środa, 12 września 2012

Snow White and the Huntsman (***1/2)

      Filmy i ich odbiór przez widza, to na tyle radosna sfera, że na każdego wpływa inaczej, każdy ma inne odczucia a i wszystkich gust nie da się pogodzić. Ja, na ten przykład, średnio trawię wszelkiego rodzaju projekty typu "z klasycznej opowieści/historii/dzieła, zróbmy kolejną wersję... ale dodajmy pizdyliard nowych wątków, żeby dodać super nowoczesne efekty specjalne". I nawet mi tu nie chodzi o sequel'e, czy prequel'e, bo tego typu kontynuacje to logiczny ciąg zdarzeń przy udanym pierwszym filmie. Chodzi mi o produkcje, w których nagle się okazuje, że Abraham Lincoln był wziętym zabójcą wampirów, kowboje ostro skopali tyłki obcym, a Królewna Śnieżka doczekuje się dwóch równoległych filmów, z tym, że w jednym tańczy i śpiewa rodem z musicalu, a nawet Bollywood'u <sic!>, a w drugiej siecze mieczem w stylu najmężniejszych rycerzy. I tą drugą - wydaje mi się ciekawszą - wersją Śnieżki chcę się zająć. Snow White and the Huntsman. "Odświeżona" <niczym stary schabowy> na hollywoodzką modłę Śnieżka ma ikry jak 10 faceta, jednak mimikę jednej przeciętnej aktorki. Śnieżka, której pomaga całkiem sympatyczny moczymorda, samozwańczy znawca groźnych lasów - Łowca. Śnieżka, której przeciwniczką jest prawdziwie zła, ale nieziemsko pociągająca Zła Królowa. A to wszystko w akompaniamencie radosnych krasnoludków, polane grubą warstwą fantasy i sosu efektów specjalnych. Posiłek wielodaniowy, ale dań jest tyle, by zapomnieć, że to już wszystko było. Niezbyt świeży, ale apetycznie wyglądający posiłek. I tu trzeba rzucić pytanie: pochorujemy się, czy nie? A odpowiedź jak zwykle zależy od naszego gustu "żywieniowego"
       Rupert Sanders - nie tyle ceniony reżyser, co autor miłosnego "skandalu" z główną bohaterką filmu- scenariusza się nie dotykał, bo i po co? Aż trzy osoby głowiły się nad tym jak pokazać Śnieżkę w wersji "badass", że tłok był by jeszcze z panem reżyserem straszliwy. Ale co serwują nam tajemnicze mózgi stojące za tą historią? Śnieżka jest córką wielkiego króla, ten rzecz jasna, rządzi królestwie. Mama Śnieżki rychło umiera, król zakochuje się w odbitej wrogowi kobiecie. Proste? To afera grubymi nićmi szyta! Zła Macocha słynie nie tylko z urody, ale także z poprzednich "podbojów". Dom Śnieżki nie jest pierwszym jaki rozbiła Królowa. Mści się on na władcach za krzywdy z czasów dziecięcych. Swoją urodą i magią, podbija kolejne królestwa skuteczniej niż armie. Jej potęga trwa tak długo, jak długo jest najpiękniejsza na świecie. Tu pojawia się popularny motyw z lusterkiem <który w filmie robi ciekawe wrażenie>. No i okazuje się, że więziona do tej pory Śnieżka z momentem wejścia w dorosłość będzie najpiękniejsza. No i zaczyna się.
       Sama historia, to troche znanej nam Śnieżki, z nowymi pomysłami twórców. Pomysły te - rzecz oczywista - mają być na tyle wielkie i spektakularne, żeby dodać do klasycznej opowieści jak największą ilość efektów specjalnych. Więc mamy bitwy, trolle, wielkie jelenie z porożem wielkości korony drzew. Dzieje się. Historia nie jest cukierkowa jak poprzednie znane nam wersje. Już scena ucieczki Śnieżki z zamku - powiedzmy, że w stylu na szambo nurka - pokazuje, że ta Śnieżka ma być heroiną naszych czasów - samodzielną, twardą, nie lękającą się trudnych zadań. Reszta - pomijając doszywane fragmenty dla efektów - jest w miarę ciekawa, inteligentnie powiela schemat Śnieżki, jednak mimo wszystko - nudzi.  Ratują ją właśnie efekty specjalne, które naprawdę robią wrazenie i są bezinwazyjnie wplecione w fabułę. Wszystko dopełnia muzyka Howard'a i zdjęcia, które jak w każdej tego typu produkcji - są wspaniałe, piękne, ukazujące niesamowite scenerie. Nic nowego.
       Reżyser, jak już zauważyłem - raczej nie znany - nie porywa się z motyką na słońce. To co dostał, tak nakręcił. Nie ma tu miejsca na zachwianą chronologię, nagłe zwroty akcji. Mamy dobrych i złych. Ganiają się po lesie, aż do momentu wielkiej bitwy. Ok. Historii to nie szkodzi, a wręcz pomaga. Reżyser ciekawie przedstawia jedynie historię Złej Królowej i to dlaczego jest taka zła, i dlaczego tak ważne jest dla niej by była najpiękniejsza na świecie. Do samej historii wprowadza nas dość nudną <przynajmniej mnie nudziła> wstawką opowiadają głosem Chris'a Hemsworth'a. Bałęm się, że reszta też mnie znudzi, ale reżyser się rozkręca. Pościgi są szybkie, walki efektywne. A między tym wszystkim Śnieżka i Łowca podążają w kierunku swojego przeznaczenia.
       Reżyser prochu nie wymyślił, scenariusz też jakoś odkrywczy nie jest. Wszystko w rękach aktorów. I tu mamy prawdziwy kalejdoskop. Bo o ile główna rola męska, czyli Chris Hemsworth jako Łowca - sprawdza się świetnie <ogólnie chłopak pasuje do ról pięknych, szlachetnych, troche aroganckich bohaterów walczących młotkiem/siekierami>, o tyle dwie role żeńskie to popisy. Popis Charlize Theron <Zła Królowa> jako dojrzałej i wspaniałej aktorki oraz popis Kirsten Stewart... czyli rola jak zawsze. Brak mimiki, brak charyzmy i ikry, którą postać Śnieżki ma wpisaną w scenariuszu zaraz obok urody. Gra przez cały film jedną miną, podobno najpiękniejszej na świecie - to leka przesada. Pomijając już ujemny warsztat Stewart, to naprawdę... nie było naprawdę ładnych <i zdolniejszych?> aktorek? Uroda Śnieżki wcale nie przekonuje, przez co byłem przez cały film po stronie Złej Królowej. Z poczucia zwykłej estetyki. Lusterko zgłupiało? Też bym był zły, gdybym wyglądał jak Theron, a jakieś wyimaginowane lusterko pod postacią mnicha, mówiło mi, że to jednak Stewart jest ładniejsza. Lekka skucha.
      Ale nie tylko dlatego Theron kupiła mój głos w wyborze miss uniwersum Królewny Śnieżki. Panie i Panowie. Jak ona gra! Jak ona się wścieka! Jak ona wspaniale się wścieka! Theron zagrała "cold bitch" z taką manierą, że można by pomyśleć, że ta przyjemna kobieta naprawde taka jest. Theron kiedy trzeba skraść królewskie serce - jest niewinna, seksowna, do bólu urocza, aż niebezpiecznie pociągająca. Ale kiedy trzeba pokazać prawdziwą twarz tyrana i morderczyni - ciarki przechodzą po plecach. Kiedy trzeba "wyssać" młodość z uroczej niewiasty, robi to tak, że współczujemy niewiaście jej okrutnego losu. Theron jest tak świetna, że samą scenę "wysysania", która jest po prostu komiczna, zmienia w naprawdę przerażający koszmar małych dziewczynek. Królowa Theron już w drugim filmie, grając "złą kobietę", zjada swoją pozytywną konkurencję <vide: Prometheus> na śniadanie i nawet nie musi popijać tego dania. Czemu tak mało dają jej ostatnio głównych ról? Amerykańska kinematografia potrzebuje Theron w większej ilości, bardziej ambitnych filmów.
     Koniec końców - Snow White and the Huntsman to film dobry i mimo, że jestem przeciwnikiem tego typu eksperymentów - oglądało się go przyjemnie. Nie pochorujemy się po konsumpcji.  Moja strona osobowości kochająca fantasy bawiła się jak małe dziecko. Wizualnie także nie mam co zarzucić Śnieżce. Owszem, kręciłem nosem na samą fabułę - bo spokojnie można było zrobić zupełnie nowy film, z ciekawszą fabułą, bez konieczności odgrzewania tego kotleta - ale scenarzyści postarali się, by nie było cukierkowo i mdle. Owszem - momentami się dłuży i nudzi. Ale punkty kulminacyjne, efekty specjalne, aktorstwo Theron i Hemsworth'a oraz pocieszna banda krasnoludków pozwalają czerpać radość z historii. Smuci, że ten film był by lepszy... bez Śnieżki, bo mimo iż postać sama w sobie ma być silna i charyzmatyczna - Stewart powiela tu schemat Belli - jest wycofana, nieprzekonywująca i po prostu nie pasuje do roli. A szkoda. Oglądało by się to dużo lepiej z inną Śnieżką.
     Jeśli już Hollywood znudziło się świeżymy i autorskimi pomysłami twórców, a zwraca się w kierunku tego typu produkcji - niech to przynajmniej tak wygląda. Porządnie. Z dobrym aktorstwem i w miarę ciekawą i logiczną historią. Nadal nie popieram trendu, ale wolę takie mniejsze zło. Czekając na nowe filmy Anderson'a, Nolan'a, Payne'a i Raitman'a mogę się połowicznie zadowolić kolejnymi tego typu filmami. A nowa, "wystrzałowa" wersja Jasia i Małgosi w drodze i całkiem niedługo w kinach...

