I znowu było hurra! Znowu miało być wyjście z grupy <prosta jak nigdy. Czyli jak zawsze>, może zaskoczenie rywali, może jakiś półfinał. Teraz też przewaga własnego terenu. Czego chcieć więcej? I - jak zwykle - nic. Wielkie nadzieje zawiedzione. Zazwyczaj przez piłkarzy, którzy po prostu są o kilka klas gorsi od swoich europejskich, afrykańskich, czy amerykańskich kolegów. Tym razem to nie wymówka.
Mieliśmy trio z Dortmudu, którego boją się największe firmy w Europie. Mieliśmy dwóch klasowych bramkarzy. Linię defensywy złożoną z graczy grających w całkiem niezłych drużynach we Francji, Niemczech czy Belgii. Kilku <sic!> ciekawych pomocników, także rodem z europejskich lig. I co? I właśnie nic. Bo z takiego kolektywu wyszło - no właśnie nic. Czemu? Jaki trener, taka drużyna. Kiedy po Leo, drużynę przeją Smuda - nie byłem zachwycony. Bo kim on jest? Wygrał polską ligę, która jest słabsza od angielskiej 3 ligi - i od razu kadra! Co to za pomysł?!
Teraz mamy znowu to samo. Trzeba wybrać trenera. Giełda nazwisk: odgrzewani Engel i Kasperczak. Młodzi: Probierz i Skorża. Może Nowak rodem z USA (jedyna opcja "polska", którą popieram. Może w USA nauczyli go czegoś więcej niż naszych "Fachowców"). I on. Faworyt. Forlanik. Trener Ruchu.
I to jest problem. Polską piłką interesuje się przeciętnie, bo nie lubię patrzeć na "football niepełnosprawny". Ale wcześniejsze nazwiska kojarzę, czymś się wsławili. Kim jest Forlanik? Miał jeden niezły sezon w Ruchu i od razu - kadra (w sumie to samo tyczy się Skorży i Pobierza). Powtórka ze Smudy. Człowiek znikąd , który miał jeden, dwa lepsze sezony i zostaje z miejsca namaszczony na zbawcę rozbitej i po raz kolejny ośmieszonej kadry. A opcja zagraniczna - zostaje z góry odrzucona przez PZPN (ten beton to temat na zupełnie inny limeryk...). Otóż to trener z z zagranicy jest nam potrzebny. Czemu PZPN uważa, że "Polak musi trenować Polaków"?
Bo problem z mentalnością. Śmieszny argument. Wszędzie w Europie, czy na świecie - zawodników, czy trenerów - uczy się, że każdy mecz należy WYGRAĆ. Taki był Leo Beenhakker (choć pod koniec i on przeją dużo z polskości). Tak pokonaliśmy i zremisowaliśmy z Portugalią walcząc o punkty. Polska mentalność? Ot przykład Smudy: zapytany przed meczem z Grecją, czy zaryzykuje w razie remisu w ostatnich minutach - odpowiedział bez namysłu - że nie. Że remis mu pasuje i nie zaryzykuje. Co to za mentalność? Jaki to daje sygnał rywalowi? Że ich przeciwnik w ostatnich minutach będzie się tylko bronił. Czyli łatwo będzie można go atakować i liczyć na szczęście, na błąd, a to da im wygraną. Bo rywal nie zaatakuje. Chciałbym zauważyć - że gdyby nie Tytoń - wygrali by. Przykład drugi. Mecz z Czechami, mecz o wszystko. Drużyna wychodzi... 3 defensywnymi pomocnikami. Tak się nie wygrywa.
Bo problem z komunikacją. Kolejny śmieszny argument. Od tego ma się tłumaczy, jeśli nasi działacze nie mają nawet podstawowego wykształcenia i nawet angielski przewyższa ich zdolności językowe.
Bo nie znają polskiego rynku piłkarzy. A co tu znać? Oprócz tych z zagranicy i 3, może 4 chwalebnych wyjątków z polskiej ligi - nie ma kogo obserwować.
Bo musi być polska myśl trenerska. A przepraszam, co to za myśl? Kalka, dość nieudana, kilku szkół z Europy. Ni to z kontry, ni to catenaccio, ni to piłka techniczna. kopiemy do przodu i liczymy, że nas tak bardzo nie zbiją.
Może zbyt surowo oceniam Forlanika. Może okazać się tym zbawcą, bo dawno w kadrze nie było tak młodego trenera. Może trafi do tych partaczy. Może będzie tym motywatorem dla chłopaków (bo taktyk nam nie potrzebny, to i tak się nie uda.) W sumie nic o nim nie wiem, ale jak już pisałem - nie chce powtórki ze Smudy. Bo jak mamy do czegoś dość jak średnio co turniej/eliminacje mamy to samo. Polski trener zbawca, który okazuje się - nikim. I co dwa lata kolejna giełda nazwisk.
Podobno wpływają do PZPN kandydatury z zagranicy. I pewnie nawet nie zostaną przeczytane. Bo po co? Ktoś z zagranicy nie da się tak łatwo sterować kolesiom Laty i Piechniczka. A oni potrzebują marionetki. Żeby PZPN żyło się prościej i lepiej.
Czyli blog o wszystkim i o niczym. O tym co mnie interesuje, bulwersuje, porusza. Luźne przemyślenia, eter dla moich myśli. Głos w chwilach, gdy brak sił do krzyku. Blog o wszystkim i o niczym. Bo szarość ma tak wiele odcieni.
środa, 27 czerwca 2012
poniedziałek, 25 czerwca 2012
Talent
Zawsze się zastanawiałem - jak to jest mieć talent. Sam, nigdy żadnego nie posiadałem, no może oprócz talentu do jedzenia. Gosh, w tym jestem naprawdę dobry. Ale jak to jest mieć talent? Taki prawdziwy. Nie jakieś podstawowe umiejętności. Nie coś czego można się wyuczyć. Coś z czym trzeba się urodzić. Jak Slash i gitara. Jak Nolan i kamera. Jak Cormac McCarthy i pióro. Talent.
Wpis krótki, bo zainspirowany blogiem mojej znajomej. Ona naprawdę ma talent. I jeśli ktoś to czyta - polecam zajrzeć tutaj:
http://cojagraficze.blogspot.com/
Jest czym się pozachwycać!
Wpis krótki, bo zainspirowany blogiem mojej znajomej. Ona naprawdę ma talent. I jeśli ktoś to czyta - polecam zajrzeć tutaj:
http://cojagraficze.blogspot.com/
Jest czym się pozachwycać!
czwartek, 21 czerwca 2012
Bo każda gwiazda musi spaść.
Aj Johnny, Boski Johnny. Ale czy nadal taki "Boski"? W tym tekście zastanowię się nad wzlotem i rychłym upadkiem naszego ulubionego Ciacha z Hollywood.
