niedziela, 27 stycznia 2013

Django Unchained (****1/2)

Dziś, Quentin Tarantino to Bóg.

Tarantino to twórca niekonwencjonalny. Zawsze tak było, tak jest i, oby, zawsze tak było. W swoim najnowszym Arcydziele, Django Unchaind, po raz kolejny wzbija się na wyżyny geniuszu i swojej chorej wyobraźni i po raz kolejny, nie zaskakując fanów, zaskakuje tym jakiego ma niesamowitego nosa i talent do reżyserii i pisania scenariuszy. W swoim zwariowanym, brutalnym, ale i nie pozbawionym romantyzmu stylu zabiera nas w swój własny świat, w swoją własną alternatywną rzeczywistość świata. Ta jego własna rzeczywistość zawsze była widoczna w twórczości Tarantino, jednak od jakiegoś czasu widać to wyraźniej. Kill Bill 1 i Kill Bill 2 oraz Death Proof wyraźnie wyróżniły tę rzeczywistość. Ale Inglourious Basterds i Django właśnie są już czystą wariacją wprost wyjętą z umysłu reżysera. Alternatywna rzeczywistość w głowie Tarantino, zamieniła się w alternatywną wizję historii na kinowym ekranie. Nas, widzów, nie mogło spotkać nic lepszego.

Tak jak Inglourious Basterds to luźna wariacja na temat czasów II Wojny Światowej, tak Django to tarantinowska wizja Ameryki z czasów niewolnictwa. Oczywiście pełna przerysowanych postaci, brutalności, krwi i slapsticku. Nie brak tu też zabójczych i ciętych dialogów i miłości co pokona wszystko.
Zaraz, zaraz.... Miłości? Przecież to Tarantino! Chyba coś zmyślam, albo Quentin poszedł w komerchę! Jaka miłość?
Ano miłości. Django to niewolnik sprzedany na plantację. Na drodze swej udręki napotyka Dr. Kinga Schultza. Ex dentystę, obecnego łowcę nagród. Schultz uwalnia Djago i prosi o pomoc w schwytaniu poszukiwanych przez prawo Braci Brittle. Django wie jak oni wyglądają, bo przez pewien czas był pod ich okrutną "kuratelą". Lecz to dopiero początek ich przygód. Dowiadując się, że Django ma żonę, Brunhildę, romantyczna dusza dr Kinga każe mu pomóc odzyskać żonę niewolnika. Wspaniałe! Jak wspaniale Tarantino się nami bawi, jak wspaniale nas mami. Dobry Niemiec. A ktoś może jeszcze pamięta tego Złego Niemca? Brawo Quentin. Brawo.
Takich smaczków Tarantino serwuje nam co niemiara. cytuje swoje poprzednie filmy, cytuje klasykę gatunku, z którego korzysta, a to wszystko w służbie świata. Tarantino postanowił uratować świat swoimi filmami. Uratować świat amerykańską popkulturą, a właściwie jej obrzeżami. W Inglourious Basterds kino dosłownie obala III Rzeszę stając się głównym bohaterem upadku Hitlera. W scenie odnalezienia Braci Brittle Django - w swoim niedorzecznym niebieskim kostiumie lokaja - ratuje zniewoloną dziewczynę, przy czym prezentuje się niczym komiksowy super bohater, niczym przerysowany i pozbawiony mocy Superman. Jest dumny z tego kim się stał. Wolny. Takie odwołania można znaleźć na każdym kroku. W Django pełna tęsknoty wizja rodem z westernu poparta zwróceniem się w stronę starych dobrych technik filmowych, uświadamia nam, że nie jest za późno. Każdy może zmienić swój los. Wystarczy trochę wiary, wyobraźni, hektolitrów czerwonej farby i miłości. Oraz przyjaciel, aż po grób.

Już pierwsze sceny filmu, włączając czołówkę z genialną piosenką w tle, pokazują jaki to będzie film. Plastyczny, pełen świetnych zdjęć i krajobrazów, które niczym bohaterowie - odgrywają swoją rolę. Pierwsze spotkanie Django i Schulza - w iście tarantinowskim stylu - pokazuje jaka to będzie historia. Otóż Quentin w nowym filmie postanowił oddać hołd, po raz kolejny z resztą, tym gatunkom filmowym, które inspirowały go i ukształtowały jako twórcę. Django to z dość oczywistych przyczyn spagetti western i wspaniały ukłon w stronę kina slapstickowego. Elementy obu rodzajów kina pojawiały się już we wcześniejszej twórczości autora Pulp Fiction, ale w Django Unchained widać je najlepiej i najwyraźniej. Lata wykorzystywania pojedynczych elementów z kina slapsticu owocują absolutną slapsticową orgią w stylu dzikiego zachodu. A więc nasza dwójka bohaterów przeżywa swoje przygody intensywnie, krwawo w przerysowanym świecie wyobraźni Tarantino. Każdy gest, każdy dialog i monolog, każde słowo i akcja - wszystko jest istotne, wszystko składa się na całość, a całość dąży do finału, który w tym iście tarantinowskim filmie jest.... zupełnie nie tarantinowski. I znowu reżyser nas zaskakuje, pokazując swoją duszę romantyka. Często piszę tu o miłości. To motyw przewodni filmu, choć na pierwszy rzut oka, wydaje nam się, że to motyw poboczny. Tarantino tak skonstruował fabułę, by trochę nas oszukać, odwrócić uwagę od sedna. Robi to za pomocą wyrachowanej przemocy, przezabawnych gagów, GENIALNYCH postaci drugo- i trzecioplanowych. Ten scenariusz to majstersztyk pod względem pomysłu na historię, a reżysersko nie ma się do czego przyczepić. Reżyser tak kreuję fabułę, żebyśmy dogłębnie zrozumieli naszych bohaterów. Retrospekcje, wspomnienia, rozmowy - to wszystko buduje naszę wizję postaci. Wspaniała legenda o Bunhildzie i Zygfrydzie ukazuje nam dlaczego Schultz pomaga Django.
Jednak po tej plejadzie zabiegów, które mają nas omamić, Tarantino wraca do sedna. Do miłości, która pokona wszystko. Ostatnie 30 minut filmu to coś nowego w kolekcji osiągnięć reżysera. Zupełnie nie pasujące do Tarantino zakończenie. Muszę przyznać, że ciekawie się to oglądało mając w pamięci poprzednie filmy. Ciekawie, jednak bez bicia przyznaję - te ostatnie 30 minut jest najsłabszą częścią scenariusza, a i tak jest naprawdę świetnie. Wielkie brawa za scenariusz należą się także dla tego, że Tarantino musiał wielokrotnie zmieniać scenariusz w trakcie kręcenia filmu, ponieważ aktorzy, którzy mieli w filmie wystąpić, rezygnowali z gry na rzecz innych zobowiązań. Ale wydaje mi się, że jeśli pamiętamy, że w kinie slapsticu improwizowanie i spontaniczność jest bardzo w cenie - te częste i nagłe zmiany tylko wyszły na dobre filmowi. Z bezkresną wyobraźnią jaką dysponuje autor Death Proof - to musiało się udać.

Tarantino kocha swoich aktorów i vice versa. Oni kochają jego i oddają mu swoją duszę i ciało. I raczej nie żałują.
Jamie Foxx jako tytułowy bohater tak naprawdę przez 3/4 filmu stoi w cieniu wielkiego Christopha Waltza, ale i to ma swoje przyczyny. W wspomnianych już ostatnich 30 minutach gra pierwsze skrzypce. Foxx to aktor wybitny i mimo, iż w filmie są lepsi od niego - jemu to nie przeszkadza, wręcz to wykorzystuje, dzięki temu jego ostatnie "Słowo" w filmie ma tak silny wydźwięk.
Jednak ten film, to film postać drugo- i trzecioplanowych. Pełno tu wybitnch kreacji. Od której zacząć? Christoph Waltz. Tak, tak chyba będzie najlepiej. Dobry Niemiec, co i Złym Niemcem był. Jeśli miałbym wskazać największe aktorskie odkrycie Tarantino - to ten niepozorny aktor z Ausrtii jest takim odkryciem. Wybitny w Inglourious Basterds, w Django udowadnia klasę i kunszt. Udowadnia, że rola Landy to nie był  wypadek. Jak opisać tę rolę? Jak wyrazić wielkość Waltza? Jak ukazać w słowach, to co on pokazał na ekranie? Wybaczcie - ja nie umiem. Schultz w wykonaniu laureata Oscara jest czarujący i pełen polotu, niczym Hans Landa. Jednak jest tak inny. Schultz to taki przedwojenny Niemiec, wizja jeszcze nie zmącona okropnościami II Wojny. Romantyczny, elokwentny i wyrozumiały. A w swej wyrozumiałości mądry i dobry. Czysty obraz. Biała kartka narodu Niemieckiego, zapisana do połowy. Do tej lepszej połowy.
Rola Waltza robi wielkie wrażenie. Wspaniały popis aktorstwa opartego na talencie i luzie. Aktor nie jest spięty, nie dzierży losów świata na barkach. Gra. Ot takie proste.
Drugim wspaniałym w tym filmie jest Leonardo DiCaprio. Ale jest to Leonardo jakiego nie znacie. Tu nie ma miejsca dla ładnego chłopca, płaczka. DiCaprio w Django obdziera się ze swojego dotychczasowego wizerunku, bardzo dużo ryzykując dla Tarantino. Ale opłacało się. Rola wybitna, według mnie, jedna z najlepszych w niemałym przecież dorobku Leonardo. Calvin Candie, handlarz niewolników, to w wykonaniu DiCaprio zło. Zło odziane w piękne szaty, zło udające wyższe sfery, oczytanie i elokwencję. W ten sposób usprawiedliwia to czym się zajmuje. Sprzedaje "podludzi", bo sam udowadnia, że jest "nadludzki". Jednak w pojedynku na słowa, skromny Schultz wygrywa, pozbawiając rywala twarzy i godności. I DiCaprio to czuje. Jest oszalały, wściekły, bezduszny. Wspaniale gra oczami, które wyrażają pogardę, nienawiść i obrzydzenie. Wielka rola, która przynosi mi na myśl bardzo podobną w stylu rolę Guy'a Pearce w Lawless. Tak samo oszalali, tak samo "wywyższeni" przez społeczeństwo i tak samo przez to zepsuci. Obie role wspaniałe, nadal nie rozumiem jak można było obu Panów pominąć przy ogłaszaniu nominacji do Oscara. Zwłaszcza DiCaprio. Nikt jak on nie zasłużył w tym roku chociaż na nominację.
Ale jeśli miałbym wygrać prawdziwego, choć cichego, wygranego tego filmu - jest to bezapelacyjnie Samuel L. Jackson. Kolejny film z Tarantnio - kolejna wielka rola. Jackson swoją rolą w Django podsumowuje swoją wspaniałą karierę, która wystrzeliła po Pulp Fiction. Taka mała klamra i kolejny smaczek filmu. Jackson posługuje się w tej roli takimi środkami ekspresji, takim kunsztem, że ciężko odwrócić wzrok. Jest tak wspaniale zepsuty i straszliwy, że szczerze go można znienawidzić. I to jest najlepsza laurka dla roli.
W filmie pojawia się jeszcze plejada wielkich kreacji. Warto wspomnieć Dona Johnsona, który jako Big Daddy bawi do łez, a scena przemowy do grupy, która ma wymierzyć "sprawiedliwość" Django i Schultzowi, to popis za równo aktora jak i Tarantino, który absolutnie rozbawił całą salę kinową niemal do łez.
Oczywiście jest jeszcze Brunhilda, ale jest rola "damy w opresji" Kerry Washington wypada w niej wspaniale, ale rola sama w sobie nie wymaga wiele, choć ma swoje momenty. Warto zauważyć, że po twardzielkach jak Jackie Brown, Czarna Mamba i dziewczyny z Death Proof - Tarantino po raz pierwszy rezygnuje z silnej niezależnej kobiety, która sama umie o siebie zadbać. I tu po raz kolejny wychodzi tęsknota i romantyzm reżysera. Teraz pora, aby uratować kobietę, pora pozwolić jej być uratowaną.

