Rupert Sanders - nie tyle ceniony reżyser, co autor miłosnego "skandalu" z główną bohaterką filmu- scenariusza się nie dotykał, bo i po co? Aż trzy osoby głowiły się nad tym jak pokazać Śnieżkę w wersji "badass", że tłok był by jeszcze z panem reżyserem straszliwy. Ale co serwują nam tajemnicze mózgi stojące za tą historią? Śnieżka jest córką wielkiego króla, ten rzecz jasna, rządzi królestwie. Mama Śnieżki rychło umiera, król zakochuje się w odbitej wrogowi kobiecie. Proste? To afera grubymi nićmi szyta! Zła Macocha słynie nie tylko z urody, ale także z poprzednich "podbojów". Dom Śnieżki nie jest pierwszym jaki rozbiła Królowa. Mści się on na władcach za krzywdy z czasów dziecięcych. Swoją urodą i magią, podbija kolejne królestwa skuteczniej niż armie. Jej potęga trwa tak długo, jak długo jest najpiękniejsza na świecie. Tu pojawia się popularny motyw z lusterkiem <który w filmie robi ciekawe wrażenie>. No i okazuje się, że więziona do tej pory Śnieżka z momentem wejścia w dorosłość będzie najpiękniejsza. No i zaczyna się.
Sama historia, to troche znanej nam Śnieżki, z nowymi pomysłami twórców. Pomysły te - rzecz oczywista - mają być na tyle wielkie i spektakularne, żeby dodać do klasycznej opowieści jak największą ilość efektów specjalnych. Więc mamy bitwy, trolle, wielkie jelenie z porożem wielkości korony drzew. Dzieje się. Historia nie jest cukierkowa jak poprzednie znane nam wersje. Już scena ucieczki Śnieżki z zamku - powiedzmy, że w stylu na szambo nurka - pokazuje, że ta Śnieżka ma być heroiną naszych czasów - samodzielną, twardą, nie lękającą się trudnych zadań. Reszta - pomijając doszywane fragmenty dla efektów - jest w miarę ciekawa, inteligentnie powiela schemat Śnieżki, jednak mimo wszystko - nudzi. Ratują ją właśnie efekty specjalne, które naprawdę robią wrazenie i są bezinwazyjnie wplecione w fabułę. Wszystko dopełnia muzyka Howard'a i zdjęcia, które jak w każdej tego typu produkcji - są wspaniałe, piękne, ukazujące niesamowite scenerie. Nic nowego.
Reżyser, jak już zauważyłem - raczej nie znany - nie porywa się z motyką na słońce. To co dostał, tak nakręcił. Nie ma tu miejsca na zachwianą chronologię, nagłe zwroty akcji. Mamy dobrych i złych. Ganiają się po lesie, aż do momentu wielkiej bitwy. Ok. Historii to nie szkodzi, a wręcz pomaga. Reżyser ciekawie przedstawia jedynie historię Złej Królowej i to dlaczego jest taka zła, i dlaczego tak ważne jest dla niej by była najpiękniejsza na świecie. Do samej historii wprowadza nas dość nudną <przynajmniej mnie nudziła> wstawką opowiadają głosem Chris'a Hemsworth'a. Bałęm się, że reszta też mnie znudzi, ale reżyser się rozkręca. Pościgi są szybkie, walki efektywne. A między tym wszystkim Śnieżka i Łowca podążają w kierunku swojego przeznaczenia.