czwartek, 23 sierpnia 2012

Maroon 5 - Overexposed (*1/2)

    Moja pierwsza recenzja płyty, miała być tak samo ważna i emocjonalna jak mój pierwszy tekst na temat filmu. I tak samo jak w przypadku filmowego debiutu - zawiodłem się. Zawiodłem się podwójnie. O ile The Dark Knight Rises zawiódł, bo nie dosięgnął poziomu genialnego poprzednika zatrzymując się na przyzwoitym średnim stopniu, o tyle liczyłem, że nowa płyta Maroon 5 - zmaże plamę z honoru jakim była porażka Hands All Over. Nic z tego. Jest gorzej. Dużo gorzej. Jest tragicznie.

    Niepokojące były już wywiady ""Kasztanowych" po wydaniu Hands All Over. Płyta legła jeśli chodzi o ilość sprzedanych krążków, chłopaki sami przyznawali - nowa przyjdzie wcześniej niż się spodziewamy. No na czymś trzeba zarabiać... I chyba tym tokiem myślenia kierował się zespół.

    Overexposed to 110% pop. Ok - już poprzednie wydawnictwo było bardziej popowe niż dwa pierwsze krążki. Liczyłem, że "Kasztanowi" pójdą po rozum do głowy i wrócą do korzeni pop-rock'owych. Chyba dalej tak naiwnie myślałem, mimo iż w radiu i telewizji latały takie porażki jak Moves Like Jagger i nowy singiel - Payphone <matko....>. Nic z tego! Mamy 110% popu!! Żeby to był jeszcze pop z górnej półki! NIC Z TEGO! To ledwo średni pop. Mamy tu typowe, wypłukane z emocji, uczuć i talentu pioseneczki poziomu Seleny Gomez, czy amerykańskich boy bandów. Bardzo starałem się znaleźć jakś dobry kawałek. Ladykiller. Jedyna, która w małym promilu stara się nawiązać do poprzednich dokonań grupy <to smutne, samotne solo...>. Naprawdę musiałem się napracować, żeby chociaż tę jedną piosenkę w najmniejszym stopniu pochwalić. Bo pozostałe numery to nóż wbity w serce prawdziwych fanów Maroon 5. Fanów, którzy oszaleli na punkcie Songs About Jane (*****), docenili It Won't Be Soon Before Long (****). Którzy przesłuchali ich piosenki z czasów, kiedy jeszcze się nazywali... Kara's Flowers. Otóż Overexposed wbija ten nóż totalnie nowym, fatalnym stylem. O ile na Hands All Over (**1/2) znalazłem 3-4 piosenki nawiązujące do stylu z czasów SAJ, tu mamy wszystko, absolutnie wszystko, grane na jeden bit <Jezu... piszę recenzję nowej płyty Maroon 5 i użyłem słowa "bit". Gdyby to był list - dostrzeglibyście małe ślady łez>. Mamy tu każdą melodię graną na jedno kopyto, prawie w ogóle nie słychać, że to Ci panowie kiedyś grali świetne solówki, wzruszali cichym szarpaniem strun gitary, budzili emocje świetną pracą perkusji i basu. Tu tego nie mamy. Mamy generowane dźwięki w stylu Backstreet Boys. Nie ukrywam, że jeśli jakaś piosenka pojawi się na imprezie na której się znajdę - będę się bawił jak szalony. I to jest smutne.