Tekst zainspirowany ostatnim "hot news'em" o rozstaniu JD z Vanessą Paradis. To może oznaczać wszystko. Może też nie mieć znaczenia. Lecz taka wiadomość, o rozstaniu po 14 latach - co tu ukrywać - najnormalniejszej i najukochańszej pary w szołbiz'ie, musi dawać do myślenia. Z Johnnym nie jest dobrze. Ale nie jego życie prywatne mnie interesuje. Raczej to co pokazuje na ekranie. A właściwie czego nie pokazuje. Z jednego z najciekawszych, najbardziej oryginalnych i uzdolnionych aktorów - stał się ekspertem od "odgrzewania kotletów". Nie zrozumcie mnie źle (często używam tego frazesu...) - uwielbiam Depp'a. Ale tego Depp'a do 2005 roku. Uwielbiam Depp'a z "Edwarda Nożycorękiego". Z "Ed'a Wood'a". Z "Co gryzie Gilberta Grape'a". Z "Benny & Joon" (świetna rola Depp'a - kto nie oglądał - warto!!), z "Donnie Brasco" (nie dał się zjeść Pacino), z "Fear and Loathing in Las Vegas" i wielu innych.
Aż w końcu dochodzimy do dwóch przełomowych ról. Przełomowych rzecz jasna moim zdaniem. Pierwsza: Jack Sparrow w "Piratach z Karaibów". Kto nie lubi tego filmu i tej roli? Wydaje się być jasne dlaczego przełomowa. Ugruntowała jego pozycję w stawce aktorów, dała sławę i pieniądze. No i była zagrana tak, jak nigdy wcześniej. Idealna dla Depp'a. Skrajny dziwak i odludek. Szarmancki drań, z fartem sięgającym niemal poziomu jego intelektu. Ale jest też przełomowa z innych względów. O tym później!
Druga: "Marzyciel". Sam nie wiem co o tej roli napisać. Geniusz? Maestria? Szczyt? To za mało. Każdy kto widział, wie co mam na myśli. Piękny film, piękna muzyka - chciałoby się rzec - piękny Depp. Perfekcja. Z żalem przyjąłem informacje o braku Oscar'a. Wygrał Jamie Foxx. Ale żal pozostał.
I mimo iż oba filmy dzielą zaledwie dwa lata, okazały się tak ważne dla Depp'a. Obie okazały się sukcesem. Czyli co dalej? Logicznie rzecz biorąc: lepsze scenariusze, lepsze filmy, większa stawka - wreszcie Oscar. Nie-e! Równa pochyła. I tu wracamy do dalszej przełomowości "Piratów". Tak bardzo się spodobał, że wytwórnie tylko takiego Depp'a chciały widzieć. Dziwnego. A on sam dał się zaszufladkować. Chętnie przyjmował takie role. Dopadła go szarość po roli Jack'a Sparrow'a. Najpierw ta jaśniejsza. Później ta ciemna, niemal czarna.
A więc - mała retrospektywa wybranych filmów po "Marzycielu":
-"Sekretne Okno" - film ok, ale bez fajerwerków, kolejny dziwak rodem od Depp'a.
-"Charlie i fabryka Czekolady" ABSOLUTNIE najgorszy film duetu Deep - Burton. Dno totalne i Depp grający Jack'a Sparow'a ver 2.0
-Kolejne dwie części "Piratów" - ok, ale ile można?
-"Sweeney Todd" - zarówno film jak i Depp ok, ale Depp znowu gra dziwaka. Nominacja do Oscar'a? ...
-"Wrogowie Publiczni" - czekałem na ten film z wypiekami. Depp - Bale to duet jak mi się marzył od dawna. Osoba reżysera (Michael Mann) dodatkowo podgrzewała atmosferę. I co? Wyszło nijak. Takie "Heat" tegoż reżysera, w latach 20' i tak pi razy drzwi - 3 razy gorsze. Bale zawiódł na całej linii, był drewniany jak Torres w Chelsea, Depp jakoś się wybronił, bo nie miał konkurenta. Ale film był wielkim rozczarowaniem. Ostatnie dobra rola Depp'a. Szkoda, że w słabym filmie.
-"Turysta" - szkoda oglądać i oceniać. Po 30 minutach nie wytrzymałem i wyłączyłem. Tragedia. Plastik w postaci Jolie i naszego ulubieńca. Straszne naprawdę
-"Alicja w krainie Czarów" - drugi najgorszy film duetu Depp - Burton. Pusta wydmuszka, ze świetnymi efektami, bez ŻADNEGO przekazu. Deep gra Jack'a Sarrow'a ver 3.0. Fatalnie
-Kolejni "Piraci" - kolejny odgrzewany kotlet, kolejna strata czasu. Geoffrey Rush zjadł Johnny'ego na przystawkę. Zero klimatu poprzednich części. Amerykanie nie dali się już nabrać. Klapa w USA. Tylko zagraniczny box office ratuje ten okręt przed zatonięciem. Dając gwarancję (niestety) kolejnej części. Kiedy Europa znudzi się JD?
-"Dziennik zakrapiany rumem" - czyli kolejny dziwak (alkoholik) w kolekcji Depp'a, kolejna klapa w USA. Mówiono o Oscarze, wyszło - nic.
I tu pojawiają się dwa kolejne filmy. Obu jeszcze nie widziałem. Tylko jeden jest w kinach. "Mroczne Cienie" I znowu Deep - Burton. Czytałem recenzje Amerykanów - znowu dno. Czytałem też europejskie- oczywiście zachwyceni i zapatrzeni. Ale patrząc na to jak przyjęto ostatnich "Piratów" - Amerykanie chyba mają racje. Kolejny dziwak od Depp. Tym razem wampir (modła na "Twihlight"?). Film, który jeszcze nie wyszedł i ma ogromne problemy z budżetem (wytwórnie chyba widzą, że Deep już się nie sprzedaje) "The Lone Ranger". Sugerując sie zdjęciami z produkcji - bez zaskoczeń - znowusz dziwak. Tym razem Indianin.
Może oceniam go zbyt surowo. Ale trzeba przyznać - kiedy Depp ostatnio zagrał porządną rolę? Takiego normalnego faceta, ze swoimi problemami? Ze swoimi marzeniami? Granie wszelkiej maści dziwaków i wariatów wychodzi mu świetnie. Ale ile można? Patrząc na wyniki box office'u - to już się przejadło. Aktor, który miał w najbliższym czasie sięgnąć po Oscar'a, stał się aktorem sięgającym po nominacje... Teen Choice. Niech to samo przemówi za siebie. Z samego szczytu, na sam dół. Ach ta szarość. Ma tyle odcieni, czyż nie?
I co dalej Panie Depp. Rodzina Panu się rozpadła - czyli nie jest dobrze. Czy już sam widzi jak się stacza? Czy to kryzys wieku średniego - chwilowa sodówa już nie tak młodego faceta? Czy może wrócił "Stary Johnny" - ten który na początku lat 90' częściej był pijany niż trzeźwy? Wtedy miał przynajmniej talent. A potem ją. Vanessę, która, jak sam twierdzi, "go uratowała". Kto teraz go uratuje?
Scenariusze widze dwa. Najpierw negatywny. Depp wpadnie w wir kiepskich ról i słabych filmów i jego gwiazda znacznie przyblaknie. Aż spadnie w dół i bedziemy oglądać Depp'a w serialach, próbującego odzyskać blask. Coś na wzór Tom'a Sizemore'a.
