejszych kategoriach. Szerzej opiszę te główne, te mniej ważne trochę mniej szczegółowo, na koniec, przy najmniej interesujących - tylko zaznaczę pojedynki z możliwym zwycięzcą.

Przyjmę formę rywalizacji. W kategorii najlepszy film: dwa pojedynki półfinałowe, które wytyczą dwóch finalistów. Oczywiście ze względu na zwiększoną liczbę nominowanych.
W pozostałych kategoriach nad którymi się pochylę, skupię się tylko na najważniejszym pojedynku dwóch najsilniejszych kandydatów. Dla lepszego zobrazowania ich szans, posłużę się też zestawieniem procentowym (oczywiście w moim mniemaniu) szans głównych kandydatów.
Ponadto, ocenię, zazwyczaj iluzoryczne (choć Oscary zaskakują), szanse pozostałych nominowanych oraz zastanowię się, kogo Akademia skrzywdziła brakiem nominacji.

Odliczanie się zakończyło, szlak przebyty, została ostatnia prosta. Zaczynamy?

NAJLEPSZY FILM: Les Miserables (**), Amour (nie widziałem), Zero Dark Thirty (****1/2), Lincoln (***), Argo (****), Silver Lining Playbook (*****), Django (****1/2), Life of Pi (***), Beasts of the Southern Wilds (nie widziałem).

Pojedynek 1: Lincoln vs Zero Dark Thirty
Serce mówi, ZDT, ale brutalna oscarowa rzeczywistość - Lincoln. Film Bigelow został pominięty w kategorii reżyserskiej, tu Spielberg ma przewagę. No i Lincoln to jeden z najlepiej przyjętych filmów zeszłego roku - zarówno artystycznie, jak i finansowo. Według mnie ZDT jest filmem dużo, dużo lepszym przy nudnym i monotonnym Lincolnie. Ale co ja mogę? Lincoln to główny faworyt, który ma ogromne szanse zgarnąć wszystko... albo nic. To nie byłby pierwszy taki przypadek dla Spielberga. Jednak lekceważenie dzisiejszej nocy Lincolna - to srogi błąd. Jeden z dwóch głównych kandydatów do statuetki.

Pojedynek 2: Silver Lining Playbook vs. Argo
Znowu - serce stoi murem za SLP - najlepszym z nominowanych filmów. Ale Argo jest na GIGANTYCZNEJ fali popularności. Przy całej mojej sympatii dla Argo - jest to film gorszy niż SLP, jednak SLP nie ma takich pleców w postaci zebranych statuetek jak film starszego z braci Affleck. Bezapelacyjnie Argo.

Pojedynek Wieczoru: Argo vs. Lincoln
Affleck potraktowany przy rozdawaniu nominacji Akademii Filmowej po macoszemu, zebrał wszystko co było do zebrania od tego czasu.. W momencie ogłoszenia nominacji, Argo było raczej ciekawym ukłonem dla Afflecka, taką próbą udobruchania go za pominięcie The Town dwa lata temu. Po Golden Globes - jest absolutnie głównym faworytem. Ale właśnie czyim faworytem? Akademia wyraźnie wolała wyróżnić Spielberga, nie Affleca. Jednak szlak nagród zweryfikował pogląd Akademii. I tu pojawia się pytanie: czy Akademia ugnie się pod presją uwielbienia Argo? Czy przystanie za swoim i przyzna statuetkę Lincolnowi? Najciekawszy pojedynek w tej kategorii ostatnich lat. I ciężko mi powiedzieć kto okaże się wielkim zwycięzcą. Jednak obstawiam Argo. Ben Affleck dziś wyjdzie ze statuetką Oscara i skoro nie może to być Oscar z a reżyserie - będzie to Oscar za film, który wyprodukował.
Argo: 65%
Lincoln: 35%

Szanse reszty nominowanych: Realne szanse mają Django i może Les Miserables. Ale i tak są to bardzo nikłe szanse. Reszta raczej się nie liczy. Konkurencja pierwszej 4 jest dla nich raczej nie do przeskoczenia.

Inni potencjalni Najlepsi: Długa lista, bo i 2/3 z nominowanych w tym roku to pomyłka. Brak End of Watch (*****), Lawless (****), czy Moorise Kingdom (****) to wielka strata dla tegorocznej ceremonii. Cała trójka wyprzedza klasą i wykonaniem choćby Les Mis, czy Lincolna. Można by było się także pokusić o małą sensację i nominować This is 40 (****)  albo nawet Skyfall (****1/2). Jednak na takie decyzje, jest jeszcze za wcześnie. Dziwi mnie, że pomimo wielokrotnego precedensu dla Pixara, nie nominowano Wreck-It Ralph (****1/2) Disneya. A przecież dziesiąte miejsce wśród nominowanych nie zostało zajęte...

NAJLEPSZY REŻYSER: Ang Lee, Steven Spielberg, David O. Russel, M. Haneke, Benh Zeitlin.

Pojedynek: David O. Russel vs Steven Spielberg.
Prawdziwego, potencjalnego zwycięzcy - Bena Afflecka - tu nie ma. Przez to ta kategoria w tym roku nie ma prawdziwego faworyta, ergo: kogo może spotkać zaszczyt otrzymania statuetki? Naturalnym zastępcą nieobecnego Afflecka, wydaje się O. Russel. SLP zbiera pozytywne recenzje, a sam Russel jest wszędzie chwalony. Affleck zdobył wszystko oprócz Independet Award, ta trafiła, zresztą wczoraj, do rąk Russela, który nie zdobył nic innego, ale to i tak więcej niż Spielberg w tym roku. Uwielbienie Akademii dla Spielberga nie ma granic, co pokazała fala nominacji w tym roku i w rok temu dla fatalnego War Horse. Więc kto wygra? Kto skorzysta na braku Afflecka? Serce mi mówi Russel, a rozum... także Russel. Dlatego przewiduje, że to Russel, mimo iż będzie to zaskoczenie, zgarnie statuetkę. Ale niestety nie za bycie najlepszym. Raczej za to, że Akademia pominęła Afflecka.

David O. Russel: 70%
Steven Spielberg: 30%

Szanse reszty nominowanych: Żadne. Może Ang Lee może zaskoczyć na ostatniej prostej, ale tego nie przewiduje.

Inni potencjalni Najlepsi: Oczywiście Affleck za Argo. I to podstawa. Żałuję też, że Akademia kocha Tarantino jako scenarzystę, ale nadal zapomina, że to reżyser. Powinno się dla niego znaleść miejsce. Nie rozumiem też czemu Bigelow została pominięta. Jej ZDT trzyma w napięciu, świetnie buduje atmosferę. Tarantino i Bigelow są pokrzywdzeni na rzecz Haneke i Zeitlina. Ja jeszcze wybitnie ubolewam nad brakiem nominacji dla Wesa Andersona (Moonrise Kingdom) i Davida Ayera (End of Watch).

NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY: Daniel Day-Lewis, Bradley Cooper, Danzel Washington, Hugh Jackman, Joaquin Phoenix

Pojedynek: Daniel Day-Lewis vs. ... Daniel Day-Lewis
Jak to mówią Amerykanie: It is his to loose. Day-Lewis może przegrać tylko i wyłącznie z własnym sukcesem - czytaj: z faktem, że już ma Oscary na swoim koncie. Definitywnie najlepsza rola męska tego roku, ale czy Akademia zechce nagrodzić po raz trzeci tego samego aktora? Według mnie powinna. Day-Lewis wygrał wszystko co było do wygrania rolą w Lincolnie. I to jest jedyny słuszny wybór. Jedyna kategoria w tym roku z tak silnym hegemonem.

Daniel Day-Lewis: 99%

Szanse reszty nominowanych: Prawie żadne. Phoenix pozbawił się Oscara sam, niewybrednie komentując to gdzie ma i co sądzi o tego typu uroczystościach. A był głównym konkurentem dwukrotnego zdobywcy Oscara. Realne szanse, acz nadal iluzoryczne ma Bradley Cooper. Swoją rolą w SLP odwrócił do góry nogami swój wizerunek średniego aktora-ładnej buźki. A Akademia lubi takie "przewroty". Jednak Cooper ma pecha w postaci Day-Lewisa. W każdym innym roku byłby silnym faworytem.
Wydawałoby się, że Golden Globe dla Jackmana daje mu szanse, ale wydaje mi się, że jednak nie.

Inni potencjalni Najlepsi: Mi szczególnie brakuje Toma Hardego za jego wybitną rolę w Lawless. Gdyby był nominowany, mógłby realnie zagrozić Day-Lewisowi. Pokusiłbym się też o nominację dla Jake Gyllenhaala za End of Watch. Bardzo charyzmatyczna rola, która warta była uwagi. Co ciekawe, uważam Afflecka za marnego aktora i świetnego reżysera, ale rolą w Argo zabłysną i pokazał, późno, bo późno, talent aktorski. Cóż, skoro nie dostanie statuetki za aktora i reżysera - czyżby za film?
Boli też brak Johna Hawkesa, za The Sessions. Szeroko chwalona i komentowana rola, jednak nie została zauważona przez Akademię.

NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA: Jennifer Lawrence, Jessica Chastain, Naomi Watts, Quvenzhané Wallis, Emmaniuelle Riva

Pojedynek: Jessica Chastain vs. Jennifer Lawrence
Co tam najlepszy film! To definitywnie najciekawsza kategoria tej edycji Oscarów. Wyścig tylko dwóch koni. Obie wybitne, obie już nominowane, obie zasługują na Oscara tym co osiągnęły w tym roku, ale także za to co zrobiły na przestrzeni ostatnich lat. Serce i rozum nic mi nie podpowiadają. Oba są rozdarte i pełne wątpliwości. Bo która z nich zasługuje bardziej, kiedy obie pokazały w swoich filmach taki talent, taką klasę i takie zaangażowanie, że reszta stawki ABSOLUTNIE się nie liczy? Ciężki wybór, na tę kategorię będze dziś czekał najbardziej. Jednak wspominiany już szlak nagród wyraźnie wskazuje na Lawrence i wydaje mi się, że będzie to uczciwy wybór. Jest młoda, a już uznawana za wybitną. W SLP szarżowała, wrzeszczała, kochała i była szalona do przegięcia struny. Chastain swoim minimalizmem i siłą przyciągała uwagę, wręcz hipnotyzowała w ZDT. I w każdym innym roku oscarowym byłaby pewną zwyciężczynią. Ale nie teraz. Jeszcze nie. Wkrótce.
Obu Paniom daje mniej więcej równe szanse ze wskazaniem na Lawrence. Czekam. Czekam niecierpliwie.

Jannifer Lawrence: 55%
Jassica Chastain: 45%

Szanse reszty nominowanych: Żadne. Wręcz pozostałe nominowane wydają mi się błędem...

Inne potencjalne nominowane: Prócz wybitnych ról Lawrence i Chastain, nie był to dobry rok dla aktorek. Mi osobiście brakuje Leslie Mann i jej wspaniale szaloną, dojrzałą i ekspresyjną rolę w This is 40. Wydaje się też, i tu idę za zagraniczną prasą, że brakuje Marion Cotillard za Rust and Bone.


NAJLEPSZA DRUGOPLANOWA ROLA MĘSKA: Philip Seymour Hoffman, Christoph Waltz, Robert De Niro, Tommy Lee Jones, Alan Arkin

Pojedynek: Christoph Waltz vs Robert De Niro... vs. Tommy Lee Jones
Kolejna ciekawa kategoria, bo tu aż trzech Panów ma relatywnie szanse. Waltz za zebranie wielu nagród, Jones za zasługi, a De Niro za to, że wreszcie wrócił do wielkiej kinematografii, przez duże K. A wszyscy zagrali wybitnie. Wszyscy mają też już na swoich kontach po Oscarze. Dlatego wydzielam dla nich po 33% szans, dając sobie 1% marginesu błędu dla pozostałych w stawce.

Christoph Waltz: 33%
Robert De Niro: 33%
Tommy Lee Jones: 33%

Szanse pozostałych nominowanych: ten jeden procent do podziału wydawałby się minimalną sznsą, ale... nigdy nic nie wiadomo. Choć uważam, że Oscar nie wyjdzie poza wyżej wspomnianą trójkę Wielkich.

Inni potencjalni nominowani: Kilka ciekawych opcji by się znalazło! Wręcz bardzo dużo! Bo tragedią dla kina jest brak Leonardo DiCaprio wśród stawki i .... Samuela L. Jacksona. Ich role w Django to wybitny pokaz aktorstwa, szkoda, zwłaszcza DiCaprio, który - gdyby był nominowany - realnie zagrażałby wielkiej trójce. Ciekawą rolą popisali się też Guy Pearce za Lawless, Michael Pena za End of Watch oraz Michael Fassbender za... Prometheus. Ciekawą rolą popisał się Bruce Willis w Moonrise Kingdom, łamiąc swój wizerunek twardego gliny. Osobiście żałuję, że pominięty został Javier Bardem za Skyfall. To był rok złych chłopców na drugim planie.

NAJLEPSZA DRUGOPLANOWA ROLA KOBIECA: Anne Hathaway, Amy Adams, Sally Field, Jacki Weaver, Helen Hunt.

Pojedynek: Anne Hathaway vs. Sally Field
Także ciężki pojedynek, ale wygląda na to, że najbardziej irytująca kampania w historii Oscarów się powiedzie. Anne po całej serii wywiadów jak to nie schudła i nie ścięła włosów dla roli przynosi efekty. I to do niej powędruje statuetka. Troche mi żal, bo Hathaway broni się swoim talentem i świetną rolą w złym filmie. Ten cały nachalny płacz w mediach pozostawia lekki smrodek. Field bardzo podobała się za granicą, ale mi już niekoniecznie. I to uwielbienie w Stanach chyba mimo wszystko jest za małe.

Anne Hathaway: 75%
Sally Field: 25%

Szanse pozostałych nominowanych: Może Amy Adams, jako ulubienica Akademii bez Oscara, ma szansę na swoją chwile.

Inne potencjalne nominowane: Znów brakuje mi Lawless. Konkretnie Jessica'i Chastain. To był jej rok i o ile może się tylko otrzeć o Oscara za rolę pierwszoplanową, to gdyby nominowano ją do statuetki za drugi plan - Anne nie miałaby czego szukać i jej kampania promocyjna na nic się zdała. Można było się też pokusić o docenienie Kerry Washington za rolę w Django i... Judi Dench za Skyfall. Nicole Kidman w The Paperboy także dała popis, czego wyrazem była nominacja do Golden Globes.



To były najważniejsze kategorie wieczoru. Kolejne, które przedstawię, troszkę ukrócę w prezentacji, otóż opiszę tylko pojedynki, ewentualnie, jeśli sytuacja tego bedzie wymagała, wskażę ewentualnego czarnego konia.

NAJLEPSZY SCENARIUSZ ADAPTOWANY:
David O. Russel ( Silver Lining Playbook), Tony Kushner (Lincoln), David Magee (Life Of Pi), Chris Terrio (Argo), Lucy Alibar i Benh Zeitlin (Beasts of the Southern Wilds)

Pojedynek: David O. Russel vs. Chris Terrio... vs. Tony Kushner
Ciekawa sytuacja, bo aż trze silnych faworytów (tak jak w aktorze drugoplanowym). Silnych, bo to trzy scenariusze na cztery z najbardziej liczących się filmów w  stawce Najlepszy Film. Wydaje się, że Terrio ma największe szanse. O. Russel depcze mu po piętach. Nie skreślam jednak Kushnera. To może być drugi, obok Day-Lewis, Oscar dla Lincolna.


NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY: Quentin Tarantino (Django), Wes Anderson i Roman Coppola (Moonrise Kingdom), Mark Boral (Zero Dark Thirty), Michael Haneke (Amour), John Gatins (Flight)

Pojedynek: Mark Boral vs. Quentin Tarantino
Ciekawy pojedynek z tego względu, że wydaje się, że Boral ma Oscara w kieszeni. Ale Tarantino może zaskoczyć w ostatniej chwili. Akademia może będzie chciała pokazać swój szacunek dla widza (a widz ma zawsze racje) i przyzna Oscara wszędzie chwalonemu Tarantino. Osobiście chciałbym zaskoczenie w postaci statuetki w rękach duetu Anderson - Coppola za wspaniale plastyczny Moonrise Kingdom.

NAJLEPSZA ANIMACJA:
Wreck-It Ralph, Merida, Frankenweenie, The Pirates! Band of Misfits, ParaNorman

Pojedynek: Wreck-It Ralph vs. Merida
Możemy być świadkiem małej sensacji. Czy Disney wreszcie dostanie samodzielną statuetkę w tej kategorii, pokonując Pixara? Na to wygląda, bo Wreck-It Ralph jest wspaniałą animacją, ze świetnymi głosami i ciepłym przesłaniem. Merida niestety nie broni się, tracąc kilka długości do Ralpha. Mocno trzymam kciuki za niszczyciela o wielkim sercu. Choć Golden Globes przemawia za Meridą. Ciekawa kategoria, bardzo ciekawa.

NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY:
Amour. Chyba jest logicznym, że reszta się nie liczy.

NAJLEPSZY DOKUMENT:
Sugar Man.

NAJLEPSZE ZDJĘCIA:
Claudio Miranda (Life of Pi) vs Janusz Kamiński (Lincoln)

NAJLEPSZA MUZYKA:
Mychael Dynna (Life of Pi) vs John Williams (Lincoln)

NAJLEPSZE KOSTIUMY:

Joanna Johnstn (Lincoln) vs Paco Delgado (Les Miserables)

NAJLEPSZA SCENOGRAFIA:
Jim Erickson i Rick Carter (Lincoln) vs. Eve Stewart i Anna Lynch-Robinson (Les Miserables)

NAJLEPSZA PIOSENKA:
Adele - Skyfall (Skyfall)
vs. Hugh Jackman - Suddenly (Les Miserables)

NAJLEPSZE EFEKTY SPECJALNE :
Avengers vs Prometheus (choć daję szansę Life of Pi)

Jak widać - zapowiada się ciekawa gala, gdzie w jednych kategoriach zwycięzca jest pewny, a w innych pewne jest tylko to, że nic nie jest pewne. Ale Amerykańska Akademia Filmowa lubi zaskakiwać, często ogłaszając niepopularne werdykty. Moje skromne dywagacje, choć poparte godzinami przed ekranem i całymi masami przeczytanych tekstów oraz śledzenia box-office'u i gal rozdania nagród - mogą się nie sprawdzić w żadnym wypadku. To jest magia tej nocy. Ta pewność niepewnego. Dlatego po kolejnym, długim roku wspaniałych filmów, kreacji i pomysłów - niech wygra najlepszy. Pomimo polityki, pomimo kampanii reklamowych. Niech wielkie święto kina i filmów okaże się tym wielkim świętem. Tak naprawdę, a nie tyko w zamyśle minionych lat.