    Czy utrzymali wysoki poziom w tekstach? Boże nie. Teksty są denne, bez emocji, linijki są krótkie i rymują się na siłę, a co drugie słowo kończy się bezsensownym ohhhh, ahhhh, hej, czy innym ooooooooooooooooooooouuuuu. Te "głębokie" pojękiwania wypełniają 1/2 płyty. Tego nie da się słuchać. Gdzie się podziały naprawdę głębokie, mocne teksty jak z The Sun, czy She Will Be Loved? Gdzie ciekawe porównania z This Love? Co się stało z metaforami jak w Makes Me Wonder? Nie ma. Za to pojawiło się przeklinanie, współpraca z raperem z nikąd i dość płyciutkie teksty o niczym. Boli.

    Smutne jest to, że jeden z ciekawszych zespołów jaki wyprodukował amerykański rynek muzyczny tak się kończy. Chłopaki kreują się <zwłaszcza frontman> na nie wiadomo jakich rock'owych zakapiorów, a dali się "spopić" jak co drugi dziś zespół. Ja nie wiem - czy zapomnieli jak grać na gitarze? Perkusista nie wziął pałeczek? Basiście pękły struny? Jesse Carmichael, mózg zespołu - gitarzysta, klawiszowiec i tekściarz - odszedł z Maroon 5 "na czas nieokreślony, by oczyścić samego siebie". Ja myślę, że nie wytrzymał tego materiału. Tu nie ma nic dobrego. Kiedy usłyszałem co zrobili z piosenką Wasted Years, którą
świetnie zagrali na pierwszej koncertówce jako potencjalny materiał na nową płytę - serce mi pękło. Myślę, że Jesse'iemu też. Maroon 5 podzieliło los Radiohead, Muse, Linkin Park, a ostatnio słyszę, że też punkowców z The Offspring. Zapomnieli korzeni, zapomnieli talentu, dali się omamić całemu sztabowi producentów <dla porównania: SAJ wyprodukowało dwoje ludzi. Nowy materiał wyprodukowało prawie 15 osób...>, dali się ponieść dzisiejszym płytkim standardom.

   Płyta pewnie sprzeda się świetnie. Trafi do wszystkich tych, którzy szukają w muzyce niczego. Bezsensownej rozrywki. Czyli trafi do 3/4 słuchaczy. To nie dla mnie. Pełen smutku i żalu idę posłuchać genialnego long play'a - Songs About Jane. To były emocje.
Nowych fanów łatwo zyskać, sprzedając się wytwórniom i zmieniając styl na "nijaki", śpiewając o niczym. Ale jeszcze łatwiej jest stracić prawdziwego fana. Tego, który kochał, gdy grało się muzykę nie łatwą, a prawdziwą.
Bo jakoś trzeba zarabiać...

niedziela, 12 sierpnia 2012

"Change came in disguise of revelation"

Co to był za dzień.

Postanowiłem zrobić coś szalonego. Od razu zaznaczam, że dla większości to będzie zupełnie nie-szalone, wręcz przeciętne. Dla mnie to było wariackie. Wyjątkowe. Bardzo ważne.

Generalnie jestem domatorem i jeśli już gdzieś jadę - to raczej niedaleko, albo w zorganizowanym wypadzie. Więc moim szalonym dniem był jednodniowy wypad do Krakowa na koncert. Prawie bez pieniędzy. 8 godzin autem, za które serdecznie dziękuję i już wspominam z uśmiechem oraz 7 godzin samej zabawy. Dla młodych ludzi to brzmi jak udany weekend. Dla mnie jak przygoda i wyzwanie. Young die hard. Czyż nie?

Ale nie tylko o swoim "szaleństwie" chce napisać. Co to kogo obchodzi? Chcę napisać o koncercie. Działo się. To był mój pierwszy wypad na Coke Live Music Fesitval, drugi na fest w Krakowie <poprzedni dwa lata temu - Selector>. Niestety tylko na jeden z dwóch dni, ale za to z jakim zespołem! The Killers. 15 milionów sprzedanych płyt, psychoza pod barierkami i ponad 150 milionów <sic!> odsłuchań na last.fm niech przemówi samo za siebie. Jedni z moich ukochanych. Jedni z najwspanialszych. Ale oni mieli zagrać ostatni.

Po raz kolejny bardzo pozytywnie zaskoczył mnie zespół hip-hop'owy. Po ciekawym koncercie De La Soul na OWF, muszę przyznać, że średnio mi znani The Roots <aż takim ignorantem nie jestem. Troszkę o nich słyszałem> dali prawdziwy pokaz... rock'n'roll'a! Chłopaki z The Roots nie zatrzymali się jak większość kolegów po fachu na samplach i wtórnych bitach. The Roots to zespół pełną gębą - jest wokal, perkusja, bas, klawisze i gitara. Ale tak jest na każdym koncercie, nawet hip-hop'owym. Tu było coś jeszcze. Talent. Każdy miał swoje 5 minut. Wokalista rapował przez pierwsze 30- 40 minut koncertu, a band był tylko.. bandem. Z tego fragmentu koncertu naprawę wpadł mi kawałek Fire. Świetny tekst i wspaniałe wykonanie. Ale w kolejnej fazie show sytuacja się odwróciła. Wokalista był aktywnym statystą swojego zespołu. Talentem popisywali się perkusista <staniki na perkusji: > i bębniarz. Trwało to dobre 20 minut i widać było, że mają świetną zabawę jam'umąc na scenie. Potem swoją chwilę miał gitarzysta. I muszę powiedzieć, że byłem w szoku. Facet miał tak wielkie umiejętności, że nawet przy moim szacunku i uwielbieniu dla gitarzysty The Killers - kolega z The Roots przewyższał go umiejętnościami. Jam'ował, szalał, grał świetne riffy. Kontakt z publiką miał lepszy niż niejeden frontman. Świetne dawał chórki, zwłaszcza we wspomnianej wyżej piosence. Koncert zapamiętam także z momentu w którym pojawiły się fragmenty cover'ów takich kawałków jak Sweet Child of Mine i Immigrant Song. Wtedy nawet ja podskoczyłem kilka razy pod sceną. Po kilku chwilach na koncercie Pezeta, rapującego pod jeden bit o byciu gnojem <?> - zobaczyłem przepaść między "nami" a "nimi". The Roots to klasa, talent, luz i polot. Na scenie i pod nią była szampańska zabawa. Świetny występ zapowiadający to co miało nadejść następne.