Pozytywny: Zrozumie co się dzieje. I wróci do gry. Moim ulubionym przykładem aktora, który zaliczył świetny come back w krótkim czasie jest Christian Bale. Po roli Batmana w "Batman: Beginns" uwierzył, że zbawi świat. Denna rola w "Wrogowie Publiczni", słaby "Terminator", a w obu zagrał jak w Batman'ie (vide: Depp i jego "Jack'i Sparrow'y"") i cisza. Kolejny Batman - "The Dark Knight" Kilka skandali z wybuchami gniewu. Aż facet przyjął rolę... drugoplanową. Wrócił do gry robiąc krok w tył. Bale miał już status takiej gwiazdy, że drugi plan to było spore zaskoczenie. Amen. Przyjął rolę w "The Fighter" i sam zjadł cały film. Maestria. Pokazał wielkie umiejętności, którymi tak imponował przed "Batman'ami". W KAŻDEJ scenie z jego udziałem ciężko było odwrócić wzrok. Ciężko było nie klaskać z zachwytu. Zrobił ten krok w tył, by zrobić dwa na przód. I dostać tego tak zasłużonego i wyczekiwanego Oscar'a.
I tego życzę Johnny'emu. Powrotu. Kroku w tył. Pokory. Takiej roli, najlepiej drugoplanowej, która pokaże nam, ale przede wszystkim jemu - że nadal potrafi. Że ten talent nie zatracił się przy odgrzewaniu tych samych min, przy zjadaniu własnego ogona. Na razie na horyzoncie ni widu, ni słychu takiego przełomu. Dalej brnie w te same klisze. Zapewne rozstanie z Vanessą mu nie pomaga. Ale trzeba czekać. Może jeszcze wróci TEN Depp. Oby.
Tekst zainspirowany ostatnim "hot news'em" o rozstaniu JD z Vanessą Paradis. To może oznaczać wszystko. Może też nie mieć znaczenia. Lecz taka wiadomość, o rozstaniu po 14 latach - co tu ukrywać - najnormalniejszej i najukochańszej pary w szołbiz'ie, musi dawać do myślenia. Z Johnnym nie jest dobrze. Ale nie jego życie prywatne mnie interesuje. Raczej to co pokazuje na ekranie. A właściwie czego nie pokazuje. Z jednego z najciekawszych, najbardziej oryginalnych i uzdolnionych aktorów - stał się ekspertem od "odgrzewania kotletów". Nie zrozumcie mnie źle (często używam tego frazesu...) - uwielbiam Depp'a. Ale tego Depp'a do 2005 roku. Uwielbiam Depp'a z "Edwarda Nożycorękiego". Z "Ed'a Wood'a". Z "Co gryzie Gilberta Grape'a". Z "Benny & Joon" (świetna rola Depp'a - kto nie oglądał - warto!!), z "Donnie Brasco" (nie dał się zjeść Pacino), z "Fear and Loathing in Las Vegas" i wielu innych.
Aż w końcu dochodzimy do dwóch przełomowych ról. Przełomowych rzecz jasna moim zdaniem. Pierwsza: Jack Sparrow w "Piratach z Karaibów". Kto nie lubi tego filmu i tej roli? Wydaje się być jasne dlaczego przełomowa. Ugruntowała jego pozycję w stawce aktorów, dała sławę i pieniądze. No i była zagrana tak, jak nigdy wcześniej. Idealna dla Depp'a. Skrajny dziwak i odludek. Szarmancki drań, z fartem sięgającym niemal poziomu jego intelektu. Ale jest też przełomowa z innych względów. O tym później!
Druga: "Marzyciel". Sam nie wiem co o tej roli napisać. Geniusz? Maestria? Szczyt? To za mało. Każdy kto widział, wie co mam na myśli. Piękny film, piękna muzyka - chciałoby się rzec - piękny Depp. Perfekcja. Z żalem przyjąłem informacje o braku Oscar'a. Wygrał Jamie Foxx. Ale żal pozostał.
I mimo iż oba filmy dzielą zaledwie dwa lata, okazały się tak ważne dla Depp'a. Obie okazały się sukcesem. Czyli co dalej? Logicznie rzecz biorąc: lepsze scenariusze, lepsze filmy, większa stawka - wreszcie Oscar. Nie-e! Równa pochyła. I tu wracamy do dalszej przełomowości "Piratów". Tak bardzo się spodobał, że wytwórnie tylko takiego Depp'a chciały widzieć. Dziwnego. A on sam dał się zaszufladkować. Chętnie przyjmował takie role. Dopadła go szarość po roli Jack'a Sparrow'a. Najpierw ta jaśniejsza. Później ta ciemna, niemal czarna.
A więc - mała retrospektywa wybranych filmów po "Marzycielu":
-"Sekretne Okno" - film ok, ale bez fajerwerków, kolejny dziwak rodem od Depp'a.
-"Charlie i fabryka Czekolady" ABSOLUTNIE najgorszy film duetu Deep - Burton. Dno totalne i Depp grający Jack'a Sparow'a ver 2.0
-Kolejne dwie części "Piratów" - ok, ale ile można?
-"Sweeney Todd" - zarówno film jak i Depp ok, ale Depp znowu gra dziwaka. Nominacja do Oscar'a? ...
-"Wrogowie Publiczni" - czekałem na ten film z wypiekami. Depp - Bale to duet jak mi się marzył od dawna. Osoba reżysera (Michael Mann) dodatkowo podgrzewała atmosferę. I co? Wyszło nijak. Takie "Heat" tegoż reżysera, w latach 20' i tak pi razy drzwi - 3 razy gorsze. Bale zawiódł na całej linii, był drewniany jak Torres w Chelsea, Depp jakoś się wybronił, bo nie miał konkurenta. Ale film był wielkim rozczarowaniem. Ostatnie dobra rola Depp'a. Szkoda, że w słabym filmie.
-"Turysta" - szkoda oglądać i oceniać. Po 30 minutach nie wytrzymałem i wyłączyłem. Tragedia. Plastik w postaci Jolie i naszego ulubieńca. Straszne naprawdę
-"Alicja w krainie Czarów" - drugi najgorszy film duetu Depp - Burton. Pusta wydmuszka, ze świetnymi efektami, bez ŻADNEGO przekazu. Deep gra Jack'a Sarrow'a ver 3.0. Fatalnie
-Kolejni "Piraci" - kolejny odgrzewany kotlet, kolejna strata czasu. Geoffrey Rush zjadł Johnny'ego na przystawkę. Zero klimatu poprzednich części. Amerykanie nie dali się już nabrać. Klapa w USA. Tylko zagraniczny box office ratuje ten okręt przed zatonięciem. Dając gwarancję (niestety) kolejnej części. Kiedy Europa znudzi się JD?
-"Dziennik zakrapiany rumem" - czyli kolejny dziwak (alkoholik) w kolekcji Depp'a, kolejna klapa w USA. Mówiono o Oscarze, wyszło - nic.
I tu pojawiają się dwa kolejne filmy. Obu jeszcze nie widziałem. Tylko jeden jest w kinach. "Mroczne Cienie" I znowu Deep - Burton. Czytałem recenzje Amerykanów - znowu dno. Czytałem też europejskie- oczywiście zachwyceni i zapatrzeni. Ale patrząc na to jak przyjęto ostatnich "Piratów" - Amerykanie chyba mają racje. Kolejny dziwak od Depp. Tym razem wampir (modła na "Twihlight"?). Film, który jeszcze nie wyszedł i ma ogromne problemy z budżetem (wytwórnie chyba widzą, że Deep już się nie sprzedaje) "The Lone Ranger". Sugerując sie zdjęciami z produkcji - bez zaskoczeń - znowusz dziwak. Tym razem Indianin.