So let the Oscar Goes to... Audience!


niedziela, 17 lutego 2013

Silver Linings Playbook (*****)

Bardzo długo czekałem, aż amerykańska sztuka filmowa, aż amerykańscy filmowcy zrozumieją jedną, bardzo ważną rzecz. Im mniej, tym lepiej. Im skromniej i bardziej intymnie - tym lepiej. Chyba zaczynają to rozumieć.

Pierwszym tego znakiem był "biedny" Hurt Locker Kathlyn Belgalow, pokonujący, wręcz deklasujący, Avatara Jamesa Camerona. Zarobił ile - 100 razy mniej niż historia o niebieskich kosmitach, a wygrał wszystko. Dzięki bogu, trend pozostał. I ma się dobrze.

Silver Linings Playbook taki jest. Skromny, bardzo intymny i szczery. Obdziera z uczuć i daje kopa by zacząć myśleć. Nie tylko patrzeć i oglądać. Myśleć. A to bywa ciężkie, przecież większość widzów nie lubi się "wysilać" w trakcie seansu. Ale Silver Linings Playbook zmusza do myślenia prostymi środkami i to daje efekt. Zachwycenia. Czystego zachwycenia.

Pat ma problemy. Żona go zdradziła i zostawiła, on sam cierpi na zaburzenie afektywne dwubiegunowe - w skrócie: miewa paranoje i "problem" z gniewem oraz była mało "delikatny" w relacjach - zbyt szczery, lub ciekawski. Cóż, problem z gniewem - to i prawie pobił na śmierć kochanka żony, których to przyłapał na sexie w jego własnym domu. Przez to spędził swój czas w zakładzie psychiatrycznym. Nie jest dobrze, oj nie. Trudne relacje z ojcem, który ma wręcz szaleńczą manie na punkcie swojej ukochanej drużyny baseballa - nie pomagają w powrocie do normalności. Pat postanawia się zmienić, pomóc sam sobie, by być lepszym. I w swojej podróży do poznania samego siebie, swoich pragnień, w podróży w czasie której ujarzmi swoje lęki i psychozy - nie będzie sam. I pomoże nie tylko sobie.

David O. Russell wspaniale czuje ludzi z problemami. Ich uczucia, istotę ich problemów. Wspaniale rozkłada te elementy na części pierwsze i lekko i z polotem ukazuje sedno. A znając sedno można zacząć walczyć  z samym sobą i swoimi lękami. Russell pokazał te umiejętności w swoim poprzednim filmie - The Fighter. Sportowy dramat ukazywał walkę dwóch braci o to co dla nich ważne. W Silver Linings Playbook znów to duet jest osią akcji. Ale duet zgoła inny.
Na swej drodze Pat spotyka Tiffany - równie szaloną co on nimfomankę, młodą wdowę i straszliwie zagubioną dziewczynę. Tak to film o miłości, bo miłość to temat uniwersalny. Ale to nie miłość jest tu najważniejsza. Najważniejszy u Russella jest związek dusz i to jak wzajemna pomoc i zrozumienie mogą uleczyć wszystko. Nawet psychozy i zaburzenia psychiczne. Miłość to zarówno cel, ale czasem też i środek. Więc niby wszystko już było, ale jednak jest niekonwencjonalnie.
O. Russel pisał ten scenariusz z myślą o swoim chorym synu. I to widać, bo prawdziwie wielkie scenariusze rodzą się z cierpienia. Historię absolutnych wariatów ukazuje z taką czułością i ciepłem, że sam przez chwilę chciałem mieć jakiś "problem". Bo oprócz Pata i Tiffany są tu inni wariaci: Patrizio Sr. z obsesją na punkcie drużyny footballu, hinduski doktor, czarnoskóry kolega Pata, czy przyjaciel, który siedzi pod pantoflem żony. Plejada świrów, która pomoże Patowi, i on pomoże im.

Reżyser i scenarzysta w jednej osobie w wypadku tego filmu sprawdza się idealnie. Ta intymna historia nie miałaby takiego wydźwięku, gdyby O. Russel pracował nad cudzym tekstem. W sumie reżysersko nie ma tu jakiś wysublimowanych smaczków, niespodziewanych zabiegów. I dobrze. To jest siła jego kunsztu. Reżyser wie, że ta historia obroni się sama. Reżyser zapoznaje nas z kolejnymi etapami radzenia sobie z samym sobą, czasem pojawiają się retrospekcje ukazujące przyczynę tego "szaleństwa". Odstawia na bok swoją prace pozwalając pracować aktorom i wspaniałej ścieżce dźwiękowej. To wielka mądrość w tym fachu wiedzieć kiedy odpuścić, aby pozwolić żyć filmowi własnym życiem. A jak wiemy, u reżyserów to nie takie oczywiste, przy wszechobecnym w branży kompleksie boga.

I właśnie to odpuszczenie sobie przez O. Russela owocuje tym co pokazują aktorzy na ekranie. A pokazują wiele. Pomijając wspaniały scenariusz, siłą tego filmu jest wybitne aktorstwo i tyczy się to zarówno pierwszo- i drugoplanowych aktorów, ale także epizodycznych ról. Jest tu tle świetnych ról, że nie wiem od kogo zacząć. Zacznę więc od najlepszej i najjaśniejszej gwiazdy.
Jennifer Lawrence. Co napisać o grze idealnej? Przytoczę cytat z jednego z moich guru, recenzenta Rolling Stone'a Petera Traversa: "She's rude, dirty, funny, foulmouthed, sloppy, sexy, vibrant and vulnerable, sometimes all in the same scene, even in the same breath. No list of Best Actress Oscar contenders would be complete without the electrifying Lawrence in the lead. She lights up the screen." Co więcej można dodać? Uroczo postrzelona, skrajnie wyluzowana i tak nieludzko naturalna, że można się zastanowić, czy Tiffany nie jest pisana pod pierwowzór Lawrence. Popularna JLaw, umiejętnie łączy kino skranie komercyjne (The Hunger Games) i kino wybitne (Winters Bone). Druga nominacja do Oscara w przeciągu 3 lat, to o czymś świadczy. Na naszych oczach rodzi się prawdziwa gwiazda, diamed, już oszlifowany. Lawrence, tak jak napisał Travers, rozjaśnia ekran. Ten film należy do niej, kilka scen wręcz brutalnie kradnie i to nie byle komu, bo samemu Bobowi De Niro. To trzeba zobaczyć choćby dla niej i dla tej wspaniałej, wspaniałej roli.
Bradley Cooper, wydawało by się patrząc na jego karierę, nie miał szans na odnalezienie się wśród top 5 aktorów danego sezonu. A jednak. Dobrze napisana postać i wiara reżysera pokazała prawdziwą twarz Coopera. Jako bipolarny Pat, wręcz szarżuje, często pozostawiając resztę w tyle (o ile Lawrence przy nim nie ma) eksplodując na ekranie talentem. A zadanie miał niełatwe. Bo jak zagrać kogoś z taką chorobą? kiedy pójść na całość, kiedy nie przeszarżować? Cooper odnalazł idealne odpowiedzi na te pytania, pokazał Pata, który równocześnie chce się zmienić, choć nie wie jak, chce być inny, lecz nadal jest ciągle podejrzliwy. Cooper gdy Pat wpada w złość - jest szalony, agresywny i cielesny, jednak gdy Pat ma być spokojny i opanowany - stawia na minimalizm i grę mimiką. Wspaniale wychodzą mu różne zabawne "wpadki" obyczajowe Pata, które wypowiada z kamienną miną, bez mrugnięcia okiem. Komizm jaki uzyskuje jest nie do przecenienia. Bardzo dobra rola, jednak pechowa, bo szans z Danielem Day-Lewisem na Oscara nie ma. Jednak wróży wiele dobrego dla Coopera i liczę, że to nie ostatnia nominacja.
Zapewne wszyscy mają swojego ulubionego aktora z dawnych lat, który dziś już jest troszkę zapomniany i dla którego nie ma już ról. A szkoda, bo nadal ma wiele do zaoferowania i wiele do pokazania. Dla mnie takim aktorem jest Robert De Niro. I nawet sam się zdziwiłem, że tak się cieszę z jego udziału w filmie. Powrót Boba na salony i do wielkiego aktorstwa, choćby nawet na chwilę, ucieszyło mnie jak małe dziecko. Patrizio Sr rozczulił mnie do granic możliwości i duża w tym zasługa konstrukcji tej postaci, a przede wszystkim, właśnie dzięki De Niro. Trochę wycofany Ojciec, z obsesją na punkcie footballu amerykańskiego i ze swoją małą obsesją natręctw jest wspaniały. Scena szczerej rozmowy Patrizia z synem, o tym jak ważny dla niego jest on i to by spędzać z nim czas - łzy Boba De Niro to najlepsze co przytrafiło się amerykańskiemu filmowi od długiego czasu.
Jacki Weaver - Dolores, jako jedyna rozsądna osoba w tej rodzinie, nie potrzebuje wiele by świecić, bo i nie taka jej rola. Rozsądkiem, przekąskami i rozumieniem pomaga swojej rodzinie. Weaver stoi w tym "freak show" na uboczu, niczym postać, którą gra. Rola bardzo porządna, ale chyba nad wyrost oscarowa.
W filmie warto też zwrócić uwagę na Chrisa Tuckera, Johna Ortiza i Shea Whighama. Bardzo pozytywne role, dodające smaczków całej historii.