The Killers. Dziś jedni z ostatnich, którzy pozostali wierni swojemu stylowi. Oczywiście ich muzyka zmieniała się na przestrzeni 3 wydanych longplay'ów. Ale zawsze lawirowali w swoim terytorium. Połączenia alternatywnego rock'a z odrobiną indie i... elektroniki. Nienawidzę elektroniki. Bazylion zespołów się zmarnowało po dodaniu syntezatora do ekwipunku. Ale im to pasuje. The Killers to zespól na tyle utalentowany i inteligentny, że nie zamienił głównej roli gitar i perkusji z syntezatorem, jak zrobiło to kilka zespołów. Dla nich syntezator to tylko dodatek dla uzyskania ciekawszego brzmienia. Operujący nim w zespole wokalista, Brandon Flowers - na tyle zgrabnie obsługuje się tym sprzętem, że rock'owe korzenie Killersów na tym nie tracą. Pierwsza płyta to hołd dla dokonań muzycznych Wielkiej Brytanii lat 80. Druga to oda do amerykańskiego stylu. Trzecia, bardziej popowa, to próba szukania  świeżych brzmień. Czekam na czwartą.

Weszli na scenę jak gdyby nigdy nic. I od razu zaczęli od Somebody Told Me. Myślałem, że umrę. I nie - nie chodzi mi tu o "myślałem, że umrę, bo tak strasznie, strasznie kocham tę piosenkę" - chodzi mi o autentyczną, prawdziwą i namacalną śmierć. Ludzie oszaleli. Kilka osób już na początku wyszło z oznakami wyraźnego omdlenia. Nie wytrzymali ścisku, emocji, szaleństwa. Później było już tylko lepiej. Wspaniałe show z najlepszymi kawałkami zespołu. Read My Mind, Human, Mr. Brightside, Jenny Was a Friend of Mine, czy Dustland Fairytale i All These Things That I've Done wyznaczyły trendy w dzisiejszej muzyce. Czekałem na każdą z nich i wszystkie razem. Wszystkie się pojawiły, ale dostaliśmy też próbkę nowej płyty. Oprócz Runaways, które już lata po stacjach radiowych i muzycznych, zespół zagrał też Miss Atomic Bomb i From Here on Out. Zwłaszcza druga - szybka, energiczna piosenka - wpadła mi w ucho. Nowa płyta zapowiada się świetnie.
Zespół po krótkiej przerwie, wszedł na scene przebrany - Brandon w koszulce z godłem Polski! - i kończąc pierwszy dzień CLMF, drugi koncert w Polsce zagrał trzy ostatnie piosenki, encore koncertu, to wspomniane Jenny Was a Friend of Mine <ta linia basu!!!> i From Here on Out oraz When You Were Young. Te ostatnie 10 minut i krzyki "I've got a soul, but I'm not a soldier!" - to czysta magia jaką może wywołać tylko synteza zespołu i jego fanów. Gromki śpiew, skakanie, a na koniec wzajemne podziękowania i rzucanie gadżetów.

Co to był za dzień. Koncerty były wspaniałe. Podróż była wyzwaniem - ale w dobrym towarzystwie i to okazało się przygodą. Mój szalony dzień okazał się sukcesem. Na myśl o możliwym następnym takim wypadzie, o następnej przygodzie - na moich ustach pojawia się lekki szelmowski uśmieszek i poczucie ekscytacji. Kiedyś na samą wzmiankę o tym - przykuł bym się do łózka i wskoczył pod kołderkę. Coś się zmieniło. Chyba zaczynam wylatywać z jarzma "matczynej miłości" i ewoluuję. A może to rewolucja? Czas zwiedzać, poznawać. Oglądać i przeżywać. Warto czasem zrobić coś szalonego.

Change came in disguise of revelation

wtorek, 7 sierpnia 2012

Martha Marcy May Marlene (****1/2)

                                                                    She's just the picture.