Może oceniam go zbyt surowo. Ale trzeba przyznać - kiedy Depp ostatnio zagrał porządną rolę? Takiego normalnego faceta, ze swoimi problemami? Ze swoimi marzeniami? Granie wszelkiej maści dziwaków i wariatów wychodzi mu świetnie. Ale ile można? Patrząc na wyniki box office'u - to już się przejadło. Aktor, który miał w najbliższym czasie sięgnąć po Oscar'a, stał się aktorem sięgającym po nominacje... Teen Choice. Niech to samo przemówi za siebie. Z samego szczytu, na sam dół. Ach ta szarość. Ma tyle odcieni, czyż nie?
I co dalej Panie Depp. Rodzina Panu się rozpadła - czyli nie jest dobrze. Czy już sam widzi jak się stacza? Czy to kryzys wieku średniego - chwilowa sodówa już nie tak młodego faceta? Czy może wrócił "Stary Johnny" - ten który na początku lat 90' częściej był pijany niż trzeźwy? Wtedy miał przynajmniej talent. A potem ją. Vanessę, która, jak sam twierdzi, "go uratowała". Kto teraz go uratuje?
Scenariusze widze dwa. Najpierw negatywny. Depp wpadnie w wir kiepskich ról i słabych filmów i jego gwiazda znacznie przyblaknie. Aż spadnie w dół i bedziemy oglądać Depp'a w serialach, próbującego odzyskać blask. Coś na wzór Tom'a Sizemore'a.
Pozytywny: Zrozumie co się dzieje. I wróci do gry. Moim ulubionym przykładem aktora, który zaliczył świetny come back w krótkim czasie jest Christian Bale. Po roli Batmana w "Batman: Beginns" uwierzył, że zbawi świat. Denna rola w "Wrogowie Publiczni", słaby "Terminator", a w obu zagrał jak w Batman'ie (vide: Depp i jego "Jack'i Sparrow'y"") i cisza. Kolejny Batman - "The Dark Knight" Kilka skandali z wybuchami gniewu. Aż facet przyjął rolę... drugoplanową. Wrócił do gry robiąc krok w tył. Bale miał już status takiej gwiazdy, że drugi plan to było spore zaskoczenie. Amen. Przyjął rolę w "The Fighter" i sam zjadł cały film. Maestria. Pokazał wielkie umiejętności, którymi tak imponował przed "Batman'ami". W KAŻDEJ scenie z jego udziałem ciężko było odwrócić wzrok. Ciężko było nie klaskać z zachwytu. Zrobił ten krok w tył, by zrobić dwa na przód. I dostać tego tak zasłużonego i wyczekiwanego Oscar'a.
I tego życzę Johnny'emu. Powrotu. Kroku w tył. Pokory. Takiej roli, najlepiej drugoplanowej, która pokaże nam, ale przede wszystkim jemu - że nadal potrafi. Że ten talent nie zatracił się przy odgrzewaniu tych samych min, przy zjadaniu własnego ogona. Na razie na horyzoncie ni widu, ni słychu takiego przełomu. Dalej brnie w te same klisze. Zapewne rozstanie z Vanessą mu nie pomaga. Ale trzeba czekać. Może jeszcze wróci TEN Depp. Oby.
piątek, 15 czerwca 2012
So I'm Breaking the Habbit Tonight - czyli krótka notatka o Linkin Park
Szczerze, to pierwszy "muzyczny" post miał być o Marylin'e Manson'ie. Jednak po tym co widziałem na Orange Warsaw Festival, wybrałem Linków. Tych niesamowitych chłopaków z problemami jak nasze, a może i większymi.
Nie będę się aż tak rozpisywało ich muzyce, choć z akapit na to poświęcę. Chce sobie porozmyślać o NICH. O tym co ICH teksty i muzyka mówi o NICH. Czyli co tak naprawdę mówi o NAS. Nie opieram się na ich oficjalnych, czy nieoficjalnych biografiach. Tylko na tekstach. I troche na wikipedii :D Dlatego nie traktujcie tego jako obrazy. To tylko myśli.
Nie zrozumcie mnie źle - nie jestem ich fanem od OWF. Chyba każdy z nas w mniejszym, czy większym stopniu oszalał na punkcie "Meteor'y" w 2003 roku. Część pewnie była z nimi już od 2000 roku, od "Hybrid Theory". Ja jednak oszalałem właśnie w 2003 roku. Jak chyba 3/4 moich rówieśników. Żywiołowe "Faint", genialne "Somwhere I Belong' z równie świetnym i pełnym wyrazu teledyskiem. Liryczne "Breaking the Habbit" z klipem tak wymownym, że aż mowę odbiera. Oszalałem. Właśnie. Czemu? Przecież to czysty nu-metal, z mieszanką hip-hopu i elektroniki <zwłaszcza w dzisiejszej twórczości, co mi średnio odpowiada i jak się orienyuje - zatwardziali fani też nie pieją z zachwytu>. Mnóstwo było i jest takich zespołów. Od Peppersów po P.O.D., czy na Limp Bizkit i Kornie kończąc. Czym zespół Mike'a Shinody i Chester'a Bennington'a nas tak poruszył? Chyba autentycznością, kontaktem z fanami. Pomysłem na klipy, pełne przekazu. No na pewno.
Teksty. Mało, który zespół jak LP pisze takie teksty. Zaskakująco - nie o miłości, nie o imprezach i bzykaniu cycatych, puszczalskich studentek, czy życiu gwiazdy rocka. Piszą jak zajebiście trudno jest być młodym i innym niż reszta. Jak trudno być wyrzutkiem. Nie ma takiej piosenki na "Meteora'rze", z którą bym się nie utożsamiał. Bo chłopaki nie zawsze byli "on top". Mieli swoje problemy. Musieli mieć. To słychać. Słychać kiedy Chester wykrzykuje w "Points Of Authority" o tym, że nie chce już cierpieć za to, że kogoś wcześniej skrzywdzono. Kiedy Mike rapuje, że wina jest jego, że jest pusty i samotny w "Somewhere I Belong". Kiedy razem w "Numb" mówią nam, że ok jest być sobą. Że nie ok jest kiedy inni chcą nas widzieć w ich butach, kiedy każą nam spełniać ich nie spełnione marzenia. Zapewne adresują to do rodziców, co jawnie pokazuje teledysk. "Numb". Tak bardzo się identyfikuje z tą piosenką, że czasem mam szklanki w oczach słuchając tego, zwłaszcza, kiedy jedna bliska osoba rani mnie swoimi oczekiwaniami i niezadowoleniem z braku ich spełnienia... Mięczak - wiem.