Tarantino chyba srodze żałuje, że żyje w naszych czasach. Tarantino chyba tu nie pasuje i daje temu wyraz w swoich filmach, które mimo, iż nawiązują do teraźniejszości - są robione na starą modłę. Tarantino kocha wszystko co już było i tak robi swoje filmy. Cytuje wielkie dzieła, sięga po stare piosenki, robiąc z nich nawias, który spaja historię. Sięga po nieśmiertelną muzykę Ennio Morricone, bo tylko to pasuje do jego filmów. Kręci filmy jakby był oderwany od dzisiejszych możliwości. Woli spojrzeć w przeszłość, by wyraźniej pokazać teraźniejszość. Sięga garściami do popkultury, jednak nie tej z głównego nurtu, a raczej tej, która już minęła. Tej, która była prawdziwie wielka i nie była taką sieczką jak dzisiaj. Tarantino to czuje, rozumie jak nikt i przez to jest takim Mistrzem i jest tak lubiany. Bo chyba, widzowie wtórują jego tęsknocie i też chcieli by coś innego. Coś, co mimo iż jest przerysowane do granic możliwości, jest prawdziwsze od wszystkiego co nas otacza.

Django to wspaniały film, ale jednak o półkroku ustępuje Inglourious Basterds. Jednak w żadnym wypadku, to nie jest zarzut, bo chyba tak miało być. Niby bardzo tarantinowsko, a jednak trochę inaczej. Reżyser pokazał swoją trochę inną twarz, odsłaniając nam inne wyobrażenie o sobie samym. Chyba nawet trochę pokazał swoją duszę. Dlatego warto iść. Warto iść do kina i to zobaczyć, przeżyć ten film z innymi, obserwować reakcje. Django jest wart każdej pochwały i każdej minuty, a krótki film to to nie jest. Ale przez te prawie 3 godzimy jesteśmy świadkami czegoś wyjątkowego. Bierzemy udział w podróży, która zmienia wszystko. Tak jak każdy film Tarantino. Warto, polecam, idźcie. Musicie.

Wspiął się na górę - bo się nie bał,
pokonał smoka - bo się nie bał,
przekroczył krąg ognia - bo Brunhilda była tego warta.


Django Unchained
jest tego warty.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Lincoln (***)

Steven Spielberg się starzeje.

Wielki Mistrz reżyserii, ikona i absolutna wyrocznia kinematografii niestety się starzeje. Wyznacznikiem tego smutnego trendu są filmy z przełomu nowej dekady XXI wieku. Nie chodzi o ich tematykę. Spielberg w swoich najlepszych dniach imał się wszelkich tematów: od bliskich spotkań trzeciego stopnia, przez dramaty historyczne i polityczne, po lekkie komedie obyczajowe, na filmach wojennych kończąc. I z tych zadań wywiązywał się w sposób mistrzowski. Jak na Mistrza przystało. Jednak ostatnie dzieła reżysera zawodzą. Zawodzą monotonią, dłużyznami, zawodzą szarością. Straszą patetycznością. Filmy Spielberga zawsze coś z patetyczności w sobie miały. Były monumentalne, bardzo pro-amerykańskie. Chwaląc osiągnięcia Amerykanów, ale też ganiąc ich historyczne wpadki. I ta patetyczność nie raziła, bo była poparta monumentalnością filmu, albo - jeśli kaliber widowiska był mniejszy - poparta wspaniałym wykonaniem. Jednak Indiana Jones and the Kingdom of the Crystal Skull (**1/2) i War Horse (*1/2) już dawały jasne sygnały - Mistrz jest zmęczony. Chyba wypruty z pomysłów. A na pewno gdzieś stracił nosa i wyczucie filmu. Następny film - The Adventures of Tintin (***1/2) - na chwilę przywrócił nadzieję w powrót formy Spielberga, jednak już najnowsze dzieło - Lincoln wpisuje się bardziej w filmy przełomu dekady, choć nieśmiało próbuje nawiązać do najlepszych dzieł twórcy E.T.. A szkoda. Szkoda, bo temat wspaniały, wydawało by się - idealny dla reżysera.

Lincoln Spielberga to projekt krążący w eterze hollywoodzkiego biznesu od długiego czasu. Spielberg przymierzał się do filmu już od kilku lat, nawet miał na pewnym momencie aktora, odtwórcę głównej roli,  czyli Liama Nessona. Ale projekt co ruszył - to upadał. Z założenia film Spielberga miał opowiadać całą biografię szesnastego prezydenta Stanów Zjednoczonych ukazując najważniejsze momenty w życiu prywatnym i zawodowym popularnego "Abe'a". W ostatecznym rozrachunku film z 2012 roku, mówi tylko o jednym momencie, ale pewnie najważniejszym momencie z biografii Lincolna.

Chodzi o schyłek Wojny Secesyjnej i o walkę o XIII poprawkę do konstytucji między republikanami i demokratami. Ale nie tylko polityczne dylematy Lincolna są osią fabuły. Oprócz zażartej wojny z demokratami o XIII poprawkę, Spielberg pokazuje nam relacje wewnątrz rodziny Lincolnów, zwłaszcza jego trudne stosunki z oszalałą z rozpaczy po stracie dziecka żoną oraz jego dwoma synami. Polityka odciska oczywiste i trudne piętno na tych relacjach. Lincoln to despota w rodzinie i mędrzec w polityce. Pracoholik, ciężki w relacjach ojciec dla starszego syna i szorstki mąż rozpaczającej żony. I w sumie... to tyle. Oś fabuły raczej nie wykracza poza te wydarzenia, więc przez prawie 3 godziny oglądamy polityczną przepychankę i żebractwo <dosłownie...> i kilka scen z życia prywatnego Licolna. Cóż nie porwało mnie to zupełnie.

Ten film, to wybitnie film aktorski. Gdyby nie ludzie, którzy odgrywają swoje role koncertowo - te prawie 3 godziny były by jeszcze cięższe do przełknięcia, niż były. Pierwsze, główne i wyśmienite skrzypce gra oczywiście Daniel Day-Lewis. Jego Lincoln to mistrzowski popis aktorstwa i zrozumienia postaci którą się gra. W filmie Lincoln jest zmęczony, wypalony, zatroskany i z każdej strony osaczony oskarżeniami i wątpliwościami co do swoich decyzji. I Day-Lewis to czuje. Patrząc na jego Lincolna wierzę w to zmęczenie i w to wypalenie. Lewis poszedł w minimalizm i opłacało mu się to. Ruch, jeśli już jakiś się pojawia, jest wyważony, wolny, przemyślany. Twarz pokazuje to czego życzy sobie w danej chwili aktor i to pokazuje. Nic więcej. Polityczny "poker face" Prezydenta to najlepsza część roli dwukrotnego zdobywcy Oscara. Jest o tyle dobra, że w momencie frustracji i złości widać autentyczną złość i wolę działania. Oraz to, że jakikolwiek sprzeciw współpracowników i rodziny nie będzie tolerowany. Day-Lewis pokazuje wspaniały kunszt i nominacja do Oscara wcale mnie nie dziwi. Uważam też, że w stawce jest najbliżej statuetki i swoistego oscarowego "hat-trick'a".

Drugim maestro tego widowiska jest Tommy Lee Jones. Wyśmienity występ i godny kompan dla Day-Lewisa. Rola dużo bardziej skromna, ale ma momenty widowiskowe. Jones, stary lis aktorstwa, niczym postać, którą gra, wie jakie środki przedsięwziąć, by zrealizować oczekiwany cel. Wygadany, z szybką ripostą i z jeszcze szybszym umysłem. Szczególne wrażenie robią zwłaszcza sceny politycznych przepychanek w Kongresie. Naprawdę wielkie uznanie dla Jonesa i kolejna zasłużona nominacja do Oscara za rolę drugoplanową.

Dwóm świetnym aktorom w tym wszystkim wtóruje Sally Field jako Pierwsza Dama. Według mnie jest to rola bardzo poprawna, ale chyba chwalona troszkę nad wyrost. Field pojawia się w filmie rzadko i jej postać nie odgrywa szczególnej roli. Owszem, w filmie znajduje się scena gdzie Lincoln i jego małżonka wpadają w histeryczny wir wzajemnych win i wyrzutów i tam Field pokazuje klasę. Ale to jest cała jej rola - panika, histeria i wyrzuty. We wspomnianej scenie bardziej partneruje Lewisowi, niż z nim rywalizuje. Sama scena robi piorunujące wrażenie, ale w mojej opinii - jest to większa zasługa Lincolna. Może jestem troszkę zbyt surowy dla Field, ale spokojnie znalazłbym kilka lepszych ról kobiecych w oscarowej kategorii dla aktorki drugoplanowej.

W filmie Spielberga pojawia się, na dłużej lub krócej, jeszcze cała plejada aktorów, lecz to ta trójka jest godna uwagi. Szczerze powiedziawszy spodziewałem się więcej czasu dla Josepha Gordona - Levitta, który wcielił się w starszego syna Prezydenta. Niestety na ekranie pojawia się bardzo rzadko, a jak już jest - nie zachwyca. Ot, poprawna rola trzecioplanowa. Szkoda, bo zarówno postać, jak i aktor mają gigantyczny oscarowy potencjał. Naprawdę szkoda.
W trakcie seansu pojawiają się jeszcze na ekranie takie tuzy jak David Strathairn, James Spader, Hal Holbrook, Jared Harris, czy John Hawkes i Jackie Earle Haley. Jednak, albo pojawiają się w małej liczbie scen, albo po prostu nie potrafią się przebić przez geniusz Day-Lewisa i Lee Jonesa. Wszyscy zagrali bardzo dobrze, jednak mieli tego "pecha", że przy rolach tych dwóch panów, wszystko inne wygląda dużo słabiej. I to pokazuje ich klasę.