      Dobry film, ze świetną obsadą, ciekawą historią i świeżym pomysłem na reżyserię.
Film to studium uzależnienia. Uzależnienia od ludzi. O zagubieniu. Braku zrozumienia i bliskości. O tym jak te braki są zgubne.
     Matha to młoda zagubiona nastolatka. Z historii dowiadujemy się małymi kroczkami <jak ja uwielbiam powoli rozwijające się, nudne filmy>, że w rodzinie się nie układa. Trafia do domorosłej sekty, gdzie każdy jest równy, a jej lider najrówniejszy. Organizuje na małej farmie życie, komunę dla młodych ludzi, których świat nie zrozumiał. Daje im schronienie, uwagę i to zrozumienie właśnie. Jest mentorem i nauczycielem, jest charyzmatyczny, uroczy. Orator i sprzedawca kłamstw. Kupuje ich słowami, bo jako jedyny ich słucha. Jako jedyny mówi tylko do NICH. Tak im się wydaje. Pod parawanem sielanki pojawiają się zgrzyty - "rytuały" oczyszczenia, kradzieże, nawet śmierć. Martha na początku uwielbia nowe życie. Staje się Marcy May. Staje się częścią organizmu. Jest szczęśliwa.
Ale nie jest bezpieczna.
      Jednak z czasem odkrywane sekrety i następujące wydarzenia otwierają oczy Mathcie. Pozostawia Marcy i wraca do siostry. Ta razem z mężem, przyjmują ją pod dach, próbując jej pomóc w swoim nowobogackim stylu. W stylu ludzi sukcesu i pieniędzy. Próbują jej pomóc, ale nie próbują zrozumieć. Martha jest bezpieczna, ale nie jest szczęśliwa.
       Film to studium sekty. Pokazuje jak "wyższe wartości" nas ogłupiają. Ale czym różni się od Kościoła? Czym Patrick różni się od księdza z parafii? Czym ich rytuały, różnią się od rytuałów Katolików, Żydów, czy Muzułman? Owszem - to co proponuje sekta, to zazwyczaj jest skrajna extrema, ale sens rytuałów pozostaje ten sam. Po co się ogłupiamy i szukamy wolności i pocieszenia w czymś co nie istnieje, a o egzystowaniu sił wyższych/szczęścia zapewniają nas księża bez wiary czy liderzy sekt? Dlaczego tak często dajemy się ogłupić ludziom, którzy nie mają NIC do powiedzenia, nie mają nas czym zainteresować, jednak im ufamy, bo nas tylko wysłuchali. Smutne.
       Siłą filmu jest aktorstwo. Nie spodziewajcie się nie wiadomo jakiej akcji. Film mocno aktorem stoi!
John Hawkes jako lider sekty jest świetny. Anemicznie chudy, brzydki. Ale szarmancki. Wyrozumiały. Wie co trzeba zapewnić młodym ludziom i im to daje. Kilka słów z nim i Martha decyduje się zostać. Hawkes też hipnotyzuje, mimo, że na ekranie jest rzadko i mało mówi. Wiele "wie" i umie trafić do swoich podopiecznych. Zwłaszcza do kobiet. Świetny. I ta piosenka...
Rośnie męski odpowiednik Marissy Leo w kinie niezależnym. Kiedy Oscar?
        Ale nawet on przegrywa z Elizabeth Olsnen. Znajome nazwisko? Tak to młodsza siostra TYCH Olsenek! Zupełnie inna. Uroczo pulchna, z pyzowatą buzią i nieklasycznie ładna. Odważna. Gra cielesnością, gra twarzą, ale z minimalizmem. Minimalizm jakim ukazała Marthe/Marcy zasługuje na wielkie brawa. Bywa cicha, wycofana,zagubiona i przestraszona, ale ma też różne ataki, które przerażają biorąc pod uwagę wcześniejszy skąpy zakres ruchów i gestów. Jej rozmowa ze szwagrem o życiu oraz z siostrą o dziecku - brawa! Przed nową-lepszą Olsenką otwierają się drzwi do wielkiej kariery. Niech ten potencjał się nie zmarnuje!
        Reżyser! Sean Durkin GENIALNIE operuje historią. Jest też scenarzystą, więc rozumie  historię, bohaterów oraz ich decyzje. Wybitnie czuje film. Marthe pokazuje zazwyczaj z bliska. Marcey raczej na szerszym planie. Świetnie przeskakuje między teraźniejszością a wspomnieniami z sekty. Wykazuje się też błyskotliwym pomysłem na tytuł filmu. W prawdziwe imię i nazwisko bohaterki wstawił imię i nazwisko jej alter ego. Film i reżyser <młody chłopak!> przywracają nadzieję na amerykański film. Znakomita końcówka także zasługuję na uwagę. Martha uciekła z sekty. Ale czy ta nie będzie chciała wchłonąć jej z powrotem? Widzę godną rywalizację dla Alexandra Payne'a!
         Szczerze polecam. Film jak najbardziej godny uwagi. Ambitne kino. Ważne. Może i się wynudzicie oglądając, ale zobaczcie. Zastanówcie się i wczujcie. Nie pożałujecie. Małe wielkie kino!

...I ta piosenka! She's just the picture.


https://www.youtube.com/watch?v=9NGQD63qAOw&feature=player_embedded

Shame (*****)

    Wspaniały film. Wspaniały duet. McQueen i Fassbander. Genialny i genialniejszy. Pierwszy umiejętnie operuje kamerą i scenami <kamera pozostaje w miejscu, nawet jeśli bohaterowie już opuścili plan>. Cechuje się dość surowymi metodami reżyserskimi. Film toczy się powoli, od sceny do sceny. Zwraca uwagę na detale. Rzeczy, miny, akcje, gesty. Poznajemy bohaterów - ich imiona, nazwiska, profesje - ale to niemalże wszystko. Nic nie wiemy o ich przeszłości, tylko zakładamy. To co wiemy, to fakt, że mają problemy. Reżyser wprowadza nas w tę historię powolutku. Jednak film przyśpiesza gdy bohaterów doganiają ich demony. A demony znajdziemy straszliwe. Sex, zdradę, chęć bliskości.
    McQueen stworzył historię dzisiejszych 30 latków. Dziś liczy się sukces i bezgraniczna cielesność. Uczucia to słabość. Uczucia należy zniszczyć, by osiągnąć ten upragniony sukces.
     Brandon jest sexoholikiem. I to nie jest problem. Żyje w swoim świecie sexu, od jednej kobiety do drugiej, od jednego hardporn, do drugiego. Nikogo nie krzywdzi. Swoje kobiety uświadamia, informuje, że to co ich połączy jest jednorazowe. Nie przeszkadza mu to w wykonywaniu swojej pracy. Problemem stają się zobowiązania. Pojawia się siostra. Pojawia się kobieta mówiąca o zaangażowaniu. Pojawiają się problemy. Sex staje się mniej przyjemny, Brandon staje się żądny nowych, ryzykownych wyzwań. I właśnie to przedstawia ten film. Jak zniszczonym pokoleniem jesteśmy/będziemy, jak boimy się zaangażowania. Z historii można wywnioskować, że główny bohater i jego siostra nie mieli łatwego dzieciństwa i nie mają łatwych relacji. Są popaprani. Zniszczyli ich rodzice? Szkoła? Środowisko, w którym się obracali? Wszystko po trochu? Nie wiemy. Nie ważne. Ważne, że nie ma nikogo na kim polegać. Dążymy, jak Brandon i jego siostra, w naszym popapraniu do autodestrukcji, bo otwarcie się na ludzi, nawet tych najbliższych, oznacza dziś porażkę i słabość. Uciekamy w sex, samobójstwa, depresję.
     Michael "Fassy" Fassbender. Dlaczego on nie nie dostał nominacji do Oscar'a? Facet wykonujący od dobrych 4 lat genialną pracę nie zostaje nawet doceniony. Wstyd. Prawdziwy shame. Kontynuuje modę w Hollywood na nagość wśród aktorów. Gra grymasami, mimiką, twarzą, cielesnością. Gra wszystkim co ma. Oddał się McQueen'owi i nie powinien żałować. Świetna rola. Bolesna. Trudna. Paskudnie świetna. Trudno napisać coś więcej. Majstersztyk.