Wielu recenzentów w Polsce narzeka, że ten film na zbyt pozytywne, cukierkowe zakończenie. Ale przecież takie miało mieć! Już scena znana ze zwiastunów, gdzie Pat wyrzuca książkę przez okno, niezadowolony z jej smutnego zakończenia daje temu wyraz. O tym jest ten film. Nie ważne jak jest źle, jak jesteś pokręcony i szalony i jak bardzo ludzie się ciebie boją - zawsze znajdzie się inny wariat, który Cie pokona w swoim szaleństwie i zrozumie Twoje szaleństwo. Ten film ma być happy endem. Nie tylko dla osób bipolarnych, nie - dla wszystkich. O. Russel zrobił bardzo pozytywny film, ale film, który pokazuje drogę i cenę jaką jest okupiony happy end. Ale warto. W tym szaleństwie jest metoda.


niedziela, 27 stycznia 2013

Django Unchained (****1/2)

Dziś, Quentin Tarantino to Bóg.

Tarantino to twórca niekonwencjonalny. Zawsze tak było, tak jest i, oby, zawsze tak było. W swoim najnowszym Arcydziele, Django Unchaind, po raz kolejny wzbija się na wyżyny geniuszu i swojej chorej wyobraźni i po raz kolejny, nie zaskakując fanów, zaskakuje tym jakiego ma niesamowitego nosa i talent do reżyserii i pisania scenariuszy. W swoim zwariowanym, brutalnym, ale i nie pozbawionym romantyzmu stylu zabiera nas w swój własny świat, w swoją własną alternatywną rzeczywistość świata. Ta jego własna rzeczywistość zawsze była widoczna w twórczości Tarantino, jednak od jakiegoś czasu widać to wyraźniej. Kill Bill 1 i Kill Bill 2 oraz Death Proof wyraźnie wyróżniły tę rzeczywistość. Ale Inglourious Basterds i Django właśnie są już czystą wariacją wprost wyjętą z umysłu reżysera. Alternatywna rzeczywistość w głowie Tarantino, zamieniła się w alternatywną wizję historii na kinowym ekranie. Nas, widzów, nie mogło spotkać nic lepszego.

Tak jak Inglourious Basterds to luźna wariacja na temat czasów II Wojny Światowej, tak Django to tarantinowska wizja Ameryki z czasów niewolnictwa. Oczywiście pełna przerysowanych postaci, brutalności, krwi i slapsticku. Nie brak tu też zabójczych i ciętych dialogów i miłości co pokona wszystko.
Zaraz, zaraz.... Miłości? Przecież to Tarantino! Chyba coś zmyślam, albo Quentin poszedł w komerchę! Jaka miłość?
Ano miłości. Django to niewolnik sprzedany na plantację. Na drodze swej udręki napotyka Dr. Kinga Schultza. Ex dentystę, obecnego łowcę nagród. Schultz uwalnia Djago i prosi o pomoc w schwytaniu poszukiwanych przez prawo Braci Brittle. Django wie jak oni wyglądają, bo przez pewien czas był pod ich okrutną "kuratelą". Lecz to dopiero początek ich przygód. Dowiadując się, że Django ma żonę, Brunhildę, romantyczna dusza dr Kinga każe mu pomóc odzyskać żonę niewolnika. Wspaniałe! Jak wspaniale Tarantino się nami bawi, jak wspaniale nas mami. Dobry Niemiec. A ktoś może jeszcze pamięta tego Złego Niemca? Brawo Quentin. Brawo.
Takich smaczków Tarantino serwuje nam co niemiara. cytuje swoje poprzednie filmy, cytuje klasykę gatunku, z którego korzysta, a to wszystko w służbie świata. Tarantino postanowił uratować świat swoimi filmami. Uratować świat amerykańską popkulturą, a właściwie jej obrzeżami. W Inglourious Basterds kino dosłownie obala III Rzeszę stając się głównym bohaterem upadku Hitlera. W scenie odnalezienia Braci Brittle Django - w swoim niedorzecznym niebieskim kostiumie lokaja - ratuje zniewoloną dziewczynę, przy czym prezentuje się niczym komiksowy super bohater, niczym przerysowany i pozbawiony mocy Superman. Jest dumny z tego kim się stał. Wolny. Takie odwołania można znaleźć na każdym kroku. W Django pełna tęsknoty wizja rodem z westernu poparta zwróceniem się w stronę starych dobrych technik filmowych, uświadamia nam, że nie jest za późno. Każdy może zmienić swój los. Wystarczy trochę wiary, wyobraźni, hektolitrów czerwonej farby i miłości. Oraz przyjaciel, aż po grób.

Już pierwsze sceny filmu, włączając czołówkę z genialną piosenką w tle, pokazują jaki to będzie film. Plastyczny, pełen świetnych zdjęć i krajobrazów, które niczym bohaterowie - odgrywają swoją rolę. Pierwsze spotkanie Django i Schulza - w iście tarantinowskim stylu - pokazuje jaka to będzie historia. Otóż Quentin w nowym filmie postanowił oddać hołd, po raz kolejny z resztą, tym gatunkom filmowym, które inspirowały go i ukształtowały jako twórcę. Django to z dość oczywistych przyczyn spagetti western i wspaniały ukłon w stronę kina slapstickowego. Elementy obu rodzajów kina pojawiały się już we wcześniejszej twórczości autora Pulp Fiction, ale w Django Unchained widać je najlepiej i najwyraźniej. Lata wykorzystywania pojedynczych elementów z kina slapsticu owocują absolutną slapsticową orgią w stylu dzikiego zachodu. A więc nasza dwójka bohaterów przeżywa swoje przygody intensywnie, krwawo w przerysowanym świecie wyobraźni Tarantino. Każdy gest, każdy dialog i monolog, każde słowo i akcja - wszystko jest istotne, wszystko składa się na całość, a całość dąży do finału, który w tym iście tarantinowskim filmie jest.... zupełnie nie tarantinowski. I znowu reżyser nas zaskakuje, pokazując swoją duszę romantyka. Często piszę tu o miłości. To motyw przewodni filmu, choć na pierwszy rzut oka, wydaje nam się, że to motyw poboczny. Tarantino tak skonstruował fabułę, by trochę nas oszukać, odwrócić uwagę od sedna. Robi to za pomocą wyrachowanej przemocy, przezabawnych gagów, GENIALNYCH postaci drugo- i trzecioplanowych. Ten scenariusz to majstersztyk pod względem pomysłu na historię, a reżysersko nie ma się do czego przyczepić. Reżyser tak kreuję fabułę, żebyśmy dogłębnie zrozumieli naszych bohaterów. Retrospekcje, wspomnienia, rozmowy - to wszystko buduje naszę wizję postaci. Wspaniała legenda o Bunhildzie i Zygfrydzie ukazuje nam dlaczego Schultz pomaga Django.
Jednak po tej plejadzie zabiegów, które mają nas omamić, Tarantino wraca do sedna. Do miłości, która pokona wszystko. Ostatnie 30 minut filmu to coś nowego w kolekcji osiągnięć reżysera. Zupełnie nie pasujące do Tarantino zakończenie. Muszę przyznać, że ciekawie się to oglądało mając w pamięci poprzednie filmy. Ciekawie, jednak bez bicia przyznaję - te ostatnie 30 minut jest najsłabszą częścią scenariusza, a i tak jest naprawdę świetnie. Wielkie brawa za scenariusz należą się także dla tego, że Tarantino musiał wielokrotnie zmieniać scenariusz w trakcie kręcenia filmu, ponieważ aktorzy, którzy mieli w filmie wystąpić, rezygnowali z gry na rzecz innych zobowiązań. Ale wydaje mi się, że jeśli pamiętamy, że w kinie slapsticu improwizowanie i spontaniczność jest bardzo w cenie - te częste i nagłe zmiany tylko wyszły na dobre filmowi. Z bezkresną wyobraźnią jaką dysponuje autor Death Proof - to musiało się udać.