Scenariusz i reżyseria niestety, w mojej opinii, nie nadążają za klasą aktorów. Lincoln jest zbyt długi, zbyt przegadany i czasem mija się z prawdą. Przyznaję, że jest majestatyczny i widowiskowy <w niektórych scenach>, jednak rozmywa się to wszystko gdzieś w trakcie tej dwu i półgodzinnej gadaniny. Film zupełnie do mnie nie trafił, ale rozumiem, że znajdą się jego solenni zwolennicy. Jednak ja spodziewam się czegoś ciekawszego po filmie biograficznym tak wielkiej figury politycznej. Wcześniej wspomniane polityczne żebractwo <chodzenie od domu do domu w celu zdobycia poparcia demokratów> nie wystawia laurki prezydentowi. Jak rozumiem, miało to pokazać geniusz i zmysł Lincolna w polityce <bo i to w filmie się objawia> oraz to, że demokracja to trudny system, jeszcze trudniejszych wyborów. Rozumiem to. Jednak budowanie wokół tego filmowej biografii  takiej postaci... Dla mnie nie jest to dobry pomysł. Jednak rozumiem tych, którym się to podoba. Zarzutem z mojej strony jest też ukazanie w filmie, iż intencje Lincolna w XIII poprawce były tylko altruistyczne. Po seansie zainteresowałem się tym i według historyków nie do końca tak było, a XIII poprawka, to głównie miało być ekonomiczne uderzenie w południe Stanów Zjednoczonych <gdzie to niewolnictwo było podstawą gospodarki> i owszem jest to zauważone, ale jakby pominięte. Prezydent Lincoln miał też nie raz powtarzać, że czarni i biali nie są i nie będą równi. Ale jako historyczny laik chętnie więcej o tym posłucham i się czegoś nauczę. Więc jeśli coś na ten temat wiecie i chcecie się podzielić, lub poprzeć albo obalić ten zarzut - piszcie :D

To był zarzut bardziej w stronę Tony'ego Kushera i jego tekstu. Spielberg jako reżyser jest.... no cóż. Według mnie zmęczony i wypalony niczym postać, którą chce ukazać. W filmie widać przebłyski geniuszy i niegdysiejsze mistrzowskie "dotknięcie". Jednak widać też monotonię i chyba troszkę brak pomysłu. Film, jak już pisałem, jest patetyczny i to ukazanie "śnieżno białych" intencji Lincolna też jest zarzutem dla Spielberga. Cóż, ale to jest Ameryka - robiąc film o sobie, Amerykanie <zresztą tak jak Polacy> zapominają to co było złe, pielęgnując to co było dobre. Ok. Ale jednak myślałem, że Spielberg wybije się troszkę ponad to. Niestety się zawiodłem.
W samej warstwie reżyserskie fajerwerków nie ma. Historia snuje się powoli, bardzo powoli do przodu, opiera się na aktorach i ich dialogach. Momentami są one zbyt długie, zbyt "monumentalne" i przez to film wpada w dłużyznę. Spielberg stara się operować humorem wprowadzając kilka zabawniejszych scen, ale od nudy to nie ratuje. Ciężko się mi siedziało i oglądało jak snuje się ta historia, pełna politycznych zawiłości. I każda z tych zawiłości musi być zasygnalizowana i wytłumaczona. A spokojnie można by zaufać inteligencji widzów i kilka scen wyjaśnić troszkę inaczej. W swojej wizji filmu, reżyser idzie w stronę teatru. Film jest bardzo teatralny, aktorzy są kręceni raczej z bliska, tak, by było widać ich każdą reakcję. Na zdrowie wychodzi to oczywiście odtwórcom ról, którzy mogą popisać się kunsztem i talentem. Jednak nie do końca filmowi, który przez to wydłuża się jeszcze bardziej i robi się jeszcze bardziej patetyczny.
Obaj panowie - Kushner i Spelberg - swoje nominacje do Oscarów dostali chyba troszkę bardziej za obrany temat i swoje wybitne nazwiska, niż za kunszt jakim się popisali w filmie. Szkoda, bo i na ich miejsca znalazłbym twórców, którzy w 2012 roku popisali się bardziej i dużo bardziej zasłużyli na to najwyższe filmowe wyróżnienie.


Obok wybitnego aktorstwa, ważnym i integralnym elementem tego filmu są zdjęcia, scenografia, muzyka i kostiumy. Wspominałem już o teatralnym kierunku jaki obrał reżyser w swojej wizji. Wspaniałe zdjęcia Janusza Kamińskiego, etatowego operatora Spielberga, wpisują się w tę wizję idealnie. Sceny są kręcone z bliska, bardzo eksponując aktorów i ich ruchy, miny i reakcje. Plenerów zbyt dużo w Lincolnie nie ma, ale scena otwierająca film - robi wrażenie. Wielkie brawa dla Kamińskiego!
Muzyka Johna Williamsa także doskonale się wpisuje w patetyczny klimat filmu. Nastrojowa i podniosła, wydaje się jakby żywcem wyjęta z opisywanych przez film czasów. Uwagę przykuwają też kostiumy i scenografia. Spielberg uwielbia rozmach i dokładność detali w tej warstwie filmowego rzemiosła. Więc tu nie ma się do czego przyczepić, wspaniałe kreacje i tła, podnoszą wzniosłość wydarzeń.

Podsumowując, Lincoln to nie jest film wybitny. Jest to film dobry, ale niestety  nie bardzo dobry. Wspaniały pod względem gry aktorów i smaczków takich jak muzyka, zdjęcia, kostiumy i scenografia, ale zawodzący na polu scenariusz i reżyserii. Zbyt długi, zbyt patetyczny i miejscami, chyba, przekłamany. Spielberg tym filmem spełnia swoje wielkie marzenie nakręcenia biografii Abrahama Lincolna, jednak niczym bohater, którego portretuje - jest zmęczony swoim geniuszem i przygaszony wielkością poprzednich dzieł. Może trzeba było poczekać jeszcze chwilkę? Jeszcze raz przeczytać scenariusz? 

Lincoln to nie jest najgorsze dzieło Spielberga, ale nie jest też najlepszym jego filmem. Widać, że to co przygotował reżyser ma ogromny potencjał, ale spożytkowany w trochę złym kierunku. Rozumiem, że znajdą się osoby zachwycone nowym filmem Spielberga. Zapewne ta wzniosłość, patetyczność i dobór tematu idealnie im podejdzie. Jednak ja spodziewałem się troszkę innego filmu, z troszkę inną akcją. Trochę więcej energii, by ukazać zmęczonego herosa. Ale czy ten heros tak do końca jest bohaterem?

czwartek, 3 stycznia 2013

The Hobbit: An Unexpected Journey (**1/2)

Wreszcie czas na recenzję, za którą spadną gromy z jasnego nieba na moją niewinną główczynę. Niech i tak będzie.

Kilka słów wstępu. Nie jestem ultra fanem Tolkiena. Nie znam wszystkich jego dzieł. Bardzo lubię filmową trylogię Lord of the Rings. Ten tekst jest pisany bardziej z perspektywy filmofila, niż tolkienfila. I na końcu - mimo iż przez długi czas będę tu wylewał wiadro pomyj - rozumiem, że "die-hard" fani Tolkiena, "Hobbita" itp ubóstwiają ten film. Serio to rozumiem, bo ten film to 2 godziny 38 minut wzdychania i uwielbienia dla Tolkiena. O jedną godzinę za dużo. Minimum jedną.

A więc <tak wiem - tak nie zaczyna się zdania> zacznę od wiadra pomyj, choć pozytywne aspekty też się pojawią. Na wszystko co święte. Jak można? Jak można z ponad 200 stronicowej książki dla dzieci zrobić trylogię? I to jest pierwszy zarzut. Bo przez rozbicie książkowej podstawy na trzyczęściowy film <każdy chyba będzie się mieścił w tych 2 godzinach 40 minutach> pojawiają się tak niesamowite dłużyzny jakie serwuje nam Hobbit. Recenzję zaczynam od negatywów, więc "gwiazdami" tej części będzie scenariusz i reżyseria. Dłużyzny. Filmu nigdy nie zrobiłem i nie zmontowałem, ale gdyby dali mi ten film i podstawowy program do montażu - lekką ręką wyciąłbym z tego obrazu od 40 do 60 minut. I fabuła by na tym nie straciła. Nudny jak flaki z olejem prolog, Bezsensowne sekwencje jedzeniowo - naczyniowe w wykonaniu krasnoludów. Czego tu nie ma, a nie powinno się znaleźć. Reżyser chciał być sprytny i poprzez typowo tolkienowskie zabiegi, wprowadza do filmu sceny, które - w  teorii - mają uzasadnić podział książki na 3 filmy. Nigdy więcej! Geniusz Petera Jacksona i sukces Lord of the Rings, polegał w głównej mierze na tym, że reżyser i scenarzysta powycinali na potrzeby filmu, te wszystkie nieziemsko długie opisy każdego kroku głównych bohaterów, opisy każdego kamienia i porostu na ich drodze. Scenariusz omijał, przekształcał, lub usuwał wątki totalnie niepotrzebne dla rozumienia historii, jednocześnie robił to tak by nie bezcześcić dziedzictwa książek. Dzięki temu trylogia pozostała trylogią, fani Tolkiena byli więcej niż zadowoleni, a filmy odniosły fenomenalny sukces zarówno komercyjny, jak i artystyczny. Co robi Peter Jackson z Hobbitem? Rzecz totalnie odwrotną. Zabija film przygodowy, wrzucając tu wszystko co mu przyjdzie do głowy, a co jest powiązane z Tolkienem, jego dziełami, historią universum "Władcy Pierścieni". Dawno się tak nie wynudziłem na filmie przygodowym. Pierwsze półtorej godziny, to męka. Słabe dialogi, totalnie niepotrzebne sceny, ślamazarna akcja okraszona dość słabym humorem i kiepskimi dialogami. Kilka razy zwątpiłem i to bardzo porządnie. Nie potrzebne sceny, dialogi, postacie. Łatwo nie jest. Owszem, dalej jest odrobinę lepiej, ale nie ratuje to ogółu. Hobbit usilnie próbuje nawiązać do epickości TEJ Trylogii, jednak to nie jest materiał na tak epicki film. "Hobbit" był pisany z myślą o dzieciach, no i był ZNACZĄCO krótszy. Siłę monumentalności filmu często określa jego książkowa podstawa. No cóż "Hobbit" nie ma takiego ładunku. Ale jak mówiłem wcześniej - fani Toliena są w niebowzięci, bo film jest tak samo nudny <tu pewnie już się pewnie ostrzy dla mnie pal. No cóż lubię Tolkiena, ale jego książki to trudna przeprawa jest>  i pełen dosłownych opisów jak książki Tolkiena. Scenariusz nie ma potencjału, dramaturgii i nawet się nie stara na przyśpieszenie akcji. Przecież czekają nas jeszcze dwa filmy.