Shame to film godny polecenia, ale dla ludzi chcących przemyśleń i zaangażowania <o ironio> w film. Z czystym sumieniem daje maksymalną ocenę - ***** Bo jest to film trudny. Mocny. Popaprany. Miejscami obrzydliwy. Obrzydliwie prawdziwy i realny.

niedziela, 5 sierpnia 2012

Prometheus (***1/2)

     Ridley Scott wraca do korzeni. Po ponad 3 dekadach wraca do kultowego dzieła, które otworzyło mu drogę do kariery reżysera. Seria Alien, którą Scott rozpoczął w 1979 roku okazała się wielkim sukcesem. Wszelkiego rodzaju maniacy kosmitów, kosmosu, ale nie tylko - zanurzyli się w przygodach Ellen Ripley (BOSKA! Sigourney Weaver) niczym Alien w ciałach swoich ofiar. Połączenie Sci-fi z horrorem, razem z oszołamiającymi jak na ten okres efektami specjalnymi, otworzyło nowy rozdział w historii kina. Obcy miał pojawiać się w trzech kolejnych, cieplej i chłodniej, przyjętych filmach. Aż do 1997 roku. Ostatnia część Aliena - przez jednych kochana, przez innych nienawidzona - zamknęła na długi okres czasu filmową historię Obcego. A dziś Scott odradza serię (podobno w nowej trylogii!) i sam wraca za kamerę. Jednak Prometheus, to zupełnie inny film. Prequel. Miał za zadanie ukazać "orgin" - narodziny Obcego. Zobaczmy co z tego wyszło...
     Przyszłość. Grupa naukowców odnajduje w różnych częściach świata, prymitywne malowidła plemion żyjących na danym terenie. Różni je miejsce, pochodzenie, czas. Prawie wszystko. Łączy je jeden i ten sam motyw - obraz gigantów i trzy koła. Wniosek - jesteśmy czymś w rodzaju eksperymentu rozwiniętej cywilizacji. Naukowcy nazywają ich "Inżynierami". Wyruszają więc w kosmiczną podróż, by odkryć prawdę...
    Tak pokrótce wygląda scenariusz i wstęp do historii. Dalej scenariusz serwuje emocjonującą zagadkę rodem z kosmosu i liczne zwroty akcji rodem z kina akcji oraz... scenariuszowe idiotyzmy. Chyba tylko The Dark Knight Rises może konkurować ze scenariuszem Prometheus'a w kategorii "Największe dziury logiczne i głupie decyzje bohaterów". Film ogląda się świetnie do połowy. Potem odniosłem wrażenie, że autorzy scenariusza i sam Scott, nie mają pomysłu na historię. Fani serii Alien też zostaną postawieni przed licznymi faktami, które pozbawione są sensu w perspektywie znajomości anatomii i działania Obcego. Może to będzie wytłumaczone w kolejnych filmach. Za co należy pochwalić scenariusz, to za mnóstwo symboliki i ciekawe postacie. Pierwsza scena filmu może nawiązywać do historii mitycznego Prometeusza. Ciekawe jest też zestawienie głównej pary naukowców - głęboko wierzącej Elizabeth i ateisty Charlie'go. Każde z nich szuka Inżynierów dla własnej ideologi. Elizabeth uważa, że ich odnalezienie potwierdzi istnienie Boga, lub da odpowiedzi na nurtujące pytania (-Jeśli oni stworzyli nas, kto stworzył ich?). Charlie w opozycji do swojej ukochanej (tak, tak mamy wątek miłosny) wierzy, że Inżynierzy ostatecznie podważą istnienie Boga. Rozmowa ostatniego z robotem David'em też jest warta uwagi (-Dlaczego ludzie mnie stworzyli? -Bo mogli -Czy gdybyś Ty to usłyszał, nie był byś zawiedziony?). Rola David'a na pokładzie statku Prometeusz (kolejny symbol i nawiązanie do mitologi) także jest niezwykle interesująca. Warto zwrócić uwagę jaki film ogląda David w czasie opieki nad statkiem...
    Jak przy tym nie równym scenariuszu wygląda reżyseria? Scott stara się wszystko nam wytłumaczyć i wprowadzić w historię małymi kroczkami, żeby potem zaserwować nam jazdę bez trzymanki. Jednak trudno się wczuć w film bez znajomości poprzedniej serii. No cóż - ryzyko zawodowe. Reżyser zmienia też znacząco klimat. To nie jest horror sci-fi. To kino akcji sci-fi z domieszką symboliki i religii <?>. Scott też zbytnio polega na efektach specjalnych w drugiej połowie filmu. Kiedy akcja się rozkręca i coś zaczyna się dziać - gubi logikę i sens na rzecz absolutnie wspaniałych efektów. W pierwszym Alien'ie, Obcym był facet w rajtuzach, a migające światełka były szczytem techniki. I filmowi to wyszło na dobre. Mimo wszystko czystym sumieniem przyznaję, że Prometheus w 3D na ekranie IMAX - zyskuje i nawet błędy logiczne nie rażą tak bardzo. Naprawdę warto iść do IMAXa na ten film. Wrażenie piorunujące. Jestem gigantycznym przeciwnikiem 3D, ale tu dałem się ponieść magii trzechwymiarów. W tych efektach bardzo dobrze się odnajduje nasz Dariusz Wolski. Zdjęcia stoją na wysokim poziomi i robią niesamowite wrażenie. Zwłaszcza plenery i... wnętrze statku. Widać, że Wolski i Scott wyczuli klaustrofobiczny klimat statku kosmicznego.
      Aktorstwo, tak jak wszystko w tym filmie, jest nie równe. Scott chyba nie bardzo wiedział jak z niektórymi pracować. Zacznijmy od plusów. Michael Fassbender jako android David. Brawo. Geniusz. Potwierdza swoją pozycję w Hollywood. Dziś jest prawdopodobnie w trójce najlepszych aktorów. Fass zrobił to co miał zrobić - zagrał robota. Proste? Nie wydaje mi się. Od aktora wymaga się gry emocjami. Okazywania ich ciągle i wciąż. Fassbender... tego nie robi. I chwała mu za to! Jest wypruty z emocji, zimny, wyrachowany. Kalkuluje. Zachowuje się jak maszyna obliczająca najlepsze dla swojej misji równania. Ma dziwne, lekko sztywne ruchy. Praktycznie nie ma mimiki. Nie zmienia głosu, czy maniery. Bo po co? Jest androidem. Nic nie czuje. Zagrać coś takiego i wyjść na debila - wielka sztuka. Fass - You did it again!
Bardzo dobrymi rolami popisują się Idris Elba i Charlize Theron. Pierwszy - kapitan Janek (nic swojskiego niestety) to kosmiczny kowboj. Jego statek to jego rumak. Jest wyjęty z naszej epoki. Przywiązany do starej muzyki, t-shirt'ów. Skrajnie odważny i opanowany. Elba czuje się w tej rol jak ryba w wodzie. Zawadiackim uśmiechem, gestami i stylem bycia dodaje Jankowi własnego uroku. Brawo. Theron jako Meredith Vickers - koordynator misji - jest podobna do David'a. Zimna, wyrachowana i ciągle kalkulująca. Nie będzie miała problemu z zabiciem członka załogi, jeśli zagraża on misji. Pod wątpliwość zostaje wystawione jej człowieczeństwo. I Theron wybitnie daje sobie z tym radą, bo... nie gra jak Fassbender. Jest odrobinę bardziej ludzka, czuje, co widać w filmie. Kolejne brawa!
I ostatnia ważna postać w filmie. Wydaje się - obok David'a - najważniejsza. Elizabeth Shaw - Naoomi Rapace. Wydaje mi się, że jest to rola, postać, która miała zastąpić niezastąpioną Ripley. I, niestety, Rapace ulega legendzie. Mam wrażenie, że to miała być heroina naszych czasów- nie tyle silna jak na kobietę i nie walcząca, a polegająca na sprycie i inteligencji oraz intuicji. W "kosmicznym filmie akcji" się to ewidentnie nie sprawdza. Tak ważna postać, a jest zagrana sztucznie, jakby na siłę. Słychać silny akcent Naoomi, mimo, że w retrospekcjach jako dziewczynka, Shaw mówi płynnym angielskim z wyraźnym i czystym akcentem. Przez cały film wygląda jakby była wiecznie speszona. To jej postać funduje nam najwięcej "dziwnych" decyzji i to z jej postacią wiążą się dziury scenariuszowe. Oczywiście to nie wina aktorki, ale na pewno jej to nie pomaga w ogólnej ocenie.
     W ogólnym rozrachunku - mimo wszelkich zarzutów - wyszedłem z kina zadowolony i oczarowany. Żyłem filmem, historią i znaczeniami pojawiającymi się w nim, długo po seansie. A czyż nie jest to istota dobrego filmu? Błędy scenariusza i brak logiki rekompensują nam genialne efekty. Sztuczną i skrępowaną Rapace rekompensuje nam wspaniały, idealny Fassbender. Warto. Warto iść dla niego i dla wizualnego orgazmu. Jeśli jesteś fanem Alien'a - warto by na nowo wgłębić się w to uniwersum, które straszyło nas po nocach w latach młodości. A jeśli w życiu nie widziałeś serii i Cie to nie jara - także warto, bo to inny film, z innym klimatem i małą ilością Obcego we własnej postaci. Pan Scott osiągnął to co zapewne zamierzał. Film dla wszystkich. Opłacił to kilkoma bolesnymi wpadkami, ale nie oszukujmy się - nikt tego nie będzie po seansie pamiętał. Bo rejs Prometheus'em ma tak dużą moc.