Tarantino kocha swoich aktorów i vice versa. Oni kochają jego i oddają mu swoją duszę i ciało. I raczej nie żałują.
Jamie Foxx jako tytułowy bohater tak naprawdę przez 3/4 filmu stoi w cieniu wielkiego Christopha Waltza, ale i to ma swoje przyczyny. W wspomnianych już ostatnich 30 minutach gra pierwsze skrzypce. Foxx to aktor wybitny i mimo, iż w filmie są lepsi od niego - jemu to nie przeszkadza, wręcz to wykorzystuje, dzięki temu jego ostatnie "Słowo" w filmie ma tak silny wydźwięk.
Jednak ten film, to film postać drugo- i trzecioplanowych. Pełno tu wybitnch kreacji. Od której zacząć? Christoph Waltz. Tak, tak chyba będzie najlepiej. Dobry Niemiec, co i Złym Niemcem był. Jeśli miałbym wskazać największe aktorskie odkrycie Tarantino - to ten niepozorny aktor z Ausrtii jest takim odkryciem. Wybitny w Inglourious Basterds, w Django udowadnia klasę i kunszt. Udowadnia, że rola Landy to nie był  wypadek. Jak opisać tę rolę? Jak wyrazić wielkość Waltza? Jak ukazać w słowach, to co on pokazał na ekranie? Wybaczcie - ja nie umiem. Schultz w wykonaniu laureata Oscara jest czarujący i pełen polotu, niczym Hans Landa. Jednak jest tak inny. Schultz to taki przedwojenny Niemiec, wizja jeszcze nie zmącona okropnościami II Wojny. Romantyczny, elokwentny i wyrozumiały. A w swej wyrozumiałości mądry i dobry. Czysty obraz. Biała kartka narodu Niemieckiego, zapisana do połowy. Do tej lepszej połowy.
Rola Waltza robi wielkie wrażenie. Wspaniały popis aktorstwa opartego na talencie i luzie. Aktor nie jest spięty, nie dzierży losów świata na barkach. Gra. Ot takie proste.
Drugim wspaniałym w tym filmie jest Leonardo DiCaprio. Ale jest to Leonardo jakiego nie znacie. Tu nie ma miejsca dla ładnego chłopca, płaczka. DiCaprio w Django obdziera się ze swojego dotychczasowego wizerunku, bardzo dużo ryzykując dla Tarantino. Ale opłacało się. Rola wybitna, według mnie, jedna z najlepszych w niemałym przecież dorobku Leonardo. Calvin Candie, handlarz niewolników, to w wykonaniu DiCaprio zło. Zło odziane w piękne szaty, zło udające wyższe sfery, oczytanie i elokwencję. W ten sposób usprawiedliwia to czym się zajmuje. Sprzedaje "podludzi", bo sam udowadnia, że jest "nadludzki". Jednak w pojedynku na słowa, skromny Schultz wygrywa, pozbawiając rywala twarzy i godności. I DiCaprio to czuje. Jest oszalały, wściekły, bezduszny. Wspaniale gra oczami, które wyrażają pogardę, nienawiść i obrzydzenie. Wielka rola, która przynosi mi na myśl bardzo podobną w stylu rolę Guy'a Pearce w Lawless. Tak samo oszalali, tak samo "wywyższeni" przez społeczeństwo i tak samo przez to zepsuci. Obie role wspaniałe, nadal nie rozumiem jak można było obu Panów pominąć przy ogłaszaniu nominacji do Oscara. Zwłaszcza DiCaprio. Nikt jak on nie zasłużył w tym roku chociaż na nominację.
Ale jeśli miałbym wygrać prawdziwego, choć cichego, wygranego tego filmu - jest to bezapelacyjnie Samuel L. Jackson. Kolejny film z Tarantnio - kolejna wielka rola. Jackson swoją rolą w Django podsumowuje swoją wspaniałą karierę, która wystrzeliła po Pulp Fiction. Taka mała klamra i kolejny smaczek filmu. Jackson posługuje się w tej roli takimi środkami ekspresji, takim kunsztem, że ciężko odwrócić wzrok. Jest tak wspaniale zepsuty i straszliwy, że szczerze go można znienawidzić. I to jest najlepsza laurka dla roli.
W filmie pojawia się jeszcze plejada wielkich kreacji. Warto wspomnieć Dona Johnsona, który jako Big Daddy bawi do łez, a scena przemowy do grupy, która ma wymierzyć "sprawiedliwość" Django i Schultzowi, to popis za równo aktora jak i Tarantino, który absolutnie rozbawił całą salę kinową niemal do łez.
Oczywiście jest jeszcze Brunhilda, ale jest rola "damy w opresji" Kerry Washington wypada w niej wspaniale, ale rola sama w sobie nie wymaga wiele, choć ma swoje momenty. Warto zauważyć, że po twardzielkach jak Jackie Brown, Czarna Mamba i dziewczyny z Death Proof - Tarantino po raz pierwszy rezygnuje z silnej niezależnej kobiety, która sama umie o siebie zadbać. I tu po raz kolejny wychodzi tęsknota i romantyzm reżysera. Teraz pora, aby uratować kobietę, pora pozwolić jej być uratowaną.

Tarantino chyba srodze żałuje, że żyje w naszych czasach. Tarantino chyba tu nie pasuje i daje temu wyraz w swoich filmach, które mimo, iż nawiązują do teraźniejszości - są robione na starą modłę. Tarantino kocha wszystko co już było i tak robi swoje filmy. Cytuje wielkie dzieła, sięga po stare piosenki, robiąc z nich nawias, który spaja historię. Sięga po nieśmiertelną muzykę Ennio Morricone, bo tylko to pasuje do jego filmów. Kręci filmy jakby był oderwany od dzisiejszych możliwości. Woli spojrzeć w przeszłość, by wyraźniej pokazać teraźniejszość. Sięga garściami do popkultury, jednak nie tej z głównego nurtu, a raczej tej, która już minęła. Tej, która była prawdziwie wielka i nie była taką sieczką jak dzisiaj. Tarantino to czuje, rozumie jak nikt i przez to jest takim Mistrzem i jest tak lubiany. Bo chyba, widzowie wtórują jego tęsknocie i też chcieli by coś innego. Coś, co mimo iż jest przerysowane do granic możliwości, jest prawdziwsze od wszystkiego co nas otacza.

Django to wspaniały film, ale jednak o półkroku ustępuje Inglourious Basterds. Jednak w żadnym wypadku, to nie jest zarzut, bo chyba tak miało być. Niby bardzo tarantinowsko, a jednak trochę inaczej. Reżyser pokazał swoją trochę inną twarz, odsłaniając nam inne wyobrażenie o sobie samym. Chyba nawet trochę pokazał swoją duszę. Dlatego warto iść. Warto iść do kina i to zobaczyć, przeżyć ten film z innymi, obserwować reakcje. Django jest wart każdej pochwały i każdej minuty, a krótki film to to nie jest. Ale przez te prawie 3 godzimy jesteśmy świadkami czegoś wyjątkowego. Bierzemy udział w podróży, która zmienia wszystko. Tak jak każdy film Tarantino. Warto, polecam, idźcie. Musicie.

Wspiął się na górę - bo się nie bał,
pokonał smoka - bo się nie bał,
przekroczył krąg ognia - bo Brunhilda była tego warta.


Django Unchained
jest tego warty.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Lincoln (***)

Steven Spielberg się starzeje.

Wielki Mistrz reżyserii, ikona i absolutna wyrocznia kinematografii niestety się starzeje. Wyznacznikiem tego smutnego trendu są filmy z przełomu nowej dekady XXI wieku. Nie chodzi o ich tematykę. Spielberg w swoich najlepszych dniach imał się wszelkich tematów: od bliskich spotkań trzeciego stopnia, przez dramaty historyczne i polityczne, po lekkie komedie obyczajowe, na filmach wojennych kończąc. I z tych zadań wywiązywał się w sposób mistrzowski. Jak na Mistrza przystało. Jednak ostatnie dzieła reżysera zawodzą. Zawodzą monotonią, dłużyznami, zawodzą szarością. Straszą patetycznością. Filmy Spielberga zawsze coś z patetyczności w sobie miały. Były monumentalne, bardzo pro-amerykańskie. Chwaląc osiągnięcia Amerykanów, ale też ganiąc ich historyczne wpadki. I ta patetyczność nie raziła, bo była poparta monumentalnością filmu, albo - jeśli kaliber widowiska był mniejszy - poparta wspaniałym wykonaniem. Jednak Indiana Jones and the Kingdom of the Crystal Skull (**1/2) i War Horse (*1/2) już dawały jasne sygnały - Mistrz jest zmęczony. Chyba wypruty z pomysłów. A na pewno gdzieś stracił nosa i wyczucie filmu. Następny film - The Adventures of Tintin (***1/2) - na chwilę przywrócił nadzieję w powrót formy Spielberga, jednak już najnowsze dzieło - Lincoln wpisuje się bardziej w filmy przełomu dekady, choć nieśmiało próbuje nawiązać do najlepszych dzieł twórcy E.T.. A szkoda. Szkoda, bo temat wspaniały, wydawało by się - idealny dla reżysera.

Lincoln Spielberga to projekt krążący w eterze hollywoodzkiego biznesu od długiego czasu. Spielberg przymierzał się do filmu już od kilku lat, nawet miał na pewnym momencie aktora, odtwórcę głównej roli,  czyli Liama Nessona. Ale projekt co ruszył - to upadał. Z założenia film Spielberga miał opowiadać całą biografię szesnastego prezydenta Stanów Zjednoczonych ukazując najważniejsze momenty w życiu prywatnym i zawodowym popularnego "Abe'a". W ostatecznym rozrachunku film z 2012 roku, mówi tylko o jednym momencie, ale pewnie najważniejszym momencie z biografii Lincolna.

Chodzi o schyłek Wojny Secesyjnej i o walkę o XIII poprawkę do konstytucji między republikanami i demokratami. Ale nie tylko polityczne dylematy Lincolna są osią fabuły. Oprócz zażartej wojny z demokratami o XIII poprawkę, Spielberg pokazuje nam relacje wewnątrz rodziny Lincolnów, zwłaszcza jego trudne stosunki z oszalałą z rozpaczy po stracie dziecka żoną oraz jego dwoma synami. Polityka odciska oczywiste i trudne piętno na tych relacjach. Lincoln to despota w rodzinie i mędrzec w polityce. Pracoholik, ciężki w relacjach ojciec dla starszego syna i szorstki mąż rozpaczającej żony. I w sumie... to tyle. Oś fabuły raczej nie wykracza poza te wydarzenia, więc przez prawie 3 godziny oglądamy polityczną przepychankę i żebractwo <dosłownie...> i kilka scen z życia prywatnego Licolna. Cóż nie porwało mnie to zupełnie.