I to kolejna pomyja. W stronę Jacksona, który wydawał się dobrym wujkiem Hollywoodu, a okazał się jak wszyscy - chciwy. Przecież nie chciał robić tego filmu. I według mnie - to widać. Trylogia Hobbita ma nabić kobzę jemu i wytwórni, a fani są zachwyceni perspektywą 3 filmów. Jednak miłość jest ślepa. Film jest zrobiony tak, żeby jak najbardziej wydłużyć fabułę, a dłużyzny filmowi nie służą. A już na pewno nie filmowi przygodowemu. Jackson oszukuje widzów, ale pół biedy, że mnie czy innych umiarkowanych fanów. On oszukuje Was - prawdziwych i oddanych tolkienowców. Zaprzeczycie - wiem. Ale zadajcie sobie pytanie - jaki tak na prawdę sens ma rozbijanie tej historii na 3 części? Lord of the Rings, zmieścił się w przedziale 3 filmów i nikt na tym nie ucierpiał. Idąc analogią i myśleniem Hobbita - LotR powinien liczyć od 9 do 12 filmów. I po co?
Więc dlaczego rozbijać to na 3 części? Cóż Hollywood rządzą pieniądze, a Hobbit sprzedaje się świetnie. Myślę, że ma szanse dobić do "Klubu Miliarda" - czyli 300% normy będzie wyrobione. Na film szedłem lekko sceptyczny, ale nie skreślałem Jacksona. Wierzyłem, że w tym rozbiciu jest jakiś sens - zaskoczy mnie. Zawiodłem się. Zaskoczenia nie ma, jest mdła, acz kolorowa historia. Na lekkie zmazanie swoich "win" dodam, że duża część branżowych portali i blogów twierdzi podobnie. Ale film to film. A biznes is biznes. Szkoda, że dopadło to Jacksona. Szkoda, że dopadło to Tolkiena. Myślę, że dziś przewraca się w grobie, mimo zachwytu fanów.

Pozytywy. Kilka ich mimo wszystko jest. Po pierwsze - jak już wychodzimy z początkowej sekwencji nudów to robi się ciekawie. Przygoda wreszcie jest przygodą. Albo ją udaje. Druga połowa filmu <ta krótsza połowa> jest lepsza i ciekawiej się ją ogląda. Oczywiście muzyka i zdjęcia stoją na wysokim poziomie i tu procentuje doświadczenie z Trylogii. Wspaniała Nowa Zelandia jest chyba niemożliwa do złego sfilmowania. Plenery, zdjęcia i muzyka - wszystko razem gra i furczy po raz kolejny ukazując nam wspaniałe Śródziemie. Oczywiście aktorstwo - tu wielkie brawa dla Martina Freemana - jest pierwszych lotów tak jak i efekty specjalne. Bilbo Freemana to idealna interpretacja. Pozytywny duch, sprytny i mężny. Martin to na tyle zdolny aktor, że udźwignął to brzemię niczym Frodo pierścień. Nieśmiertelny Ian McKellen jako Gandalf, mimo, że w filmie młodszy, to jakby się postarzał. Mniej charyzmy to rzucało się w oczy. Ale i tak McKellen to jedyny słuszny i prawdziwy Gandalf. Radosna kompania krasnoludów jest zabawna i dzielna, ale w tym tłoku troche się rozmywa i czasem trudno stwierdzić kto jest kim. Który krasnolud jest którym krasnoludem? Zabrakło w tym za długim filmie czasu <sic!!!!!!!!>, by przedstawić krasnoludy tak by można było je odróżnić. Ja zapamiętałem czterech. Mniej wydmuszki, więcej konkretów - i może by się to ominęło. Ale hej! Są jeszcze dwa filmy może spamiętam!
Oczywiście efekty dość znacząco poszły do przodu i w Hobbicie to widać. Nowe metody filmowania też odcisnęły swoje pozytywne piętno. Film ogląda się przyjemniej, jakby... wyraźniej.

The Hobbit: An Unexpected Journey
to dla mnie potężny zawód i cios w spuściznę Lord of the Rings. Mam nadzieje, że dwa kolejne filmy już aż tak nudne i monotonne nie będą i że przygoda będzie przygodą pełną gębą. Że ta Niezwykła Podróż zasłuży na swoją "niezwykłość", a pierwsza część tej trylogii okażę się tylko nudnym i przydługim wstępem do choć troszkę lepszego dzieła. Rozumiem zachwyt fanów i nie proszę o zrozumienie. Tolkienowsko ten film to prawie 3 godzinna orgia. Jednak technicznie i filmowo - Jackson się nie popisuje, zaprzepaszczając gdzieś swój talent między liczeniem jednego pliczka banknotów a drugiego.

Ale hej. Z nie takich opresji mieszkańcy Śródziemia wychodzili obronną ręką. Tylko, że tym razem zbawienie przyszło przed zagładą. Niestety.

Moonrise Kingdom (****)

Ten film to pochwała wyobraźni. Pochwała korzeni z jakich się wywodzi film i człowiek. Wszelka opaczności. Błogosław Wesa Andersona. Amen.

Moonrise Kingdom to film, który nie przypadnie wszystkim do gustu. To na wstępie zaznaczam. Mi - rzecz jasna przypadł i to bardzo. Jednak odbiór tego filmu to będzie bardzo indywidualna i osobista. Ale takie są filmy Wesa Andersona - nie szablonowe, trochę niewygodne. Ale co do jednego świetne. Skala pomysłu, wyobraźni, skala środków jakich chwyta się Anderson w swoich filmach - to wszystko stawia go dziś w równej linii z największymi współczesnego kina. A Moonrise Kingdom to potwierdza.

Film to bajkowa, troche psychodeliczna, troche odrealniona bajka dla dorosłych. Opowiadana z punktu widzenia dzieci. Wes Anderson rozlicza się w tym filmie z dzieciństwem i z tym jak nas "okłamywano" gdy byliśmy dziećmi. Jak dorośli, rodzice - uczyli nas pewnych wartości, w dobrej wierze byśmy wyrośli na porządnych, a sami robią co innego. Ten film to karykatura. Szyderstwo w stronę przereklamowanej dorosłości i ukłon w stronę czystości, niewinności i tej uroczej naiwności  dzieci. Dość powiedzieć, że w filmie to dzieci - imitując zachowania dorosłych, próbując być "dorosłymi" - są bardziej dojrzałe i odpowiedzialne, od rzeczywistych dorosłych. Dzieci, używając schematu, którego się nie nauczyły, a bardziej zaobserwowały, zachowują więcej rozsądku niż ci, którzy tym rozsądkiem powinni się kierować.

W końcu Moonrise Kingdom to kino drogi, kino przygody i pastisz na dorosłość. Wes Anderson opowiada nam historię o czystej miłości, o odkrywaniu przez dzieci co to dorosłość i odpowiedzialność. Opowiada nam jaką cenę trzeba ponieść aby być razem. Bo wbrew przeciwnościom losu - jeśli się chce - razem się będzie. I chyba tylko dziecięca wiara jest w stanie w to tak silnie uwierzyć i dziecięca wyobraźnia jest w stanie to urzeczywistnić. Dzieci są ważne w tym filmie. To dzieci są historią tego filmu.

Dwójka zakochanych szczeniaków - harcerz sierota i mentalna "sierota", anemiczna i trochę szalona dziewczyna - postanawia uciec razem, by wyrwać się z brutalnego świata jaki ich otacza. Harcerza nikt na obozie harcerskim nie lub, a dziewczyna czuje się samotna w wielkim domu pełnym ludzi, który formułą przypomina te wielkie stare domki dla lalek. Wspólnie, oszukując wszystkich dookoła wyruszają w drogę, ku przygodzie, by poznać smak dorosłości. Gorzki smak. Reżyser w krótkim czasie wprowadza nas we wszystkie etapy dorastania. W trudne wybory. W walkę z przeciwnościami. W konieczność znalezienia kompromisu, by być razem. Anderson wprowadza też, wprawdzie niemowlęczym raczkowaniem, w seksualność. Ale obrońcy moralności nie martwcie się. Jest to niewinne i czyste jak główni bohaterowie.

Nie chcę zbytnio zdradzać fabuły, by nie zepsuć filmu. Warto przysiąść i się zapoznać z tym co Anderson i współscenarzysta Roman Coppola, chcą nam przekazać. Scenariusz jest bardzo dobrze napisany, trochę odrealniony, co widać w niektórych scenach. Ten film to kręcona oczami dziecka przygoda, przygoda widziana z perspektywy licznej grupy, 10, 13, czy 14sto latków. Uważny widź dostrzeże, że niektóre wydarzenia nie mogły mieć miejsca, że niektóre skoki, czy uderzenia piorunów - są przewartościowane, przerysowane tak jak dzieci przerysowywują swoje codzienne "przygody". Przyznajcie - też bawiliście się w grę, że "podłoga to lawa". Taki jest ten film. Przygody są zwykłe, ale opowiedziane niezwykle. Z dziecięcym entuzjazmem. Harcerze, to nie harcerze, a wręcz paramilitarna jednostka. Rowerek, to nie rowerek, a motor pełną gębą. Jednak Anderson-reżyser, tę historie prowadzi tak, by nie zrobić z tego farsy. Rozbija historię na części pierwsze, niczym w prologu rozbija klasyczny utwór muzyczny, by na końcu połączyć to wszystko w jedną całość. W jedną słodko - gorzką sonatę o nas samych. Prowadzi swoją batutę ślamazarnie, powoli, dokładnie opisując i przedstawiając wydarzenia i bohaterów. Wprowadza rolę wszechwiedzącego narratora, który swoją obecnością i głosem przedstawia warunki i czas i miejsce w jakim dzieją się wydarzenia. Anderson to geniusz. Bo wszystko ze sobą współgra, mimo iż nie powinno. Nie chce popełniać rodzicielskich błędów swoich bohaterów. Swoje dziecko traktuje z dystansem, ale z czułością. Pozwala mu samemu dorosnąć. Ale chroni przed błędami sugerując drogę, wierząc w mądry wybór dziecka. Ufa mu. Pan Anderson musi być świetnym Ojcem.

Ta historia byłaby niczym bez aktorów. Plejada gwiazd, które chętnie pojawiają się u Andersona, oraz dzieci - tworzą pozytywnie wybuchową mieszankę. Dorośli są chaotyczni, są zagubieni. Dzieci są poważne na swój sposób, na swój naiwny sposób bardziej dorosłe. Para Jared Gilman i Kara Hayward <czyli harcerz i jego miłość> to wspaniała melodia przyszłości. Bawią, wzruszają, są wspaniale niewinni w tym co robią. Zwłaszcza młodziutka Hayward zasługuje na gromkie brawa. Zdystansowana, wyobcowana, mogłaby być rodzoną córką Woody'iego Allena. Silna, ale potrzebująca swojego "mężczyzny". Fantastyczna. Jared - pełen entuzjazmu i wiary w miłość szczyl - rozpuścił nawet moje zamarznięte serce. Szczerze mu kibicowałem i jego misji. Cała plejada dziecięcych aktorów spisała się na medal. Może idzie nowe, lepsze?