piątek, 27 lipca 2012

The Dark Knight Rises (***1/2)

    RECENZJA ZAWIERA ŚLADOWE ILOŚCI SPOILERÓW!!


    Na swoją pierwszą recenzję na blogu, czekałem długo. Długo, bo chciałem, żeby była to recenzja znacząca, żeby był to film dla mnie ważny. Chciałem, żeby odznaczał się wszystkim co lubię w filmach - emocjami oczekiwania na premierę, świetnymi twórcami, wybitnymi aktorami, historią, czy bohaterem, które uwielbiam. The Dark Knight Rises. Ten film miał to wszystko. Świetny kandydat łączący te wszystkie elementy. I co? I... Ale po kolei.

    Krótko o tym jak wygląda skala moich recenzji - jest to pięciogwiazdkowa skala, gdzie dopuszczam oceny cząstkowe (np. 1/2 gwiazdki). Nie przesądzam, czy ** to niemal dno, a **** to świetne dzieło - to implikuje sama recenzja. Ważniejsze od oceny wydają mi się spostrzeżenia i uwagi.

    Wróćmy do filmu. Wszystko zaczęło się w 2005 kiedy na ówczesną chwilę prawie nikomu nieznany reżyser - Christopher Nolan, ukazał światu swoją wizję Batmana. Wydawałoby się - sukces to marzenia ściętej  głowy. Po dwóch filmach Joel'a Schumacher'a, które - nie oszukujmy się - były tak złe, że pogrzebały na długi czas legendę jednego z najwspanialszych, a według wielu najwspanialszego z bohaterów. Ale film odnosi sukces. Batman Begins (****1/2) i nowe realistyczne spojrzenie na Człowieka - Nietoperza, z ukazaniem przyczyn jego walki z niesprawiedliwością, z wyjaśnieniem jego ideologii, treningu i motywów- okazał się sukcesem tak komercyjnym, jaki artystycznym. Kolejna część była kwestią czasu.
    Po 3 długich latach pojawia się The Dark Knight (*****). Film wyprzedzający o kilka długości swojego poprzednika, a pozostałe adaptacje komiksowe ośmieszający w wręcz brutalnie. Mroczny, ciężki, z wieloma symbolami i fabułą, która od początku do końca trzyma w napięciu. Owszem - kilka dziur w scenariusz można się doszukac, ale nie są one aż tak znaczące przy sile atutów dzieła Nolana. No i on. Heath Ledger jako Joker. Maestria. Ideał. Rola wybitna. Ledger nie grał Jokera, on nim był. Psychopatą. Socjopatą. Mordercą i masochistą, który plan zniszczenia Gotham, zamienił na plan zniszczenia ludzi Gotham. Dla zabawy. Tylko by udowodnić, że zło to nie kwestia charakteru osoby, a kwestia sytuacji w jakiej się znajduje. Brawo! Postać świetnie pomyślana, napisana, której teksty już przed premierą osiągnęły status kultowych. Ale przede wszystkim idealnie zagrana. Zasłużony, niestety pośmiertny, Oscar dla Ledger'a za jego ostatnią rolę. Szokujący brak nominacji do pozostałych ważnych nagród. Akademia nie była gotowa na nagrodzenie filmu na podstawie komiksu.