Ten film, to wybitnie film aktorski. Gdyby nie ludzie, którzy odgrywają swoje role koncertowo - te prawie 3 godziny były by jeszcze cięższe do przełknięcia, niż były. Pierwsze, główne i wyśmienite skrzypce gra oczywiście Daniel Day-Lewis. Jego Lincoln to mistrzowski popis aktorstwa i zrozumienia postaci którą się gra. W filmie Lincoln jest zmęczony, wypalony, zatroskany i z każdej strony osaczony oskarżeniami i wątpliwościami co do swoich decyzji. I Day-Lewis to czuje. Patrząc na jego Lincolna wierzę w to zmęczenie i w to wypalenie. Lewis poszedł w minimalizm i opłacało mu się to. Ruch, jeśli już jakiś się pojawia, jest wyważony, wolny, przemyślany. Twarz pokazuje to czego życzy sobie w danej chwili aktor i to pokazuje. Nic więcej. Polityczny "poker face" Prezydenta to najlepsza część roli dwukrotnego zdobywcy Oscara. Jest o tyle dobra, że w momencie frustracji i złości widać autentyczną złość i wolę działania. Oraz to, że jakikolwiek sprzeciw współpracowników i rodziny nie będzie tolerowany. Day-Lewis pokazuje wspaniały kunszt i nominacja do Oscara wcale mnie nie dziwi. Uważam też, że w stawce jest najbliżej statuetki i swoistego oscarowego "hat-trick'a".

Drugim maestro tego widowiska jest Tommy Lee Jones. Wyśmienity występ i godny kompan dla Day-Lewisa. Rola dużo bardziej skromna, ale ma momenty widowiskowe. Jones, stary lis aktorstwa, niczym postać, którą gra, wie jakie środki przedsięwziąć, by zrealizować oczekiwany cel. Wygadany, z szybką ripostą i z jeszcze szybszym umysłem. Szczególne wrażenie robią zwłaszcza sceny politycznych przepychanek w Kongresie. Naprawdę wielkie uznanie dla Jonesa i kolejna zasłużona nominacja do Oscara za rolę drugoplanową.

Dwóm świetnym aktorom w tym wszystkim wtóruje Sally Field jako Pierwsza Dama. Według mnie jest to rola bardzo poprawna, ale chyba chwalona troszkę nad wyrost. Field pojawia się w filmie rzadko i jej postać nie odgrywa szczególnej roli. Owszem, w filmie znajduje się scena gdzie Lincoln i jego małżonka wpadają w histeryczny wir wzajemnych win i wyrzutów i tam Field pokazuje klasę. Ale to jest cała jej rola - panika, histeria i wyrzuty. We wspomnianej scenie bardziej partneruje Lewisowi, niż z nim rywalizuje. Sama scena robi piorunujące wrażenie, ale w mojej opinii - jest to większa zasługa Lincolna. Może jestem troszkę zbyt surowy dla Field, ale spokojnie znalazłbym kilka lepszych ról kobiecych w oscarowej kategorii dla aktorki drugoplanowej.

W filmie Spielberga pojawia się, na dłużej lub krócej, jeszcze cała plejada aktorów, lecz to ta trójka jest godna uwagi. Szczerze powiedziawszy spodziewałem się więcej czasu dla Josepha Gordona - Levitta, który wcielił się w starszego syna Prezydenta. Niestety na ekranie pojawia się bardzo rzadko, a jak już jest - nie zachwyca. Ot, poprawna rola trzecioplanowa. Szkoda, bo zarówno postać, jak i aktor mają gigantyczny oscarowy potencjał. Naprawdę szkoda.
W trakcie seansu pojawiają się jeszcze na ekranie takie tuzy jak David Strathairn, James Spader, Hal Holbrook, Jared Harris, czy John Hawkes i Jackie Earle Haley. Jednak, albo pojawiają się w małej liczbie scen, albo po prostu nie potrafią się przebić przez geniusz Day-Lewisa i Lee Jonesa. Wszyscy zagrali bardzo dobrze, jednak mieli tego "pecha", że przy rolach tych dwóch panów, wszystko inne wygląda dużo słabiej. I to pokazuje ich klasę.

Scenariusz i reżyseria niestety, w mojej opinii, nie nadążają za klasą aktorów. Lincoln jest zbyt długi, zbyt przegadany i czasem mija się z prawdą. Przyznaję, że jest majestatyczny i widowiskowy <w niektórych scenach>, jednak rozmywa się to wszystko gdzieś w trakcie tej dwu i półgodzinnej gadaniny. Film zupełnie do mnie nie trafił, ale rozumiem, że znajdą się jego solenni zwolennicy. Jednak ja spodziewam się czegoś ciekawszego po filmie biograficznym tak wielkiej figury politycznej. Wcześniej wspomniane polityczne żebractwo <chodzenie od domu do domu w celu zdobycia poparcia demokratów> nie wystawia laurki prezydentowi. Jak rozumiem, miało to pokazać geniusz i zmysł Lincolna w polityce <bo i to w filmie się objawia> oraz to, że demokracja to trudny system, jeszcze trudniejszych wyborów. Rozumiem to. Jednak budowanie wokół tego filmowej biografii  takiej postaci... Dla mnie nie jest to dobry pomysł. Jednak rozumiem tych, którym się to podoba. Zarzutem z mojej strony jest też ukazanie w filmie, iż intencje Lincolna w XIII poprawce były tylko altruistyczne. Po seansie zainteresowałem się tym i według historyków nie do końca tak było, a XIII poprawka, to głównie miało być ekonomiczne uderzenie w południe Stanów Zjednoczonych <gdzie to niewolnictwo było podstawą gospodarki> i owszem jest to zauważone, ale jakby pominięte. Prezydent Lincoln miał też nie raz powtarzać, że czarni i biali nie są i nie będą równi. Ale jako historyczny laik chętnie więcej o tym posłucham i się czegoś nauczę. Więc jeśli coś na ten temat wiecie i chcecie się podzielić, lub poprzeć albo obalić ten zarzut - piszcie :D

To był zarzut bardziej w stronę Tony'ego Kushera i jego tekstu. Spielberg jako reżyser jest.... no cóż. Według mnie zmęczony i wypalony niczym postać, którą chce ukazać. W filmie widać przebłyski geniuszy i niegdysiejsze mistrzowskie "dotknięcie". Jednak widać też monotonię i chyba troszkę brak pomysłu. Film, jak już pisałem, jest patetyczny i to ukazanie "śnieżno białych" intencji Lincolna też jest zarzutem dla Spielberga. Cóż, ale to jest Ameryka - robiąc film o sobie, Amerykanie <zresztą tak jak Polacy> zapominają to co było złe, pielęgnując to co było dobre. Ok. Ale jednak myślałem, że Spielberg wybije się troszkę ponad to. Niestety się zawiodłem.
W samej warstwie reżyserskie fajerwerków nie ma. Historia snuje się powoli, bardzo powoli do przodu, opiera się na aktorach i ich dialogach. Momentami są one zbyt długie, zbyt "monumentalne" i przez to film wpada w dłużyznę. Spielberg stara się operować humorem wprowadzając kilka zabawniejszych scen, ale od nudy to nie ratuje. Ciężko się mi siedziało i oglądało jak snuje się ta historia, pełna politycznych zawiłości. I każda z tych zawiłości musi być zasygnalizowana i wytłumaczona. A spokojnie można by zaufać inteligencji widzów i kilka scen wyjaśnić troszkę inaczej. W swojej wizji filmu, reżyser idzie w stronę teatru. Film jest bardzo teatralny, aktorzy są kręceni raczej z bliska, tak, by było widać ich każdą reakcję. Na zdrowie wychodzi to oczywiście odtwórcom ról, którzy mogą popisać się kunsztem i talentem. Jednak nie do końca filmowi, który przez to wydłuża się jeszcze bardziej i robi się jeszcze bardziej patetyczny.
Obaj panowie - Kushner i Spelberg - swoje nominacje do Oscarów dostali chyba troszkę bardziej za obrany temat i swoje wybitne nazwiska, niż za kunszt jakim się popisali w filmie. Szkoda, bo i na ich miejsca znalazłbym twórców, którzy w 2012 roku popisali się bardziej i dużo bardziej zasłużyli na to najwyższe filmowe wyróżnienie.


Obok wybitnego aktorstwa, ważnym i integralnym elementem tego filmu są zdjęcia, scenografia, muzyka i kostiumy. Wspominałem już o teatralnym kierunku jaki obrał reżyser w swojej wizji. Wspaniałe zdjęcia Janusza Kamińskiego, etatowego operatora Spielberga, wpisują się w tę wizję idealnie. Sceny są kręcone z bliska, bardzo eksponując aktorów i ich ruchy, miny i reakcje. Plenerów zbyt dużo w Lincolnie nie ma, ale scena otwierająca film - robi wrażenie. Wielkie brawa dla Kamińskiego!
Muzyka Johna Williamsa także doskonale się wpisuje w patetyczny klimat filmu. Nastrojowa i podniosła, wydaje się jakby żywcem wyjęta z opisywanych przez film czasów. Uwagę przykuwają też kostiumy i scenografia. Spielberg uwielbia rozmach i dokładność detali w tej warstwie filmowego rzemiosła. Więc tu nie ma się do czego przyczepić, wspaniałe kreacje i tła, podnoszą wzniosłość wydarzeń.

Podsumowując, Lincoln to nie jest film wybitny. Jest to film dobry, ale niestety  nie bardzo dobry. Wspaniały pod względem gry aktorów i smaczków takich jak muzyka, zdjęcia, kostiumy i scenografia, ale zawodzący na polu scenariusz i reżyserii. Zbyt długi, zbyt patetyczny i miejscami, chyba, przekłamany. Spielberg tym filmem spełnia swoje wielkie marzenie nakręcenia biografii Abrahama Lincolna, jednak niczym bohater, którego portretuje - jest zmęczony swoim geniuszem i przygaszony wielkością poprzednich dzieł. Może trzeba było poczekać jeszcze chwilkę? Jeszcze raz przeczytać scenariusz? 