Każda piosenka, to hymn dla samotnika i indywidualisty. Dla kogoś totalnie nierozumianego. Mogę nawet stwierdzić, a nawet odważę się to zrobić, że LP to zespół, dla "nerdów". Bo czym innym oni są? Zakompleksieni jak cały naród polski razem wzięty, zapatrzeni w mangę i animę. Uwielbiający kulturę Japonii <zasługa Mike'a - mającego japońskie korzenie>. Widać to w teledyskach. Profesjonaliści w każdym calu. Czy to trzeba zaśpiewać balladę, czy wydrzeć ryja do mikrofonu. Zawsze przygotowani, zawsze bez skandali. No kurde nerdy. Udzielający się społecznie. Blisko fanów. Kiedy usłyszałem, że nagrali wyjątkową wiadomość dla ich fana, małego dzieciaka umierającego na raka - mój podziw nie miał granic. A to nie są i nie były wyjątki. Oni są po prostu zniszczeni. Jak my. Znają swoje wady. Są świadomi, że nie są idealni, że mimo popularności - nadal są zniszczeni. Zniszczeni przez życie. Przez rodzinę. Przez katów jakimi potrafią być rówieśnicy. Przez własne błędy. I wiecie co? Przekuli te wszystkie krzywdy, wady, błędy i żale jakie ich spotkały na coś wyjątkowego. Mieli odwagę się zebrać, szczerze i bez wazeliny opisać to, oprawić w kawał potężnej muzyki i przekazać nam. Żebyśmy i my mieli odwagę. Przełamali swój zwyczaj. Powiedzieli co czują.
Koncert był niesamowity. Była polska flaga. Polskie koszulki. Był kawał emocji na scenie i pod nią. Każda piosenka odśpiewana przez wszystkich razem i każdego z osobna. Widziałem, że chłopaki byli troche zszokowani takim przyjęciem. Cieszy mnie to. To znaczy, że te wszystkie teksty trafiły i do nas. To znaczy, że i my nie chcemy być ignorowani. Że chcemy znaleźć miejsce gdzie pasujemy. Może czas być tym kim naprawdę jesteśmy? Do dzieła.
Nie będę się aż tak rozpisywało ich muzyce, choć z akapit na to poświęcę. Chce sobie porozmyślać o NICH. O tym co ICH teksty i muzyka mówi o NICH. Czyli co tak naprawdę mówi o NAS. Nie opieram się na ich oficjalnych, czy nieoficjalnych biografiach. Tylko na tekstach. I troche na wikipedii :D Dlatego nie traktujcie tego jako obrazy. To tylko myśli.
Nie zrozumcie mnie źle - nie jestem ich fanem od OWF. Chyba każdy z nas w mniejszym, czy większym stopniu oszalał na punkcie "Meteor'y" w 2003 roku. Część pewnie była z nimi już od 2000 roku, od "Hybrid Theory". Ja jednak oszalałem właśnie w 2003 roku. Jak chyba 3/4 moich rówieśników. Żywiołowe "Faint", genialne "Somwhere I Belong' z równie świetnym i pełnym wyrazu teledyskiem. Liryczne "Breaking the Habbit" z klipem tak wymownym, że aż mowę odbiera. Oszalałem. Właśnie. Czemu? Przecież to czysty nu-metal, z mieszanką hip-hopu i elektroniki <zwłaszcza w dzisiejszej twórczości, co mi średnio odpowiada i jak się orienyuje - zatwardziali fani też nie pieją z zachwytu>. Mnóstwo było i jest takich zespołów. Od Peppersów po P.O.D., czy na Limp Bizkit i Kornie kończąc. Czym zespół Mike'a Shinody i Chester'a Bennington'a nas tak poruszył? Chyba autentycznością, kontaktem z fanami. Pomysłem na klipy, pełne przekazu. No na pewno.
Teksty. Mało, który zespół jak LP pisze takie teksty. Zaskakująco - nie o miłości, nie o imprezach i bzykaniu cycatych, puszczalskich studentek, czy życiu gwiazdy rocka. Piszą jak zajebiście trudno jest być młodym i innym niż reszta. Jak trudno być wyrzutkiem. Nie ma takiej piosenki na "Meteora'rze", z którą bym się nie utożsamiał. Bo chłopaki nie zawsze byli "on top". Mieli swoje problemy. Musieli mieć. To słychać. Słychać kiedy Chester wykrzykuje w "Points Of Authority" o tym, że nie chce już cierpieć za to, że kogoś wcześniej skrzywdzono. Kiedy Mike rapuje, że wina jest jego, że jest pusty i samotny w "Somewhere I Belong". Kiedy razem w "Numb" mówią nam, że ok jest być sobą. Że nie ok jest kiedy inni chcą nas widzieć w ich butach, kiedy każą nam spełniać ich nie spełnione marzenia. Zapewne adresują to do rodziców, co jawnie pokazuje teledysk. "Numb". Tak bardzo się identyfikuje z tą piosenką, że czasem mam szklanki w oczach słuchając tego, zwłaszcza, kiedy jedna bliska osoba rani mnie swoimi oczekiwaniami i niezadowoleniem z braku ich spełnienia... Mięczak - wiem.
Każda piosenka, to hymn dla samotnika i indywidualisty. Dla kogoś totalnie nierozumianego. Mogę nawet stwierdzić, a nawet odważę się to zrobić, że LP to zespół, dla "nerdów". Bo czym innym oni są? Zakompleksieni jak cały naród polski razem wzięty, zapatrzeni w mangę i animę. Uwielbiający kulturę Japonii <zasługa Mike'a - mającego japońskie korzenie>. Widać to w teledyskach. Profesjonaliści w każdym calu. Czy to trzeba zaśpiewać balladę, czy wydrzeć ryja do mikrofonu. Zawsze przygotowani, zawsze bez skandali. No kurde nerdy. Udzielający się społecznie. Blisko fanów. Kiedy usłyszałem, że nagrali wyjątkową wiadomość dla ich fana, małego dzieciaka umierającego na raka - mój podziw nie miał granic. A to nie są i nie były wyjątki. Oni są po prostu zniszczeni. Jak my. Znają swoje wady. Są świadomi, że nie są idealni, że mimo popularności - nadal są zniszczeni. Zniszczeni przez życie. Przez rodzinę. Przez katów jakimi potrafią być rówieśnicy. Przez własne błędy. I wiecie co? Przekuli te wszystkie krzywdy, wady, błędy i żale jakie ich spotkały na coś wyjątkowego. Mieli odwagę się zebrać, szczerze i bez wazeliny opisać to, oprawić w kawał potężnej muzyki i przekazać nam. Żebyśmy i my mieli odwagę. Przełamali swój zwyczaj. Powiedzieli co czują.
Koncert był niesamowity. Była polska flaga. Polskie koszulki. Był kawał emocji na scenie i pod nią. Każda piosenka odśpiewana przez wszystkich razem i każdego z osobna. Widziałem, że chłopaki byli troche zszokowani takim przyjęciem. Cieszy mnie to. To znaczy, że te wszystkie teksty trafiły i do nas. To znaczy, że i my nie chcemy być ignorowani. Że chcemy znaleźć miejsce gdzie pasujemy. Może czas być tym kim naprawdę jesteśmy? Do dzieła.
piątek, 8 czerwca 2012
No i zaczyna się!