Dziecięce gwiazdy grając pierwsze skrzypce zepchnęły na drugi plan wielkich. Ale wielcy nie mają nic przeciwko, dając grać pierwsze skrzypce milusińskim. No i co tu napisać o takich tuzach jak Bill "Fucking" Murray, Bruce Willis, czy Tilda Swinton? Tylko tyle, że jak zwykle są wspaniali. Zwłaszcza ulubiony aktor Andersona, najzabawniejszy człowiek Ameryki - Murray. Etatowa gwiazda filmów twórcy Rushmore, nie zawodzi i jak to zazwyczaj bywa - bawi i wzrusza. Wspaniały aktor, którego warto zawsze obejżeć w owej produkcji. Na pewno w tej. W Moonrise, wybitnie gra zgorzkniałego ojca, głowę sztucznej rodziny. Wzięty prawnik, silny człowiek. Słaby ojciec, jeszcze gorszy mąż. Wspaniały.
Bliżej przyjrzę się jeszcze dwóm panom. Bruce Willis łamie swój stereotyp twardego gliny, niczym bohater Die Hard. Robi to z urokiem, udowadniając nielicznym niedowiarkom  - że talentu nigdy mu nie brakowało. Uroczy, miejscowy, podtatusiały policjant. Ciepły i wierzący w miłość głównych bohaterów. Przeciwność dla postaci Murray'a, i poniekąd - jego rywal. Pojedynek "ojców" to bardzo ciekawa część filmu, dodatkowo świetnie zgrana. Anderson wyraźnie zaznacza jak ważny dla dziecka jest rodzić - w tym wypadku ojciec. Jak kształtuje, jak niszczy, jak ważna jest wiara, lub niewiara rodzica w dziecko. Willis w swojej roli jest komiczny, acz nie śmieszny <w negatywnym tego słowa znaczeniu>. Bawi, bo patrząc na niego nie możemy uwierzyć, że to ten sam, który kilka razy uratował Amerykę, przed całą plejadą terrorystów. Świetnie dopasowana rola do aktora. Takie wyjście z szufladki na złość wszystkim. Warta Oscara, chociaż cichej nominacji. Zapewne pominięta w ostatecznym rozrachunku.
Drugim Panem jest Edward Norton, który wreszcie gra w filmie godnym jego talentu. Koleś rozmienił karierę na drobne. Ale, o ile utrzyma ten kurs, może wrócić. Fajtłapowaty druh, to najzabawniejsza i najsmutniejsza postać w filmie. Taka ku pokrzepieniu serc. From zero to hero. Żeby pokazać nam, dorosłym, że i dla nas nie jest za późno. Choćby nie wiem jak źle już było.

Reasumując- Anderson znów to zrobił. Wspaniałe, skromne dzieło, z wybitnym aktorstwem i oczyszczającą dawką odrealnienia i absurdu. Wspaniałe kino, z humorem i traumą. Dziś Anderson to główny i chyba najlepszy przedstawiciel kina autorskiego, który nie boi się swojej wizji i wyobraźni, a wręcz przeciwnie - pozwala im szaleć. Zrobił film plastyczny, bliski teatralnym doznaniom, z nastrojową muzyką i zdjęciami. Całokształt jest nastrojowo opowiedziany, bardzo zżywając widza z postaciami. Wspaniałe emocje i wielki film.

sobota, 24 listopada 2012

Lawless (****)

Kino gangsterskie to w dzisiejszej kinematografii dość specyficzny rodzaj filmu. Rodzaj, w którym ci dobrzy zazwyczaj są tymi złymi, a ci źli to romantyczni bojownicy o czas wolności i możliwości robienia czego się chce. I jak się chce.
Romantyczni bojownicy o dobrobyt i siłę więzi rodziny i przyjaźni. Ci źli to tak naprawdę ci dobrzy. To im kibicujemy, mimo że ich metody są brutalne, mimo że na ich rękach jest tyle krwi, że nie ma możliwości jaj zmycia. Są naszymi faworytami, bo to oni kierują się zasadami, honorem i tą romantyczną tęsknotą. Kibicujemy im, bo ci, którzy w imię sprawiedliwości mieli z nimi walczyć, mają metody jeszcze paskudniejsze, łamią prawo, którego mieli strzec, są skorumpowani i pełni hipokryzji.
Lawless to film poniekąd wpisujący się w ten schemat, ale nie do końca. Lawless to film świetny.

Reżyser John Hillcoat i scenarzysta Nick Cave - wprowadzają nas w modny ostatnio czas amerykańskiej prohibicji.Czyli są lata 30' ubiegłego wieku, mała mieścina na południu Stanów, trzech braci i całe zło <czyli system sprawiedliwości> przeciw nim. Bardziej romantycznie być nie może. Jednak polski tytuł filmu - Gangster - jest tak samo nie trafiony jak nazewnictwo 3/4 filmów w polskim przekładzie. Bo ten gangsterski film... nie jest o gangsterach. Bo "gangsterów" jest wielu, a nie jeden. Lawless to nie film o gangsterach, bo nie wpisuje się w schemat. Bo gangsterzy, to ci, którzy robią swoje interesy żerując na innych, na konkurencji, ale także na niewinnych. W Lawless trzech braci, łamiąc zakaz prohibicji i robiąc najlepszy bimber w miejscowości, są bohaterami. Uczciwie handlują, dostarczając mieszkańcom płynną radość. Nikomu nic nie grozi z ich strony. Do czasu, gdy pojawi się niebezpieczeństwo. Do czasu, gdy pierwsi nie zostaną zaatakowani.

Bo bracia Bondurant - Forrest, Howard i Jack -  nie są palcem robieni i w chwili zagrożenia stają się równie niebezpieczni - a może i groźniejsi - jak ich adwersarze. Bo jak mówi najstarszy z braci i lider - Forrest,
Bondurant'ci są nieśmiertelni. Kolejny romantyczny mit. Film ten różni się też od innych współczesnych gangsterskich produkcji stylem. Ilość efektów specjalnych ograniczono do minimum stawiając na gęstą atmosferę i kino aktorskie. Tu trzeba pochylić się w pół i zdjęć czapkę z głowy przed Cave'em, którego scenariusz jest tak surowy jak tylko się da. To historia postaci i ich walki. Nie ma tu miejsca na zawiłą intrygę, bo historia jest prosta jak mieszkańcy miasteczka, w którym film się toczy. Dzięki temu skupiamy się na postaciach, ich reakcjach, smaczkach związanych z grą aktorską. Dzięki temu atmosferę da się kroić nożem. Interakcje między braćmi, między ich "arcy wrogiem" - coś wspaniałego. Należy tu też pochwalić John'a Hillcoat'a za doskonałe zrozumienie tego pomysłu i scenariusza Cave'a. Jest surowo, brutalnie, bez łagodzenia. Rany krwawią, ludzie umierają. Zemsta musi być brutalniejsza niż zbrodnia <tu ocieramy się jednak o gangsterkę>. Reżyser opowiada histori nieśpiesznie, zbliżeniami, szerokie plany pojawiają się rzadko. Postacie są najważniejsze, więc to co się dzieje - widzimy z bliska. by poczuć wręcz fizycznie co ich spotyka.
Obaj panowie opierali się na książce The Wettest County in the World autorstwa Matt'a Bondurant'a. Myślę, że po seansie będzie to moja pozycja obowiązkowa. Należy też zauważyć, że nie jest to pierwsza taka współpraca obu panów. Ich wcześniejszy film, The Proposition (****), to western tak surowy, że aż nie zjadliwy. Dlatego taki pyszny.

Lecz ten film to popisy aktorskie. Panowie Cave i Hillcoat zebrali, tak zwaną, "pakę", że to musiało się udać. I udało się, że aż sam nie wiem od czego zacząć. Chyba wypadałoby zacząć od najlepszych? Tom Hardy jako Forrest Bondurant. Teraz przypominam sobie jego rolę w tym filmie, projektuje w głowie sceny z nim i moja szczęka przebija się już przez kolejną kondygnację mojego bloku, budząc już drugie piętro sąsiadów. Tak, tak. Taka to jest rola. Wielu uważa, że to sztuczny, brzydki chłopak z Anglii, który dopiero raczkuje w biznesie i musi się wiele nauczyć. Nic podobnego. Już wcześniej udowadniał talent, wielką charyzmę i to, że posiada to "coś". Tym filmem brutalnie, za przeproszeniem, zgwałcił czołówkę Hollywood. Rola warta co najmniej nominacji do Oscar'a, ale zapewne zostanie pominięta. Tom Hardy jest perfekcyjny. Zamknięty w sobie gbur, częściej mruczący niż mówiący przynosi na myśl legendarną rolę Ennisa z Brokeback Mountain. Zawsze tak samo ubrany, wierny zasadom. Kochający braci, ale nie okazujący tego. Nieśmiertelny. Oglądając film zauważcie jak Hardy gra nie tylko ciałem i mimiką, ale też głosem. To jak mruczy, czyści gardło zanim coś powie, to jak waży każde słowo, mówiąc tak lakonicznie jak tylko się da i co chwile wypowiedź przerywając rytmicznym "heeeee", "hmmmmm", czy innymi tego typu przerywnikami. To jak patrzy, jak się porusza, jak swoją stłumioną charyzmą, acz postawą przyciąga ludzi. Mnie przyciągną. Dałbym się za niego zabić. Rola warta wszelkich braw i pochwał. Panie Hardy. Czekam na więcej i więcej!


Skoro zacząłem od najlepszych, to idę dalej. Guy Pearce jako
agent specjalny Charlie Rakes, który pracując dla skorumpowanego prokuratora, będzie zatruwał życie naszych trzech ulubieńców. Po raz kolejny - wstańmy i zachwyćmy się. Pearce, aktor wielki, acz nie doceniony - pracował przy The Proposition. Tam był wspaniały, tu oddał całego siebie. Rakes to piękny potwór. Zadbany. Schludny. Zapach jego perfum to obiekt żartów w mieścinie. Ale to pozory słabości. Rakes nie cofa się przed niczym, by zniszczyć braci, którzy odrzucili jego propozycję, którzy go upokorzyli. Jest brutalny do granic możliwości. W jednej scenie widzimy jak czesze włosy ze staranną pieczołowitością, w innej jak bije chłopaka do nieprzytomności. W rękawiczkach. Przydząc się brudu i krwi. I Pearce robi to genialnie. Niemal cały film można zauważyć jak krzywi się, gardzi miejscem, w którym jest. Jak gardzi ludźmi, z którymi ma pracować i których ma zamknąć, lub zabić. Porusza się zgoła inaczej niż Forrest. Niczym lord, wiecznie zadbany i na świeczniku. W garniturze i kamizelce. Idealne przeciwieństwo najstarszego z braci. Tamten zawsze jakby zaniedbany, zawsze w jednym - wiejskie przeciwieństwo miastowego Rakes'a. Aluzja narzuca się sama, czyż nie?