Lincoln to nie jest najgorsze dzieło Spielberga, ale nie jest też najlepszym jego filmem. Widać, że to co przygotował reżyser ma ogromny potencjał, ale spożytkowany w trochę złym kierunku. Rozumiem, że znajdą się osoby zachwycone nowym filmem Spielberga. Zapewne ta wzniosłość, patetyczność i dobór tematu idealnie im podejdzie. Jednak ja spodziewałem się troszkę innego filmu, z troszkę inną akcją. Trochę więcej energii, by ukazać zmęczonego herosa. Ale czy ten heros tak do końca jest bohaterem?

czwartek, 3 stycznia 2013

The Hobbit: An Unexpected Journey (**1/2)

Wreszcie czas na recenzję, za którą spadną gromy z jasnego nieba na moją niewinną główczynę. Niech i tak będzie.

Kilka słów wstępu. Nie jestem ultra fanem Tolkiena. Nie znam wszystkich jego dzieł. Bardzo lubię filmową trylogię Lord of the Rings. Ten tekst jest pisany bardziej z perspektywy filmofila, niż tolkienfila. I na końcu - mimo iż przez długi czas będę tu wylewał wiadro pomyj - rozumiem, że "die-hard" fani Tolkiena, "Hobbita" itp ubóstwiają ten film. Serio to rozumiem, bo ten film to 2 godziny 38 minut wzdychania i uwielbienia dla Tolkiena. O jedną godzinę za dużo. Minimum jedną.

A więc <tak wiem - tak nie zaczyna się zdania> zacznę od wiadra pomyj, choć pozytywne aspekty też się pojawią. Na wszystko co święte. Jak można? Jak można z ponad 200 stronicowej książki dla dzieci zrobić trylogię? I to jest pierwszy zarzut. Bo przez rozbicie książkowej podstawy na trzyczęściowy film <każdy chyba będzie się mieścił w tych 2 godzinach 40 minutach> pojawiają się tak niesamowite dłużyzny jakie serwuje nam Hobbit. Recenzję zaczynam od negatywów, więc "gwiazdami" tej części będzie scenariusz i reżyseria. Dłużyzny. Filmu nigdy nie zrobiłem i nie zmontowałem, ale gdyby dali mi ten film i podstawowy program do montażu - lekką ręką wyciąłbym z tego obrazu od 40 do 60 minut. I fabuła by na tym nie straciła. Nudny jak flaki z olejem prolog, Bezsensowne sekwencje jedzeniowo - naczyniowe w wykonaniu krasnoludów. Czego tu nie ma, a nie powinno się znaleźć. Reżyser chciał być sprytny i poprzez typowo tolkienowskie zabiegi, wprowadza do filmu sceny, które - w  teorii - mają uzasadnić podział książki na 3 filmy. Nigdy więcej! Geniusz Petera Jacksona i sukces Lord of the Rings, polegał w głównej mierze na tym, że reżyser i scenarzysta powycinali na potrzeby filmu, te wszystkie nieziemsko długie opisy każdego kroku głównych bohaterów, opisy każdego kamienia i porostu na ich drodze. Scenariusz omijał, przekształcał, lub usuwał wątki totalnie niepotrzebne dla rozumienia historii, jednocześnie robił to tak by nie bezcześcić dziedzictwa książek. Dzięki temu trylogia pozostała trylogią, fani Tolkiena byli więcej niż zadowoleni, a filmy odniosły fenomenalny sukces zarówno komercyjny, jak i artystyczny. Co robi Peter Jackson z Hobbitem? Rzecz totalnie odwrotną. Zabija film przygodowy, wrzucając tu wszystko co mu przyjdzie do głowy, a co jest powiązane z Tolkienem, jego dziełami, historią universum "Władcy Pierścieni". Dawno się tak nie wynudziłem na filmie przygodowym. Pierwsze półtorej godziny, to męka. Słabe dialogi, totalnie niepotrzebne sceny, ślamazarna akcja okraszona dość słabym humorem i kiepskimi dialogami. Kilka razy zwątpiłem i to bardzo porządnie. Nie potrzebne sceny, dialogi, postacie. Łatwo nie jest. Owszem, dalej jest odrobinę lepiej, ale nie ratuje to ogółu. Hobbit usilnie próbuje nawiązać do epickości TEJ Trylogii, jednak to nie jest materiał na tak epicki film. "Hobbit" był pisany z myślą o dzieciach, no i był ZNACZĄCO krótszy. Siłę monumentalności filmu często określa jego książkowa podstawa. No cóż "Hobbit" nie ma takiego ładunku. Ale jak mówiłem wcześniej - fani Toliena są w niebowzięci, bo film jest tak samo nudny <tu pewnie już się pewnie ostrzy dla mnie pal. No cóż lubię Tolkiena, ale jego książki to trudna przeprawa jest>  i pełen dosłownych opisów jak książki Tolkiena. Scenariusz nie ma potencjału, dramaturgii i nawet się nie stara na przyśpieszenie akcji. Przecież czekają nas jeszcze dwa filmy.

I to kolejna pomyja. W stronę Jacksona, który wydawał się dobrym wujkiem Hollywoodu, a okazał się jak wszyscy - chciwy. Przecież nie chciał robić tego filmu. I według mnie - to widać. Trylogia Hobbita ma nabić kobzę jemu i wytwórni, a fani są zachwyceni perspektywą 3 filmów. Jednak miłość jest ślepa. Film jest zrobiony tak, żeby jak najbardziej wydłużyć fabułę, a dłużyzny filmowi nie służą. A już na pewno nie filmowi przygodowemu. Jackson oszukuje widzów, ale pół biedy, że mnie czy innych umiarkowanych fanów. On oszukuje Was - prawdziwych i oddanych tolkienowców. Zaprzeczycie - wiem. Ale zadajcie sobie pytanie - jaki tak na prawdę sens ma rozbijanie tej historii na 3 części? Lord of the Rings, zmieścił się w przedziale 3 filmów i nikt na tym nie ucierpiał. Idąc analogią i myśleniem Hobbita - LotR powinien liczyć od 9 do 12 filmów. I po co?
Więc dlaczego rozbijać to na 3 części? Cóż Hollywood rządzą pieniądze, a Hobbit sprzedaje się świetnie. Myślę, że ma szanse dobić do "Klubu Miliarda" - czyli 300% normy będzie wyrobione. Na film szedłem lekko sceptyczny, ale nie skreślałem Jacksona. Wierzyłem, że w tym rozbiciu jest jakiś sens - zaskoczy mnie. Zawiodłem się. Zaskoczenia nie ma, jest mdła, acz kolorowa historia. Na lekkie zmazanie swoich "win" dodam, że duża część branżowych portali i blogów twierdzi podobnie. Ale film to film. A biznes is biznes. Szkoda, że dopadło to Jacksona. Szkoda, że dopadło to Tolkiena. Myślę, że dziś przewraca się w grobie, mimo zachwytu fanów.

Pozytywy. Kilka ich mimo wszystko jest. Po pierwsze - jak już wychodzimy z początkowej sekwencji nudów to robi się ciekawie. Przygoda wreszcie jest przygodą. Albo ją udaje. Druga połowa filmu <ta krótsza połowa> jest lepsza i ciekawiej się ją ogląda. Oczywiście muzyka i zdjęcia stoją na wysokim poziomie i tu procentuje doświadczenie z Trylogii. Wspaniała Nowa Zelandia jest chyba niemożliwa do złego sfilmowania. Plenery, zdjęcia i muzyka - wszystko razem gra i furczy po raz kolejny ukazując nam wspaniałe Śródziemie. Oczywiście aktorstwo - tu wielkie brawa dla Martina Freemana - jest pierwszych lotów tak jak i efekty specjalne. Bilbo Freemana to idealna interpretacja. Pozytywny duch, sprytny i mężny. Martin to na tyle zdolny aktor, że udźwignął to brzemię niczym Frodo pierścień. Nieśmiertelny Ian McKellen jako Gandalf, mimo, że w filmie młodszy, to jakby się postarzał. Mniej charyzmy to rzucało się w oczy. Ale i tak McKellen to jedyny słuszny i prawdziwy Gandalf. Radosna kompania krasnoludów jest zabawna i dzielna, ale w tym tłoku troche się rozmywa i czasem trudno stwierdzić kto jest kim. Który krasnolud jest którym krasnoludem? Zabrakło w tym za długim filmie czasu <sic!!!!!!!!>, by przedstawić krasnoludy tak by można było je odróżnić. Ja zapamiętałem czterech. Mniej wydmuszki, więcej konkretów - i może by się to ominęło. Ale hej! Są jeszcze dwa filmy może spamiętam!
Oczywiście efekty dość znacząco poszły do przodu i w Hobbicie to widać. Nowe metody filmowania też odcisnęły swoje pozytywne piętno. Film ogląda się przyjemniej, jakby... wyraźniej.

The Hobbit: An Unexpected Journey
to dla mnie potężny zawód i cios w spuściznę Lord of the Rings. Mam nadzieje, że dwa kolejne filmy już aż tak nudne i monotonne nie będą i że przygoda będzie przygodą pełną gębą. Że ta Niezwykła Podróż zasłuży na swoją "niezwykłość", a pierwsza część tej trylogii okażę się tylko nudnym i przydługim wstępem do choć troszkę lepszego dzieła. Rozumiem zachwyt fanów i nie proszę o zrozumienie. Tolkienowsko ten film to prawie 3 godzinna orgia. Jednak technicznie i filmowo - Jackson się nie popisuje, zaprzepaszczając gdzieś swój talent między liczeniem jednego pliczka banknotów a drugiego.

Ale hej. Z nie takich opresji mieszkańcy Śródziemia wychodzili obronną ręką. Tylko, że tym razem zbawienie przyszło przed zagładą. Niestety.