Zostały już można by rzecz sekundy. Biorąc pod uwagę jak długo czekaliśmy na Euro 2012, właśnie sekundy dzielą nas od pierwszego meczu. Kolejnego meczu otwarcia dla Polaków. Niestety poprzednie nie wyszły jak planowaliśmy. Przed każdą imprezą z udziałem Reprezentacji Polski były wielkie nadzieje - na Mundialu 2006 i Euro 2008. Oba zakończyły się schematem - mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor. Oby teraz, w 2012 roku ten schemat został przełamany. I nie chodzi mi już nawet o walory sportowe - wiadomo, fajnie jakbyśmy osiągnęli jakiś sukces (wyjście z grupy). Ale niech tym naszym Orzełkom z Biedronki się uda dla nas. Dla Polaków, którzy przechodzili różnego rodzaju utrudnienia związane z budową stadionów i autostrad. Dla firm, które się tym zajmowały. Dla kibiców, którzy przeżywają tak niesamowity "hura optymizm", że ewentualna klęska dziś będzie jak nóż w serce.
OK nie wszystko się udało. Autostrad nie ma, metra nie ma, Warszawa rozkopana. Ale tak wiele mimo wszystko się udało. Stadiony są. Kibice polscy pokazują, że przysłowiowa polska gościnność to nie żart. Zagraniczne gwiazdy światowego formatu są zachwycone bazami, przywitaniem, atmosferą. Jest święto. Są flagi (nie rozumiem ludzi narzekających na to, że pojawiły się flagi - pokażmy, że jesteśmy przywiązani do barw, chociażby teraz, jeśli nie na codzień). Już słyszę za oknami okrzyki i trąbki. Jest w narodzie nadzieja. Że musi się udać. Błagam. Niech się uda.
I mimo iż nadal jestem sceptycznie nastawiony do kadry jako takiej - mecze sparingowe Niemcy i Portugalczycy potraktowali jak rozgrzewkę i do Smudy jako trenera - może to on nam jest potrzebny. Swój, prosty chłop, co zmotywuje naszych chłopaków. Im taktyka nie potrzeba. Im potrzeba kogoś z wiarą w ich umiejętności i zwycięstwo. Oby Smuda takim trenerem się okazał. Oby mój sceptycyzm był błędny.
Dlatego na niecałe 50 minut przed rozpoczęciem Euro - Do boju Polsko! I oby ta pieśń trwała z Wami przez co najmniej 3 mecze grupowe i ćwierćfinał! Czas wymazać ze śpiewnika "Nic się nie stało"!
OK nie wszystko się udało. Autostrad nie ma, metra nie ma, Warszawa rozkopana. Ale tak wiele mimo wszystko się udało. Stadiony są. Kibice polscy pokazują, że przysłowiowa polska gościnność to nie żart. Zagraniczne gwiazdy światowego formatu są zachwycone bazami, przywitaniem, atmosferą. Jest święto. Są flagi (nie rozumiem ludzi narzekających na to, że pojawiły się flagi - pokażmy, że jesteśmy przywiązani do barw, chociażby teraz, jeśli nie na codzień). Już słyszę za oknami okrzyki i trąbki. Jest w narodzie nadzieja. Że musi się udać. Błagam. Niech się uda.
I mimo iż nadal jestem sceptycznie nastawiony do kadry jako takiej - mecze sparingowe Niemcy i Portugalczycy potraktowali jak rozgrzewkę i do Smudy jako trenera - może to on nam jest potrzebny. Swój, prosty chłop, co zmotywuje naszych chłopaków. Im taktyka nie potrzeba. Im potrzeba kogoś z wiarą w ich umiejętności i zwycięstwo. Oby Smuda takim trenerem się okazał. Oby mój sceptycyzm był błędny.
Dlatego na niecałe 50 minut przed rozpoczęciem Euro - Do boju Polsko! I oby ta pieśń trwała z Wami przez co najmniej 3 mecze grupowe i ćwierćfinał! Czas wymazać ze śpiewnika "Nic się nie stało"!
czwartek, 31 maja 2012
W ostatecznym rachunku, liczą się emocje.
Na dzień dobry o największej z pasji. O filmach i serialach.
Czemu je tak kocham? Czemu Ci, którzy kochają - tak potrafią szaleć za danym dziełem?
Jednak na wstępie:
Film, serial - dziś się granica zatraca. Kiedyś - granie w serialu (mówię rzecz jasna o rzeczywistości amerykańskiej), było dla aktora jak najgorsze zesłania. Było oznaką, że kariera potoczyła się źle, albo czas zejść z dużej sceny. Czas przejść na banicje. Oczywiście były wyjątki potwierdzające regułę ("Pełna chata" i "Przyjaciele"!). Jednak od ok. 2004 roku boom. Serialowa rzeczywistość się zmienia. Seriale rządzą telewizją, kreując gwiazdy, a nie przygarniając zgasłe gwiazdeczki. Ludzie co tydzień zasiadają przed telewizory na 20 do 60 minut, by zapomnieć o swoim życiu i żyć serialową ułudą. I nie mówię o życiu a'la "Plebania"....
Co kreuje ten boom, który filmy miały zapewnione w chwili powstania wynalazku braci Lumiere? Emocje. Najpierw o emocji w filmach. Oczywiście wielu się nie zgodzi. Każdy czuje inaczej, ma inne standardy. Ale ja oddałem lwią swojego czasu filmom - oglądaniu, analizowaniu, przeżywaniu i krytykowaniu - przez emocje. Można zrobić film za 150 milionów dolarów - cycki, wybuchy, ręka-noga-mózg na ścianie. Hit. Ludzie walą drzwiami i oknami. Ale zapomną. Zapomną sekundę po wyjściu z kina, dzień, rok po. Zapomną bo brak jest emocji. Po co one komu? - ktoś zapyta. Ano! Potrzebne są nam zwłaszcza dziś, w świecie bez emocji. W świecie pieniądza, wyścigu i czasu na prace i czasem sen. Potrzebne by nauczyć. Śmiejcie się. Mnie nauczyły wiele. Gdy rodzicie pracowali, mały Mateusz pozostawiony sam sobie jedynak - znalazł przyjaciela, nauczyciela i rodziców w jednym. Ekran telewizora. Smutne? Może. Ale zawdzięczam mu wiele. Najpierw z historii Disney'a, w którym nauk i drogowskazów co niemiara. Dziś trochę tę rolę przeją Pixar i fenomenalne "Wallie" czy "Up". Kto ni płakał na "Królu Lwie"? Która dziewczynka nie chciała być jak "Mulan" - dzielna i niezależna? Tak, tak. I Wy dużo zawdzięczacie telewizorowi i ekranowi kinowemu. Emocje. Filmy budziły je w nas już od dziecka. Później - jeśli ktoś poszedł tą drogą - wielu twórców zapewniało nam dalej plejade uczuć. Czy to nowymi, czy to starymi dziełami, które poznawaliśmy z perspektywy czasu. "Ojciec Chrzestny" nauczył mnie, że honor i rodzina - nawet taka, która nie jest perfekcyjna - są najważniejsze. "Lot nad Kukułczym gniazdem" - że w szaleństwie jest metoda, o ile to nasze szaleństwo. Że warto być sobą. Choć cena za to zawsze jest wysoka. "Skazani na Shawshank", że przyjaźń nie ma granic, a zawziętością i uczciwością można wiele osiągnąć. "Forrest Gump", że nie trzeba być wykształconym mega mózgiem, by być życiowo mądrym. "Chłopcy z ferajny", że chłopcy muszą dorosnąć. I stać się mężczyznami. Wymieniać można w nieskończoność. Są też sceny, które zapamiętam do końca życia. Na TCM właśnie leci "Rzeka Tajemnic" Eastwooda, na podstawie książki <którą gorąco polecam> Dennisa Lehane'a pod tym samym tytułem. Sean Penn w scena w parku, kiedy dowiaduje się o śmierci córki - ciarki, płacz i podziw. Absolutne 30 sekund aktorskiego kunsztu i zaangażowania. On. Krzyk. I kilkunastu policjantów, którzy nie mogą powstrzymać zrozpaczonego Ojca. Brawa. Ach bijcie brawa!