Reżyser prochu nie wymyślił, scenariusz też jakoś odkrywczy nie jest. Wszystko w rękach aktorów. I tu mamy prawdziwy kalejdoskop. Bo o ile główna rola męska, czyli Chris Hemsworth jako Łowca - sprawdza się świetnie <ogólnie chłopak pasuje do ról pięknych, szlachetnych, troche aroganckich bohaterów walczących młotkiem/siekierami>, o tyle dwie role żeńskie to popisy. Popis Charlize Theron <Zła Królowa> jako dojrzałej i wspaniałej aktorki oraz popis Kirsten Stewart... czyli rola jak zawsze. Brak mimiki, brak charyzmy i ikry, którą postać Śnieżki ma wpisaną w scenariuszu zaraz obok urody. Gra przez cały film jedną miną, podobno najpiękniejszej na świecie - to leka przesada. Pomijając już ujemny warsztat Stewart, to naprawdę... nie było naprawdę ładnych <i zdolniejszych?> aktorek? Uroda Śnieżki wcale nie przekonuje, przez co byłem przez cały film po stronie Złej Królowej. Z poczucia zwykłej estetyki. Lusterko zgłupiało? Też bym był zły, gdybym wyglądał jak Theron, a jakieś wyimaginowane lusterko pod postacią mnicha, mówiło mi, że to jednak Stewart jest ładniejsza. Lekka skucha.
Ale nie tylko dlatego Theron kupiła mój głos w wyborze miss uniwersum Królewny Śnieżki. Panie i Panowie. Jak ona gra! Jak ona się wścieka! Jak ona wspaniale się wścieka! Theron zagrała "cold bitch" z taką manierą, że można by pomyśleć, że ta przyjemna kobieta naprawde taka jest. Theron kiedy trzeba skraść królewskie serce - jest niewinna, seksowna, do bólu urocza, aż niebezpiecznie pociągająca. Ale kiedy trzeba pokazać prawdziwą twarz tyrana i morderczyni - ciarki przechodzą po plecach. Kiedy trzeba "wyssać" młodość z uroczej niewiasty, robi to tak, że współczujemy niewiaście jej okrutnego losu. Theron jest tak świetna, że samą scenę "wysysania", która jest po prostu komiczna, zmienia w naprawdę przerażający koszmar małych dziewczynek. Królowa Theron już w drugim filmie, grając "złą kobietę", zjada swoją pozytywną konkurencję <vide: Prometheus> na śniadanie i nawet nie musi popijać tego dania. Czemu tak mało dają jej ostatnio głównych ról? Amerykańska kinematografia potrzebuje Theron w większej ilości, bardziej ambitnych filmów.
Koniec końców - Snow White and the Huntsman to film dobry i mimo, że jestem przeciwnikiem tego typu eksperymentów - oglądało się go przyjemnie. Nie pochorujemy się po konsumpcji. Moja strona osobowości kochająca fantasy bawiła się jak małe dziecko. Wizualnie także nie mam co zarzucić Śnieżce. Owszem, kręciłem nosem na samą fabułę - bo spokojnie można było zrobić zupełnie nowy film, z ciekawszą fabułą, bez konieczności odgrzewania tego kotleta - ale scenarzyści postarali się, by nie było cukierkowo i mdle. Owszem - momentami się dłuży i nudzi. Ale punkty kulminacyjne, efekty specjalne, aktorstwo Theron i Hemsworth'a oraz pocieszna banda krasnoludków pozwalają czerpać radość z historii. Smuci, że ten film był by lepszy... bez Śnieżki, bo mimo iż postać sama w sobie ma być silna i charyzmatyczna - Stewart powiela tu schemat Belli - jest wycofana, nieprzekonywująca i po prostu nie pasuje do roli. A szkoda. Oglądało by się to dużo lepiej z inną Śnieżką.
Jeśli już Hollywood znudziło się świeżymy i autorskimi pomysłami twórców, a zwraca się w kierunku tego typu produkcji - niech to przynajmniej tak wygląda. Porządnie. Z dobrym aktorstwem i w miarę ciekawą i logiczną historią. Nadal nie popieram trendu, ale wolę takie mniejsze zło. Czekając na nowe filmy Anderson'a, Nolan'a, Payne'a i Raitman'a mogę się połowicznie zadowolić kolejnymi tego typu filmami. A nowa, "wystrzałowa" wersja Jasia i Małgosi w drodze i całkiem niedługo w kinach...