Moja nowa ulubienica. Jessica Chastain - odkrycie zeszłego sezonu, omal z Oscarem w rękach. Tak piękna i hipnotyzująca, jak utalentowana. Oczu nie można oderwać.  Dziś - w związku z ograniczeniem działalności Cate Blanchett - chyba najlepsza w biznesie obok Theron. Tak samo jak Blanchett nieoczywiście piękna, tak samo pożera sceny swoim talentem. Sceny, w których nie ma Hardego, bo to jego film, rzecz jasna.  Chastain to niestety tylko dodatek to tego typowo męskiego filmu, lecz dodatek wspaniały. Po raz kolejny udowadnia jak wielką aktorką jest. Kameleon. W The Help - głupiutka blondyneczka, żonka mężusia. W Lawless - Maggie - barmanka pracująca u braci w lokalu - to pewna siebie, acz zraniona lwica. Nie narzeka na swój los, szczerze kocha i walczy o swoje. Wspaniała rola, ale chyba troche za mała. Szkoda. Szkoda, bo pare minut więcej w filmie, jedna, dwie ważniejsze sceny i mogłaby się witać z Oscarem.

Idol nastolatek, który bardzo próbuje udowodnić, że nim nie jest. Shia LeBouf. Najmłodszy z braci - Jim. Ja zawsze uważałem LeBouf'a za dobrego aktora, troche dającego się zaszufladkować. Myśli, że tym filmem - surowym i brutalnym się wypisze ze schematu. Ale mimo wszystko go powiela. Zmienił tylko styl. Nadal jest to samo: fajtłapa na początku, chłopiec, który nie zgadza się ze swoją niską pozycję w "gangu", który zmienia się w mężczyznę. W Lawless - jak w poprzednich obrazach - robi to poprawnie, ale tylko poprawnie. Na tle reszty stawki odstaje, bo i jego postać nie jest wymagająca, a on sam zna ten schemat na pamięć. Więc nie potrafi zaskoczyć.

Jest jeszcze rzecz jasna trzeci z Braci - Howard, czyli Jason Clarke. Jego rola także poprawna, ale nie tak ważna i rozbudowana jak poprzedników. Aczkolwiek przyjemnie się patrzyło na jego brutalność i zadziorność. Bardzo ok. Mia Wasikowski - córka pastora. Niestety kolejny damski dodatek to filmu. Także szkoda, bo dziewczyna ma duży talent i swobodę. Warto było jej dać tę rolę dla pokazania się w czymś nowym, ja jednak czekam na więcej. W obsadzie jest też Gary Oldman. I to jest taki mały prztyczek filmu, za który odejmuję pół gwiazdki. Czemu? Bo zagrał źle? Wręcz przeciwnie. Wspaniały jak zazwyczaj. Ale niestety... doliczyłem się 3 scen z jego postacią. Prawdziwy gangster tamtych czasów. Groźny, charyzmatyczny, bez skrupułów. I tylko trzy sceny. Szkoda. Byłoby jeszcze lepiej, dla filmu i historii.

Warte uwagi są wspaniałe zdjęcia Benoît Delhomme'a, które idealnie współgrają z krajobrazami i rekwizytami tamtych czasów. Muzyka Nick'a Cave'a - piosenki country pojawiające się w tle - niesamowicie budują atmosferę małego południowego miasteczka Stanów z lat 30'. Nóżka podryguje do muzyki, tekst brutalnie przypomina o szarej rzeczywistości.

Lawless to kino takie jak lubię. Skromne, surowe, brutalne i prawdziwe. Troche podparte romantyzmem - nieważne jak rozumianym. Świetnie zrealizowane, a przedewszystkim - co lubię najbardziej - genialnie zagrane przez głównych aktorów. Nastrój, nastrój i jeszcze raz nastrój. Te wszystkie elementy, nad którymi tak się wyżej rozpisałem - budują ten wspaniały nastrój i klimat. Film trzyma w napięciu i pozwala nam się zżyć z braćmi Bondurant. Pół gwiazdki odjąłem za skromną, za skromną, rólkę Oldmana. Kolejną połówkę odejmuje za coś czego nie umiem zdefiniować. Najlepszym słowem będzie niedosyt. Film pozostawia troszkę niedosytu. Chciało by się więcej. Może za mało akcji znalazło się w tym filmie? Nie wiem. Jakoś nie umiem tego określić.
Lecz to nie zmienia faktu, że Lawless to film świetny i godny uwagi. Warty zobaczenia, dla aktorstwa < jeśli takie kino Was nie interesuje> i dla przyjemności z dobrego filmu "gangsterskiego". Świetny film. Skromy, acz wielki. Ocierający się o amerykańskie kino niezależne w swojej surowości. Warto. Po prostu warto.

niedziela, 18 listopada 2012

This bed is on fire, czyli komedia kumplowska – bezsensowna rozrywka, czy nośnik ważnych nauk?

Niedawna premiera kolejnej części American Pie: Reunion skłoniła mnie do licznych refleksji. Młodzi ludzie z pokolenia urodzonego na przełomie lat 80' i 90' mieli pewnego rodzaju przywilej być świadkami narodzin, a właściwie eskalacji popularności gatunku komedii, który miał trafiać bezpośrednio do nich, którego odbiorcą mieli być niemal wyłącznie ludzie wchodzący dopiero w świat dorosłości. Gatunkiem tym jest tak zwana komedia kumplowska. Specyficzny rodzaj filmu, gdzie nie tyle sama fabuła jest najważniejszą osią wydarzeń, a para lub nawet grupa przyjaciół, których perypetie i działania nakręcają spiralę gagów (mniej, lub bardziej zabawnych). To właśnie postacie są najważniejsze, bo to na nich i na ich relacji opiera się budowanie filmu. Warto też zaznaczyć, że zazwyczaj wspomnianymi bohaterami są... mężczyźni. To właśnie panowie opanowali ten rodzaj gatunku, z racji na bardzo wdzięczne do opisania kompleksy związane z za chudym portfelem, za małymi mięśniami, zbyt słabą pozycją, czy – i to najważniejsza „przywara” i cecha bohaterów – chęć zdobycia tej jednej i jedynej. To właśnie wokół tych aspektów w 90% filmów z gatunku obraca się fabuła – czyli można uznać, że jest to dość wtórny rodzaj komedii. Dlatego to aktorzy i skonstruowanie postaci – podobieństw, różnic między nimi, czy zderzenie ich pragnień – jest tak ważne by komedia była zabawna. Ale nie tylko. Ale o tym później.
Jak już wspomniałem, to widzowie urodzeni na przełomie lat 80' i 90' byli odbiorcami tych filmów, czyli można wywnioskować, że prawdziwy boom na gatunek można zaobserwować na początku nowego wieku. I pewnym wyznacznikiem gatunku można, a nawet trzeba, uznać pojawienie się w 1999 roku komedii braci Chris’a i Paul’a Waitz'ów – American Pie. Dość luźna opowieść o piątce przyjaciół z amerykańskiego liceum, którzy jak świętego graala poszukują dziewczyny by stracić z nią status prawiczków, zachwyciła młodych, a zniesmaczyła starsze już pokolenie. Zachwycała młodych podejściem do tematu, przerysowaniem pewnych aspektów i zrozumieniem dla ich „ciężkiej” sytuacji. Myślę, że to właśnie to zrozumienie było najważniejsze. To, że bracie Waitz mieli odwagę ukazać młodzież i jej pragnienia zdobycia pierwszych seksualnych doświadczeń w sposób najbardziej im przystępny. To natomiast zniesmaczyło całą resztę odbiorców – ukazanie nastolatków jako seksualnych frustratów, a to wszystko w konwencji niewybrednych żartów i niekoniecznie wysokich lotów gagów. Ale co jest w tym złego? Każdy będąc młodym pragnął cielesnej bliskości z drugą osobą. Nie musi przecież oznaczać to dewiacji czy frustracji, co świetnie ukazuje seria American Pie. Bohaterowie, owszem, pragną zbliżenia z kobietą, ale cztery filmy kinowej serii pokazują, że bardziej niż tego, poszukiwali zwykłej bliskości, która dla wielu z nich skończyła się pierwszymi miłostkami, a dla jednego z bohaterów prawdziwą miłością do kobiety. Nie zauroczeniem i nie do dziewczyny. Miłością do kobiety.

Doszukuję się początków omawianego gatunku na początku XXI wieku, ale jak wszystko związane z tematyką filmową – nie jest to takie proste. Bo i komedie istniały od początku istnienia filmu, a i historie przyjaciół były opowiadane przez niezliczoną ilość twórców. Wyznaczony okres to moment połączenia tych uniwersalnych tematów z danym gatunkiem na szeroką skalę. Myślę, że inspiracji dla powstania tego gatunku można szukać dużo wcześniej i to w wielu innych, wręcz skrajnie innych rodzajach filmu. Bo na przykład w westernie, gdzie samotny bohater szukający sławy czy zemsty, przestaje być taki samotny gdy na jego drodze pojawia się kompan doli, czy niedoli (np. Butch Cassidy and the Sundance Kid). Romantycznej miłości (ale nie tylko takiej) szukali rycerze, szlachcice i pomniejsi mieszczanie – chłopcy pełni marzeń i chęci działania. W niepokojącym dramacie Gus'a Van Sant'a - My Own Private Idaho – mamy historię dwóch przyjaciół, której jednak daleko do happy endu, o zabawnych gagach już nie wspominając. W filmie noir – kobieta jest przyczyną upadku bohatera, lecz fascynuje go i pociąga, by okazać się niewłaściwą (częsty motyw komedii kumplowskiej). Znany wszystkim Sherlock Holmes serwuje dwójkę bohaterów – skrajnie różnych, ale tworzących niezawodny zespół w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. W komediach romantycznych mamy „jego” i „ją” - młodych, zakochanych mimo przeciwności losu, ale w tym gatunku – skierowanym raczej do płci pięknej – to „ona” jest główną bohaterką i wokół niej buduje się akcję.
Oczywiście to tylko przykłady – nie wszystkie filmy w wymienionych wyżej gatunkach spełniają opisane kryteria, ale w niektórych widać możliwe elementy inspiracji.