http://www.youtube.com/watch?v=-BhoAlF0xpg
Te emocje w 2004 roku udzieliły się serialom. Amerykanie trafili idealnie. Wszystko zadziałało. Producenci wybrali świetnych reżyserów, scenarzystów, scenariusze i przyszłe gwiazdy. I emocje. Moim skromnym zdaniem to zakończony niedawno "House" zapoczątkował boom. Lekarz diagnosta, którego kochaliśmy, nienawidziliśmy i kochaliśmy nienawidzić. Każdy odcinek poza genialnymi dialogami to bitwa: lekarzy z chorobą, lekarzy z pacjentami (Everybody lies), lekarzy z lekarzami, przyjaciół z przyjaciółmi, pracowników z szefem, z samym sobą. Walka zewnątrz i w środku. Każdy odcinek to dramat i komedia. Nauczka i nagroda.
Reszta podążyła tym tropem, ale w różnej konwencji: komediowej, dramatycznej, lub mieszanej. "Dexter", "Jak poznałem Waszą matkę", "Weeds", "Chirurdzy", "Lost" i wiele innych - powstało chwile wcześniej, lub chwile później, ale znacząco zyskały dzięki "House'owi". Można się spierać - "House"? Czemu nie "Sopranos", "Friends" czy "6 feet under" albo każdy wyżej wymieniony? - ok. Racja. Każdy dołożył cegiełkę, trzy przed chwilą wymienione tytuły wylały solidne fundamenty, ale dla mnie to Gregory House dał nam dzisiejsze maniakalne spędzanie długich godzin na oglądaniu tego czy innego serialu. I tu - ileż mnie te seriale nauczyły. "Dexter", że mamy demony. Każdy. Walczmy z nimi! Sprawmy, by nasze demony na swój szalony sposób czyniły dobro. "House", że mimo naszych ułomności nie musimy być samotni, o ile sami się otworzymy (nie wszystkie ważne treści są przekazywane wprost. Trzeba być mądrym widzem!). "How I met..." uczy mnie z sezonu na sezon coraz więcej. O miłości i przyjaźni. O stracie i poświęceniu. O wszystkim. Wielu stawia to za zarzut - mało śmiechu, dużo moralizatorstwa.
Oby więcej moralizatorstwa i śmiechu. Oby!
Sztandarowy przykład triumfu emocji nad treścią? Wracamy do filmu! "Avatar" vs. ""The Hurt Locker". Z jednaj strony - zrobiony za setki milionów, film z wielkim reżyserem, wielkimi gwiazdami i jeszcze większą kampanią reklamową. Hit. Zarabia coś ok. 4 miliardów. Pusta wydmuszka 3D. Eko Pocachontas spotyka Smurfy i technologię przyszłości. Zło przegrywa, dobro zwycięża. Ale to sama walka - widowiskowa rozpierducha, wybuchy i wystrzały - się liczą. Inne przepadło.
Z drugiej strony historia sapera. Skromna. Za grosze i zarabiająca grosze - w porównaniu do oponenta. Leniwa i nudna momentami. Ledwie klika małych wybuchów. Gadanie i leżenie w piasku. Gadanie, które mówi nam więcej niż to co przekazują słowa. Ale to koniec filmu jest najważniejszy. Nie dramat wojny. Dramat braku wojny. To scena 30 sekundowej agonii żołnierza, który wrócił cały i zdrowy do domu. Scena w której żołnierz, ten, uzbrojony w wózek sklepowy nie wie jak poradzić sobie z wyborem płatków śniadaniowych w osiedlowym markecie. Dramat.
http://www.youtube.com/watch?v=L1OOI6m4b7c
Ceremonia. Oscarów. Oba filmy w stawce - jedyni realni faworyci. "Avatar" miał zgnieść "The Hurt Locker". Królewna przegrywa niemal wszystko na rzecz Kopciuszka. Dawid pokonał Goliata. Emocje pokonały pustą rozrywkę.
Ależ się rozpisałem. I co z tymi emocjami? Mam nadzieje, że będą. Że ani film, ani serial z nich nie zrezygnuje. Mam nadzieje, że i Wy ( o ile ktoś to przeczyta) je zobaczycie. I co ważne - docenicie! Bo to co zapamiętujemy z projekcji na jakiś czas - dłuższy, lub krótszy - to gra aktora, reżyseria, czy zdjęcia. Możemy pamiętać to latami by zapomnieć. Ale jeśli jakiś film trafi nas tak głęboko, że pamiętam i zapomnieć się nie da - to znaczy, że uderzył w emocje. Nie w serce, bo to pompka dla krwi, nie w umysł, bo to bank danych. W emocje. W tę część nas, która nas definiuje. Która sprawia, że jesteśmy kim jesteśmy.
Bo w ostatecznym rachunku liczą się tyko emocje.
Czemu je tak kocham? Czemu Ci, którzy kochają - tak potrafią szaleć za danym dziełem?
Jednak na wstępie:
Film, serial - dziś się granica zatraca. Kiedyś - granie w serialu (mówię rzecz jasna o rzeczywistości amerykańskiej), było dla aktora jak najgorsze zesłania. Było oznaką, że kariera potoczyła się źle, albo czas zejść z dużej sceny. Czas przejść na banicje. Oczywiście były wyjątki potwierdzające regułę ("Pełna chata" i "Przyjaciele"!). Jednak od ok. 2004 roku boom. Serialowa rzeczywistość się zmienia. Seriale rządzą telewizją, kreując gwiazdy, a nie przygarniając zgasłe gwiazdeczki. Ludzie co tydzień zasiadają przed telewizory na 20 do 60 minut, by zapomnieć o swoim życiu i żyć serialową ułudą. I nie mówię o życiu a'la "Plebania"....