Moonrise Kingdom (****)

Ten film to pochwała wyobraźni. Pochwała korzeni z jakich się wywodzi film i człowiek. Wszelka opaczności. Błogosław Wesa Andersona. Amen.

Moonrise Kingdom to film, który nie przypadnie wszystkim do gustu. To na wstępie zaznaczam. Mi - rzecz jasna przypadł i to bardzo. Jednak odbiór tego filmu to będzie bardzo indywidualna i osobista. Ale takie są filmy Wesa Andersona - nie szablonowe, trochę niewygodne. Ale co do jednego świetne. Skala pomysłu, wyobraźni, skala środków jakich chwyta się Anderson w swoich filmach - to wszystko stawia go dziś w równej linii z największymi współczesnego kina. A Moonrise Kingdom to potwierdza.

Film to bajkowa, troche psychodeliczna, troche odrealniona bajka dla dorosłych. Opowiadana z punktu widzenia dzieci. Wes Anderson rozlicza się w tym filmie z dzieciństwem i z tym jak nas "okłamywano" gdy byliśmy dziećmi. Jak dorośli, rodzice - uczyli nas pewnych wartości, w dobrej wierze byśmy wyrośli na porządnych, a sami robią co innego. Ten film to karykatura. Szyderstwo w stronę przereklamowanej dorosłości i ukłon w stronę czystości, niewinności i tej uroczej naiwności  dzieci. Dość powiedzieć, że w filmie to dzieci - imitując zachowania dorosłych, próbując być "dorosłymi" - są bardziej dojrzałe i odpowiedzialne, od rzeczywistych dorosłych. Dzieci, używając schematu, którego się nie nauczyły, a bardziej zaobserwowały, zachowują więcej rozsądku niż ci, którzy tym rozsądkiem powinni się kierować.

W końcu Moonrise Kingdom to kino drogi, kino przygody i pastisz na dorosłość. Wes Anderson opowiada nam historię o czystej miłości, o odkrywaniu przez dzieci co to dorosłość i odpowiedzialność. Opowiada nam jaką cenę trzeba ponieść aby być razem. Bo wbrew przeciwnościom losu - jeśli się chce - razem się będzie. I chyba tylko dziecięca wiara jest w stanie w to tak silnie uwierzyć i dziecięca wyobraźnia jest w stanie to urzeczywistnić. Dzieci są ważne w tym filmie. To dzieci są historią tego filmu.

Dwójka zakochanych szczeniaków - harcerz sierota i mentalna "sierota", anemiczna i trochę szalona dziewczyna - postanawia uciec razem, by wyrwać się z brutalnego świata jaki ich otacza. Harcerza nikt na obozie harcerskim nie lub, a dziewczyna czuje się samotna w wielkim domu pełnym ludzi, który formułą przypomina te wielkie stare domki dla lalek. Wspólnie, oszukując wszystkich dookoła wyruszają w drogę, ku przygodzie, by poznać smak dorosłości. Gorzki smak. Reżyser w krótkim czasie wprowadza nas we wszystkie etapy dorastania. W trudne wybory. W walkę z przeciwnościami. W konieczność znalezienia kompromisu, by być razem. Anderson wprowadza też, wprawdzie niemowlęczym raczkowaniem, w seksualność. Ale obrońcy moralności nie martwcie się. Jest to niewinne i czyste jak główni bohaterowie.

Nie chcę zbytnio zdradzać fabuły, by nie zepsuć filmu. Warto przysiąść i się zapoznać z tym co Anderson i współscenarzysta Roman Coppola, chcą nam przekazać. Scenariusz jest bardzo dobrze napisany, trochę odrealniony, co widać w niektórych scenach. Ten film to kręcona oczami dziecka przygoda, przygoda widziana z perspektywy licznej grupy, 10, 13, czy 14sto latków. Uważny widź dostrzeże, że niektóre wydarzenia nie mogły mieć miejsca, że niektóre skoki, czy uderzenia piorunów - są przewartościowane, przerysowane tak jak dzieci przerysowywują swoje codzienne "przygody". Przyznajcie - też bawiliście się w grę, że "podłoga to lawa". Taki jest ten film. Przygody są zwykłe, ale opowiedziane niezwykle. Z dziecięcym entuzjazmem. Harcerze, to nie harcerze, a wręcz paramilitarna jednostka. Rowerek, to nie rowerek, a motor pełną gębą. Jednak Anderson-reżyser, tę historie prowadzi tak, by nie zrobić z tego farsy. Rozbija historię na części pierwsze, niczym w prologu rozbija klasyczny utwór muzyczny, by na końcu połączyć to wszystko w jedną całość. W jedną słodko - gorzką sonatę o nas samych. Prowadzi swoją batutę ślamazarnie, powoli, dokładnie opisując i przedstawiając wydarzenia i bohaterów. Wprowadza rolę wszechwiedzącego narratora, który swoją obecnością i głosem przedstawia warunki i czas i miejsce w jakim dzieją się wydarzenia. Anderson to geniusz. Bo wszystko ze sobą współgra, mimo iż nie powinno. Nie chce popełniać rodzicielskich błędów swoich bohaterów. Swoje dziecko traktuje z dystansem, ale z czułością. Pozwala mu samemu dorosnąć. Ale chroni przed błędami sugerując drogę, wierząc w mądry wybór dziecka. Ufa mu. Pan Anderson musi być świetnym Ojcem.

Ta historia byłaby niczym bez aktorów. Plejada gwiazd, które chętnie pojawiają się u Andersona, oraz dzieci - tworzą pozytywnie wybuchową mieszankę. Dorośli są chaotyczni, są zagubieni. Dzieci są poważne na swój sposób, na swój naiwny sposób bardziej dorosłe. Para Jared Gilman i Kara Hayward <czyli harcerz i jego miłość> to wspaniała melodia przyszłości. Bawią, wzruszają, są wspaniale niewinni w tym co robią. Zwłaszcza młodziutka Hayward zasługuje na gromkie brawa. Zdystansowana, wyobcowana, mogłaby być rodzoną córką Woody'iego Allena. Silna, ale potrzebująca swojego "mężczyzny". Fantastyczna. Jared - pełen entuzjazmu i wiary w miłość szczyl - rozpuścił nawet moje zamarznięte serce. Szczerze mu kibicowałem i jego misji. Cała plejada dziecięcych aktorów spisała się na medal. Może idzie nowe, lepsze?

Dziecięce gwiazdy grając pierwsze skrzypce zepchnęły na drugi plan wielkich. Ale wielcy nie mają nic przeciwko, dając grać pierwsze skrzypce milusińskim. No i co tu napisać o takich tuzach jak Bill "Fucking" Murray, Bruce Willis, czy Tilda Swinton? Tylko tyle, że jak zwykle są wspaniali. Zwłaszcza ulubiony aktor Andersona, najzabawniejszy człowiek Ameryki - Murray. Etatowa gwiazda filmów twórcy Rushmore, nie zawodzi i jak to zazwyczaj bywa - bawi i wzrusza. Wspaniały aktor, którego warto zawsze obejżeć w owej produkcji. Na pewno w tej. W Moonrise, wybitnie gra zgorzkniałego ojca, głowę sztucznej rodziny. Wzięty prawnik, silny człowiek. Słaby ojciec, jeszcze gorszy mąż. Wspaniały.
Bliżej przyjrzę się jeszcze dwóm panom. Bruce Willis łamie swój stereotyp twardego gliny, niczym bohater Die Hard. Robi to z urokiem, udowadniając nielicznym niedowiarkom  - że talentu nigdy mu nie brakowało. Uroczy, miejscowy, podtatusiały policjant. Ciepły i wierzący w miłość głównych bohaterów. Przeciwność dla postaci Murray'a, i poniekąd - jego rywal. Pojedynek "ojców" to bardzo ciekawa część filmu, dodatkowo świetnie zgrana. Anderson wyraźnie zaznacza jak ważny dla dziecka jest rodzić - w tym wypadku ojciec. Jak kształtuje, jak niszczy, jak ważna jest wiara, lub niewiara rodzica w dziecko. Willis w swojej roli jest komiczny, acz nie śmieszny <w negatywnym tego słowa znaczeniu>. Bawi, bo patrząc na niego nie możemy uwierzyć, że to ten sam, który kilka razy uratował Amerykę, przed całą plejadą terrorystów. Świetnie dopasowana rola do aktora. Takie wyjście z szufladki na złość wszystkim. Warta Oscara, chociaż cichej nominacji. Zapewne pominięta w ostatecznym rozrachunku.
Drugim Panem jest Edward Norton, który wreszcie gra w filmie godnym jego talentu. Koleś rozmienił karierę na drobne. Ale, o ile utrzyma ten kurs, może wrócić. Fajtłapowaty druh, to najzabawniejsza i najsmutniejsza postać w filmie. Taka ku pokrzepieniu serc. From zero to hero. Żeby pokazać nam, dorosłym, że i dla nas nie jest za późno. Choćby nie wiem jak źle już było.

Reasumując- Anderson znów to zrobił. Wspaniałe, skromne dzieło, z wybitnym aktorstwem i oczyszczającą dawką odrealnienia i absurdu. Wspaniałe kino, z humorem i traumą. Dziś Anderson to główny i chyba najlepszy przedstawiciel kina autorskiego, który nie boi się swojej wizji i wyobraźni, a wręcz przeciwnie - pozwala im szaleć. Zrobił film plastyczny, bliski teatralnym doznaniom, z nastrojową muzyką i zdjęciami. Całokształt jest nastrojowo opowiedziany, bardzo zżywając widza z postaciami. Wspaniałe emocje i wielki film.