Komedia kumplowska pojawiła się... i co dalej? Okazała się sukcesem komercyjnym (tylko seria American Pie zarobiła na świecie ok. 770 milionów dolarów). Tak zwany „target” dopisał, młodzi pojawili się w kinach, polecając sobie nawzajem tego typu filmy. Okazała się też sukcesem artystycznym, ale w umiarkowanych granicach – mimo negatywnych recenzji, pojawiały się i te pozytywne. Te sukcesy zainspirowały kolejnych twórców do tworzenia kolejnych historii, kolejnych filmów, a nawet seriali. Oczywiście powstały kolejne części serii American Pie - American Pie 2 i American Pie The Wedding - oba z oryginalną obsadą oraz mniej udane, wręcz tragiczne, kolejne części „sagi” skupiające się na nowym pokoleniu. Wszystko zamyka American Pie: Reunion. Ale na tym się nie skończyło. Tego typu filmów pojawiła się niezliczona ilość. Jednak wydaje mi się, że popularność gatunku opiera się nie tylko na mniej, czy bardziej udanych gagach. Uważny widz, ktoś, kto ogląda inteligentnie i z otwartymi oczami, jak i z otwartym umysłem, dostrzeże pewne wartości uniwersalne jakie twórcy próbują nam przekazać między wierszami. Owszem – część z tych wartości jest tak oczywista i jasna, że można założyć iż najważniejszym celem reżysera nie był moralizatorski ton filmu. Jednak w wielu można doszukiwać się specjalnie ukrytych przekazów. Seria American Pie, pokazuje, że kumple będą zawsze, że można na nich liczyć, że nawet jak inni nas skreślą – oni będą z nami i razem wymyślą jak wygrzebać się z kabały jaką zafundował im szalony umysł scenarzysty. W podobnym tonie można odczytać przesłanie kinowego sukcesu serii Hangover, gdzie czwórka bohaterów staje się w oczach jednego z nich „watahą wilków” i jak wspomniana wataha się zachowują – razem przeżywają przygody i kryzysy, mimo licznych różnic osobowościowych i światopoglądowych. Oba filmy Todd'a Phillips'a okazały się wielkim sukcesem komercyjnym, pokazując, że komedia kumplowska ma się dobrze i nadal widzowie świetnie się na niej bawią. Dodatkowo pierwsza część zebrała kilka bardzo pochlebnych recenzji nie tylko od zachwyconych widzów, ale także od poważanych pism i recenzentów z branży.
Bardzo ważnym twórcą dla omawianego przeze mnie jest Judd Apatow oraz grupa ludzi – scenarzystów, aktorów i reżyserów zebrana wokół niego. Bardzo szanowany w Ameryce, acz niedoceniany w Europie (Europejczycy nie do końca rozumieją humor Apatowa) zaserwował nam kilka ciekawych filmów. W swoim pełnometrażowym debiucie The 40 Year-Old Virgin, Apatow z zupełnie innej perspektywy spogląda na to, co 6 lat wcześniej bracia Waitz wzięli na tapetę – na mężczyzn i ich pogoń za utratą statusu prawiczka. Gdy w American Pie mieliśmy chłopców w wieku licealnym, u Apatowa mamy faceta po czterdziestce, typowego amerykańskiego „nerda”, fana komiksów i kolekcjonera figurek superbohaterów. Wydawałoby się, że temat dziewictwa chłopców był już nagrywany z każdej strony. Apatow zmienił chłopca w mężczyznę (a właściwie w chłopca w ciele mężczyzny) i powstało coś świeżego. Dorzucił, co chyba oczywiste, kilku kumpli do pomocy i film okazał się sukcesem, wybijając jego twórcę jak i kilku aktorów – między innymi Seth'a Rogena, Steve'a Carell'a, czy Paul'a Rudd'a – do czołówki Hollywood. W pełnej gagów historii pokazał nam, że cierpliwość i wiara w siebie popłaca, że dla każdego z nas – zakompleksionych macho od siedmiu boleści – znajdzie się miłość życia, która nas zrozumie i pokocha. Pokocha nie za zalety, a mimo wad.
W kolejnym filmie Apatowa mamy trochę inną sytuację. Knock Out mówi nam o parze nieznajomych sobie osób – mężczyzny i kobiety, którzy po jednorazowej nocy spędzonej ze sobą dowiadują się, że będą mieli dziecko. Tu Apatow odchodzi od konwencji komedii kumplowskiej, na rzecz skupienia się na parze bohaterów. Ale nic to! Oczywiście i on ma towarzyszy do pomocy, ale także ona może w trudnych chwilach polegać na siostrze. Mimo złagodzenia konwencji i zmiany osi wokół której obraca się akcja, warto obejrzeć film dla świetnych ról Seth'a Rogen'a i Jason'a Segel'a.
Ostatnim reżyserskim dziełem Judd'a Apatow'a jest film Funny People. Film zabawny, ale także smutny i nastrojowy. U krytyków zyskał wielki poklask, jednak widownia nie dopisała. Wydany kilka miesięcy po bardziej bawiącym niż uczącym Hangover – film z Adamem Sandlerem i Seth'em Rogen'em (uwaga! Świetne role! Zwłaszcza pierwszego z panów) okazał się dla widowni zbyt poważny. Bohaterowie dopiero w filmie się poznają, nie są kumplami na zabój. Różni ich niemal wszystko – łączy miłość do komedii i popularnego w USA, „Stand-up'u”. Jednak nie to jest w filmie ważne. Pomimo iż w miarę rozwoju akcji w lepszy i gorszy sposób docierają do siebie, to tak naprawdę film mówi nam o czymś innym. O świadomości umierania. O tym, że ta świadomość zmienia perspektywę, przez którą patrzymy na dotychczasowe dokonania. O tym, że rodzina, która wydawała się balastem, tak naprawdę jest jedynym pocieszeniem w samotnym życiu, nawet jeśli jest to życie w sławie i luksusie. Oczywiście mówi też o kumplach. O tych dobrych i tych złych. Są momenty, że trzeba być do bólu szczerym, by okazać się dobrym przyjacielem. I w takich chwilach trzeba być wyrozumiałym. Obie strony muszą być wyrozumiałe względem siebie, bo to co je łączy może być równie silne jak małżeństwo.

Apatow oprócz reżyserowania, zajmuje się także produkcją filmów. Są to takie tytuły jak Pineapple Express, Year One, czy Step Brothers. Ale inny film wyprodukowany przez tegoż pana wydaje się interesujący dla podejmowanego tematu i zgoła inny niż poprzednie - Bridesmaids. Komedia kumplowska o... kumpelach. Film Paul'a Feig'a, ze świetnym scenariuszem i jeszcze lepszymi rolami (nominacja do Oscara dla Jenny McCarthy za rolę drugoplanową) szturmem podbiła kina i serca widzów. Znowu obrano temat stary jak sam kinematograf, ale zmieniono perspektywę. Tu mamy grupkę przyjaciółek i akcję zawiązaną wokół ślubu jednej z nich. Zabawne perypetie w filmie pokazują nam, że i płeć piękna może być szalona w sposób, który wydawał się zarezerwowany dla „facetów”. W lekki i przystępny sposób ukazał trudy damskich relacji, perspektywę „zdobywania” miłości w nowy sposób, dość daleki od komedii romantycznej. To wszystko zaowocowało deszczem nominacji do najważniejszych nagród filmowych – Złotych Globów i Oscarów w ważnych kategoriach takich jak najlepszy scenariusz czy najlepszy film roku.

Przedstawicieli filmowych w gatunku można znaleźć co niemiara. Wymienić tu należy też The Bucket List, czy serie Harold and Krumar. Ale producenci seriali, zwłaszcza w Ameryce, nie pozostali obojętni na falę popularności nowego gatunku. I nawet nie mam tu na myśli czerpiących inspirację garściami seriali jak Friends, czy How I met your mother. Mam na myśli... House M.D. Kolejny z niezliczonych seriali medycznych, od 2004 roku serwował nam jeden z najwspanialszych „bromance” wszech czasów. Czym jest „bromance”? To romans... dwóch mężczyzn. Totalnie aseksualny, oparty na miłości, ale braterskiej. Cyniczny, sarkastyczny i skłonny do autodestrukcji Gregory House, byłby nikim bez swojego kompana James'a Wilson'a – lekarza onkologa. Razem walczą z demonami House'a, wspólnie odkrywają uroki więzi jaka potrafi połączyć tylko dwóch prawdziwych przyjaciół. Bawią się, często naginając prawo, czy granice przyzwoitości. Kłócą, jak kłócić się potrafią tylko bracia. W końcu godzą, by stawić czoła nowym problemom i nowym zabawom. Niedawne zakończenie serialu House M.D. i ostatnia scena – to według mnie najwspanialsza alegoria „bromace” i komedii kumplowskiej – zawsze razem, nawet w ostatnią podróż ku zachodzącemu słońcu.

Możliwe, że doszukuję się za dużych wartości i znaczeń w gatunku stworzonym, co tu ukrywać – dla rozrywki. Miał bawić, miał przynosić pieniądze, miał łamać tabu, czasem gorszyć, czasem zaskakiwać inteligentnym gagiem. Wszystko to bezapelacyjnie osiągnął, na stałe wpisując się w kanon gatunków filmowych. Jednak osiągnął także coś więcej. Wydaje mi się, że niezupełnie świadomie. Poprzez jarmarczną zabawę wprowadzał widzów, zwłaszcza młodych – w świat dorosłości. Trochę tylnymi drzwiami i trochę na przekór krytykom, konserwatywnym rodzicom i zwolennikom tradycji. Starsi odbiorcy, jeśli uważnie oglądali, zobaczyli świat oczami nastolatków – ich pragnienia i obawy. Wszystkich nas razem i każdego z osobna, że siła przyjaźni i odrobina humoru pokona każdą przeszkodę i przeciwność losu. Nauczył tolerancji i wyrozumiałości.
Nie w każdym filmie opisywanego gatunku można się doszukać głębi, czy drugiego dna. Powstały też filmy hańbiące gatunek albo zrobione przez słabych twórców. Bo nie można nie docenić pracy jaką wykonali dla gatunku bracia Waitz, Apatow i Phillips. Z typowej „rozrywki dla ludu”, komedia kumplowska ewoluowała do szanowanego i lubianego gatunku. Komedia ewoluowała także poniekąd wewnątrz gatunku. Od filmów o nastolatkach, po filmy o facetach, na filmach o kobietach kończąc. Od filmów o pogoni za sexem, po filmy o pogoni za miłością, na filmach o życiu i śmierci kończąc. I mam nadzieje, że rozwój nadal trwa. Myślę, że komedia kumplowska nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Oby pojawiało się też coraz więcej nowych, ciekawych twórców. Możliwe, że casus Bridemaids pokazuje też, że gatunek może odgrywać większą rolę w wyścigu o najważniejsze filmowe nagrody. I oby tak się stało. Jest jeszcze wiele rzeczy jakie musi nam przekazać komedia kumplowska.
P.S.: Judd Apatow już wkrótce zaatakuje nasze kina po raz kolejny! Znów będzie zabawnie o rzeczach poważnych. This is 40, czyli "coś jak" spin-off Knocked Up, opowie nam historię małżeństwa wkraczającego w okres "mrocznej czterdziecy". Doczekać się już nie mogę, zwiastun fenomenalny, liczę na ucztę na miarę Funny People.

niedziela, 11 listopada 2012

11 listopada. Czyli jak ja Cię nienawidze Polaku.