Co kreuje ten boom, który filmy miały zapewnione w chwili powstania wynalazku braci Lumiere? Emocje. Najpierw o emocji w filmach. Oczywiście wielu się nie zgodzi. Każdy czuje inaczej, ma inne standardy. Ale ja oddałem lwią swojego czasu filmom - oglądaniu, analizowaniu, przeżywaniu i krytykowaniu - przez emocje. Można zrobić film za 150 milionów dolarów - cycki, wybuchy, ręka-noga-mózg na ścianie. Hit. Ludzie walą drzwiami i oknami. Ale zapomną. Zapomną sekundę po wyjściu z kina, dzień, rok po. Zapomną bo brak jest emocji. Po co one komu? - ktoś zapyta. Ano! Potrzebne są nam zwłaszcza dziś, w świecie bez emocji. W świecie pieniądza, wyścigu i czasu na prace i czasem sen. Potrzebne by nauczyć. Śmiejcie się. Mnie nauczyły wiele. Gdy rodzicie pracowali, mały Mateusz pozostawiony sam sobie jedynak - znalazł przyjaciela, nauczyciela i rodziców w jednym. Ekran telewizora. Smutne? Może. Ale zawdzięczam mu wiele. Najpierw z historii Disney'a, w którym nauk i drogowskazów co niemiara. Dziś trochę tę rolę przeją Pixar i fenomenalne "Wallie" czy "Up". Kto ni płakał na "Królu Lwie"? Która dziewczynka nie chciała być jak "Mulan" - dzielna i niezależna? Tak, tak. I Wy dużo zawdzięczacie telewizorowi i ekranowi kinowemu. Emocje. Filmy budziły je w nas już od dziecka. Później - jeśli ktoś poszedł tą drogą - wielu twórców zapewniało nam dalej plejade uczuć. Czy to nowymi, czy to starymi dziełami, które poznawaliśmy z perspektywy czasu. "Ojciec Chrzestny" nauczył mnie, że honor i rodzina - nawet taka, która nie jest perfekcyjna - są najważniejsze. "Lot nad Kukułczym gniazdem" - że w szaleństwie jest metoda, o ile to nasze szaleństwo. Że warto być sobą. Choć cena za to zawsze jest wysoka. "Skazani na Shawshank", że przyjaźń nie ma granic, a zawziętością i uczciwością można wiele osiągnąć. "Forrest Gump", że nie trzeba być wykształconym mega mózgiem, by być życiowo mądrym. "Chłopcy z ferajny", że chłopcy muszą dorosnąć. I stać się mężczyznami. Wymieniać można w nieskończoność. Są też sceny, które zapamiętam do końca życia. Na TCM właśnie leci "Rzeka Tajemnic" Eastwooda, na podstawie książki <którą gorąco polecam> Dennisa Lehane'a pod tym samym tytułem. Sean Penn w scena w parku, kiedy dowiaduje się o śmierci córki - ciarki, płacz i podziw. Absolutne 30 sekund aktorskiego kunsztu i zaangażowania. On. Krzyk. I kilkunastu policjantów, którzy nie mogą powstrzymać zrozpaczonego Ojca. Brawa. Ach bijcie brawa!
http://www.youtube.com/watch?v=-BhoAlF0xpg
Te emocje w 2004 roku udzieliły się serialom. Amerykanie trafili idealnie. Wszystko zadziałało. Producenci wybrali świetnych reżyserów, scenarzystów, scenariusze i przyszłe gwiazdy. I emocje. Moim skromnym zdaniem to zakończony niedawno "House" zapoczątkował boom. Lekarz diagnosta, którego kochaliśmy, nienawidziliśmy i kochaliśmy nienawidzić. Każdy odcinek poza genialnymi dialogami to bitwa: lekarzy z chorobą, lekarzy z pacjentami (Everybody lies), lekarzy z lekarzami, przyjaciół z przyjaciółmi, pracowników z szefem, z samym sobą. Walka zewnątrz i w środku. Każdy odcinek to dramat i komedia. Nauczka i nagroda.
Reszta podążyła tym tropem, ale w różnej konwencji: komediowej, dramatycznej, lub mieszanej. "Dexter", "Jak poznałem Waszą matkę", "Weeds", "Chirurdzy", "Lost" i wiele innych - powstało chwile wcześniej, lub chwile później, ale znacząco zyskały dzięki "House'owi". Można się spierać - "House"? Czemu nie "Sopranos", "Friends" czy "6 feet under" albo każdy wyżej wymieniony? - ok. Racja. Każdy dołożył cegiełkę, trzy przed chwilą wymienione tytuły wylały solidne fundamenty, ale dla mnie to Gregory House dał nam dzisiejsze maniakalne spędzanie długich godzin na oglądaniu tego czy innego serialu. I tu - ileż mnie te seriale nauczyły. "Dexter", że mamy demony. Każdy. Walczmy z nimi! Sprawmy, by nasze demony na swój szalony sposób czyniły dobro. "House", że mimo naszych ułomności nie musimy być samotni, o ile sami się otworzymy (nie wszystkie ważne treści są przekazywane wprost. Trzeba być mądrym widzem!). "How I met..." uczy mnie z sezonu na sezon coraz więcej. O miłości i przyjaźni. O stracie i poświęceniu. O wszystkim. Wielu stawia to za zarzut - mało śmiechu, dużo moralizatorstwa.
Oby więcej moralizatorstwa i śmiechu. Oby!
Sztandarowy przykład triumfu emocji nad treścią? Wracamy do filmu! "Avatar" vs. ""The Hurt Locker". Z jednaj strony - zrobiony za setki milionów, film z wielkim reżyserem, wielkimi gwiazdami i jeszcze większą kampanią reklamową. Hit. Zarabia coś ok. 4 miliardów. Pusta wydmuszka 3D. Eko Pocachontas spotyka Smurfy i technologię przyszłości. Zło przegrywa, dobro zwycięża. Ale to sama walka - widowiskowa rozpierducha, wybuchy i wystrzały - się liczą. Inne przepadło.
Z drugiej strony historia sapera. Skromna. Za grosze i zarabiająca grosze - w porównaniu do oponenta. Leniwa i nudna momentami. Ledwie klika małych wybuchów. Gadanie i leżenie w piasku. Gadanie, które mówi nam więcej niż to co przekazują słowa. Ale to koniec filmu jest najważniejszy. Nie dramat wojny. Dramat braku wojny. To scena 30 sekundowej agonii żołnierza, który wrócił cały i zdrowy do domu. Scena w której żołnierz, ten, uzbrojony w wózek sklepowy nie wie jak poradzić sobie z wyborem płatków śniadaniowych w osiedlowym markecie. Dramat.
http://www.youtube.com/watch?v=L1OOI6m4b7c
Ceremonia. Oscarów. Oba filmy w stawce - jedyni realni faworyci. "Avatar" miał zgnieść "The Hurt Locker". Królewna przegrywa niemal wszystko na rzecz Kopciuszka. Dawid pokonał Goliata. Emocje pokonały pustą rozrywkę.
Ależ się rozpisałem. I co z tymi emocjami? Mam nadzieje, że będą. Że ani film, ani serial z nich nie zrezygnuje. Mam nadzieje, że i Wy ( o ile ktoś to przeczyta) je zobaczycie. I co ważne - docenicie! Bo to co zapamiętujemy z projekcji na jakiś czas - dłuższy, lub krótszy - to gra aktora, reżyseria, czy zdjęcia. Możemy pamiętać to latami by zapomnieć. Ale jeśli jakiś film trafi nas tak głęboko, że pamiętam i zapomnieć się nie da - to znaczy, że uderzył w emocje. Nie w serce, bo to pompka dla krwi, nie w umysł, bo to bank danych. W emocje. W tę część nas, która nas definiuje. Która sprawia, że jesteśmy kim jesteśmy.
Bo w ostatecznym rachunku liczą się tyko emocje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)