Kolejny 11 listopada. Kolejne drżenie - przynajmniej z mojej strony - o kolejny wstyd związany z tym pięknym świętem. Kolejna obawa o to, że święto, które powinno być radosne i łączące Polaków, bez względu na poglądy, orientację, czy wiarę, czy jej brak, stanie się festiwalem nienawiści i teatrem dla wykrzykiwania swoich politycznych poglądów. A przecież nie o to chodzi w tym święcie. I to jest takie smutne.

Od dobrych 2 - 3 lat 11 listopada to święto, które mi... zbrzydło. I bynajmniej nie chodzi mi o istotę samego święta. Jest to <powinien być> wspaniały dzień radości, że nasza Ojczyzna, po tylu perturbacjach, po tylu ranach i tylu latach niewoli wróciła na mapy Europy. Jest to <powinien być> dzień, w którym powinniśmy ramię w ramię, wszyscy razem podziękować tym, którzy oddali życie za Polskę, nie tylko w I Wojnie, nie tylko w latach wcześniejszych od 11 listopada 1918 roku, ale także później. Taki jest to <powinien być> dzień. Niestety od wspomnianych 3 lat jest to święto nienawiści. Dzień, w którym ludzie zarówno z prawa, jak i z lewa mogą wyjść na ulicę i się, za przeproszeniem, napierdalać po ryjach. Brawo. Nie za to umierali moi dziadkowie. Jeśli ktokolwiek myśli, że przez takie "świętowanie" czci ich pamięć - jest debilem.

Sama idea maszerowania - jest dla mnie bez sensu. Zwłaszcza, że to wzbudza tyle agresji, bo - oczywiście w Polsce - musi się zebrać milion różnych marszy, każdy inny, każdy się nienawidzący i - oczywiście w Polsce - kończy się to burdami i potłuczonymi twarzami, witrynami sklepowymi i zerwanymi płytami chodnikowymi. Już to jest debilne. To wygląda tak: "Czcijmy wolność naszej Ojczyzny.... niszcząc ją i wykrwawiając. To jest dobry pomysł!" Ale nawet, gdyby był to marsz bez incydentów - do mnie to po prostu nie trafia. Ale po to nasi przodkowie umierali, żebyśmy my mogli robić czcić ten dzień jak chcemy - czyli jeśli ludzie chcą maszerować, popieram to w 100%. Nie rozumiem <blokowanie całego miasta, żeby przejść z punktu A do punktu B. Ależ celebracja....> ale nie neguję.

Jednak jeśli już spora część właśnie tak uznaje świętowanie 11 listopada - czemu kończy się to takim wstydem? Tak jak mówiłem - to powinien być dzień radości i uwielbienia Ojczyzny - czyli świętujmy dla Polski, a nie dla swoich poglądów. Co to za pomysł, żeby robić marsz tylko po to, żeby prowokować się nawzajem? Prawicowcy zrobią swój marsz, lewicowcy swój - wiadomo, że będą się bić, bo przecież tego dnia, tego ważnego dnia, trzeba pobić kogoś, bo popiera, lub nie popiera praw dla homoseksualistów. Bo wierzy, czy nie wierzy w boga. To jest takie smutne i straszne zarazem.

Marzy mi się sytuacja jak w normalnych, cywilizowanych państwach. Zwłaszcza jak jest to w USA. Tak 4 lipca mamy święto radości. Rodziny spędzają czas razem. Jeśli już ktoś mszeruje to są to marsze pełne pozytywnych emocji, z flagą, z uśmiechem. Czarni idą z białymi. Demokraci, z Republikanami. Ramię w ramię, bo jest coś co ich łączy. Miłość do Stanów. Każdy jest inny, każdy ma inną ideę patryjotyzmu, każdy ma inną wizję tych Stanów - ale każdy na swój sposób chce jej dobra. Dlatego tego dnia są razem. Dzień kończą fajerwerkami i grillowaniem w ogródkach. Święto miłości do Ojczyzny i rodaka. U nas jest to "święto" "miłości" do Ojczyzny i nienawiści do rodaka. Co za dramat.

Oczywiście u nas, bardziej niż nienawiści do Żydów, determinantem do nienawiści są poglądy polityczne. I 11 listopada stał się tego wyrazem. Bawią mnie obrazki, kiedy "prawdziwi" prawicowy "patryjoci" <czytaj: Dresy o uroczych ksywach Łysy, Siwy, Gruby i Loczek. Zwykli tępi kibole Legii, szukający zadymy>  biją lewicowych odpowiedników, bo sprawia im to fun. Oczywiście nie generalizuję - w tych marszach są - i to są większością - ludzie, którzy przyszli tam w dobrej wierze. Ale tego dnia, chociaż jeden tego typu incydent - bijatyka, tłuczenie szyb, ataki na pilnującą porządku policję, palenie wozów transmisyjnych<SIC!> - są hańbą i wstydem dla całego Narodu. A branie udziału w takim marszu, nawet w dobrej wierze, staje się poniekąd - i to jest smutne - pośrednią przyczyną takich zdarzeń. Bo im więcej ludzi przyjdzie, tym większy odsetek zadymiarzy, tym więcej tego rodzaju strasznych incydentów.
Jeśli komuś nie pasują czyjeś poglądy - bijcie się  ile wlezie. Dla mnie nawet możecie się nawzajem wyrżnąć. Ale nie tego dnia. Nie 11 listopada. Każdego innego, ale nie wtedy.

Obie strony są winne. I prawica i lewica. Prawica, bo co to za pomysł robienia w tym roku hasła - prowokującego - Odzyskajmy Polskę. Co ty gnoju wiesz o niewoli? Co ty wiesz o życiu w okupacji, czy bez prawdziwej demokracji? Jeśli twoi dziadkowie cieszą się zdrowiem i masz okazję z nimi porozmawiać - ich zapytaj co to niewola i strach przed okupantem. Właśnie dlatego my mamy wolność, bo ty i twoi koledzy możecie bezkarnie wyjść 11 listopada na ulicę i zniszczyć to piękne święto. Co to za pomysł identyfikowanie się z takimi ludźmi jak Korwin - Mikke i inni ludzie jego pokroju? Co to za pomysł maszerowanie pod szyldem Młodzieży Wszechpolskiej? Co to za pomysł rzucania nacjonalistycznych haseł tego dnia? Co to za pomysł szukania "lewaków" w tłumie i ich bicie i kopania? Straszne.

Lewica, bo co to za pomysł <jak w zeszłym roku> sprowadzania do Polski niemieckich anarchistów. Nic do ludzi nie mam, ale co oni do cholery mają wspólnego z 11 listopada, demokracją, czy Polską? Co to za pomysł prowokowania tych prawicowych półdebili <i tu też nie generalizuję, bo większość zapewne ma coś w głowie. Chodzi mi o ty Łysych, Siwych itp, którzy utożsamiają się z prawicą>, żeby ganiali was po mieście i bili na oczach milionów Polaków i świata. Wstyd.

W ogóle w dzisiejszym świecie - tak rozwiniętym cywilizacyjnie i społecznie - wiara, że jedna z tych dwóch ideologii jest właściwa jest głupia. Obie ideologie mają 3/4 postulatów, które może przeszły by w średniowieczu, ew. okresie przed wojennym ale nie dziś. Czyli są po prostu przestarzałe i nic nie warte w realiach XXI wieku. Ta 1/4 każdej z tych ideologii ma idee i postulaty słuszne i właściwe, które dziś, w dynamicznie zmieniającym się świecie - zapewniły by odpowiedni rozwój i brak konfliktów. Owszem - część z tych postulatów się nie pokrywa, ale tu powinna zadziałać sztuka kompromisu - tak złagodzić te różnice, by powstał jeden postulat, łączący najlepsze elementy prawicy i lewicy. Inteligentne lawirowanie na centrum, między tym co dobre z prawa i tym co dobre z lewa, to moim zdaniem dobre wyjście. Ale nie w Polsce. My kochamy się nienawidzić. Zwłaszcza na tle politycznym.

Smutno mi jest, że Państwo nic nie robi, w kierunku złagodzenia tego konfliktu dnia 11 listopada. Widać, że idea marszu prowokuje wszystkie biorące w tym wydarzeniu strony. Może gdyby zorganizować wystawy, projekcje filmów, rekonstrukcje na ulicach Warszawy <automatycznie maszerowanie odpada>, może gdyby zorganizować coś na terenie zielonym <moje propozycje to park Saski i Pola Mokotowskie> dla całych rodzin z dziećmi <bo 11 listopada jest dużo rodzin z dziećmi na takim marszu> - było by spokojniej? Nie wiem. U nas i tak raczej taka idea by nie przeszła. Bo nawet na takich rodzinnych spotkaniach gdzie dzieci i nauka historii byłyby najważniejsze - jakiś tatuś jeden z drugim daliby sobie po swoich prawicowych, czy lewicowych ryjach.

Marsz dopiero rusza jak to piszę <16:40> i mam nadzieje, że w tym roku maszerujący mnie pozytywnie zaskoczą i będzie spokojniej niż poprzednio. Wiara, że będzie kompletnie spokojnie - to wiara głupca. Ale, błagam. Niech nie będzie takiego strasznego wstydu. Jeśli idea Nieba jest prawdziwa  to mam nadzieję Ci, którzy umarli za Polską dziś spojrzą ze swojej chmurki w dół i nie będą czuli takiego wstydu jak w latach poprzednich. Mam nadzieje, że Dmowski i Piłsudski dziś razem - bo oni dla dobra Polski, mimo, że tak różni, potrafili przeskoczyć swoje przeciwności - spojrzą w dół i nie będzie im wstyd. Oby.

A co ja robię 11 listopada? Ja spędzę ten dzień w domu, pisząc, bo - jak można zauważyć - do chodzenia z możliwością zebrania guza mi nie po drodze. Posiedzę w domu, wdzięczny, że mogę w tym domu siedzieć, porozmawiam z Ojcem. Bez strachu. Bez strachu, że ktoś mi ten dom odbierze, bez strachu, że ktoś odbierze mi Ojca. Wdzięczny, że siedzę w tym domu, własnych, małych, czterech ścianach, że mogę robić tego co chcę, co uważam za słuszne w celebrowaniu odzyskania niepodległości 11 listopada. Wdzięczny tym, którzy umarli za Polskę. Umarli razem. Mimo różnić. Razem w wojnach, razem w powstaniach. Dla Polski. Później obejrzę sobie mecz mojej ukochanej Chelsea w telewizji, bo tak - mogę to zrobić. Mogę rozwijać moją pasję i miłośc do tego klubu, bo żyję w wolnym państwie. I moim zdaniem jest to najwyższy wyraz wdzięczności i świętowania tego dnia. Zróbmy coś co lubimy, co nas cieszy. Nasi przodkowie umierali za taką możliwość. Dla nas.