    Zamknięcie, jak się później okazało trylogii - miało to zmienić. The Dark Knight Rises miał być tym czym Lord of The Ring dla fantastyki, a Avatar dla science fiction. Kamieniem milowym, którym The Dark Knight się nie okazał tylko ze względu na niewłaściwy czas. Epickie zakończenie wybitnej trylogii, która dla mnie jest jak pierwsze filmy Star Wars dla ludzi tamtego okresu - miało wszystkich rzucić na kolana i pokazać hegemonię Nolana w dzisiejszym filmowym świadku.

    Niestety nie udało się. Film pomimo wielkich oczekiwań - zawodzi. Jest najsłabszą częścią trylogii. Jest najsłabszym filmem Nolana. Zawodzi wiele rzeczy, które miały być wybitne. Nolan i spółka zwyczajnie nie podołali nakręcić trzeciego równorzędnego filmu. Widać wypalenie i przesadę. Chęć zrobienia na siłę czegoś skrajnie epickiego, ale mądrego. Więc mamy tu mnóstwo wybuchów i symbolikę na każdym kroku a to wszystko polane ciągłym... gadaniem. I nie wychodzi to nikomu na dobre. Ale zacznijmy od początku.
    Reżyseria to jeszcze jedna z mocniejszych stron filmu - Nolan stara się stopniowo budować atmosferę, wprowadzając nas do akcji, pokazując losy starych bohaterów i przedstawiając nowe twarze. To wszystko dzieje się trochę za wolno, ale reżyseria nie wygląda tak źle. Zdjęcia jak zwykle stoją na wysokim poziomie. Długoletni współpracownik Nolana - Willy Pfister - zna się  za rzeczy jak mało kto i świetnie operuje kamerą w niemal każdym momencie filmu. Montaż jest zaskakująco słaby, zwłaszcza na końcu, gdzie niepotrzebnie wprowadza się niektóre sceny w sekwencje zakończenia "wybuchowej" sprawy Gotham. A przecież montaż był zawsze mocną stroną filmów Nolana... Muzyka od strony technicznej ratuje wszystko. Ścieżkę dźwiękową można nazwać tylko jednym słowem - arcydzieło. Odwraca uwagę od niedociągnięć, sprawia, że ogląda się przyjemniej. Buduje atmosferę lepiej niż scenariusz i odgrywa ważną integralną rolę w filmie. Hans Zimmer po raz kolejny pokazał klasę, fundując najlepszy soundtrack roku na chwilę obecną.
    Uwagę warto zwrócić na aktorstwo, nie tylko ze względu na wybitną rolę Ledger'a w poprzednim filmie, ale dlatego, bo jest to mocna strona filmu. Bale jako Batman - no cóż, Ameryki nie odkrywa, ale Bale jako Bruce Wayne - tu rzeczywiście pokazuje kunszt. Jeśli chodzi o Bale'a - najlepiej zagrana  część trylogii. Brawo. Ze starych znajomych mamy oczywiście Alfreda i Luciusa. Panowie Caine i Freeman stają na wysokości zadania, są zabawni gdy trzeba, poważni gdy sytuacja wymaga. Michael Caine kilka razy samotnie szarżuje jako aktor i wychodzi to filmowi na dobre. Jedna z lepszych ról w filmie. Dwie nowe twarze. Joseph Gordon-Levitt i Marion Cotillard. Pierwszy jako John Blake - młody policjant idealista - sprawdza się idealnie. Wygląda chłopięco, działa jak mężczyzna. Ciekawa postać z bardzo fajnym oczkiem puszczonym do widza. Zawsze przyjemnie się chłopaka ogląda, a i tu pokazuje, że jest jednym z lepszych swojej generacji. Cotillard. Sam nie wiem co napisać. Przez cały film poprawnie, ale nic poza tym, by na końcu... rozczarować na całej linii. Jej ostatnia scena w filmie to żart i aktorskie przedszkole. Jak Nolan na to pozwolił? Naprawdę ciężko było mi powstrzymać zdziwienie i... rozbawienie.
    Kolejne dwie nowe twarze - Tom Hardy i Anne Hathaway. Tom - aktor wyjątkowy - staną przed trudnym wyzwaniem zastąpienia Jokera. Bohaterowie różni, klasa aktorów mimo wszystko przemawia za Ledger'em. Hardy dodatkowo "upośledzony" aktorsko przez maskę na twarzy. Ale wychodzi z tego obronną ręką. Jako Bane jest personifikacją bólu - zarówno własnego, jak i bólu innych. Gra głosem, gra oczami, gra świetnie przygotowanym ciałem i treningiem. Bywa showman'em, bywa tyranem. Wzbudza strach nie groźbami - a spojrzeniem i przerażającą siłą. Daleko, zarówno postaci, jak i aktorowi do Jokera Heath'a, ale Hardy nie hańbi legendy antagonistów. Bardzo dobra rola, która w filmie kończy się w sposób tak bardzo rozczarowujący, że aż bolesny.
    Obsadzenie Hathaway jako Kobiety Kot (nazwa nie pada w filmie ani razu), wzbudzało moje silne wątpliwości. Anne to wybitna aktorka, jedna z niewielu naprawdę dobrych. Ale jakoś nie pasowała. I rozczarowałem się... pozytywnie! To co z góry założyłem, że zawiedzie - jest najmocniejszą stroną filmu. Gra Hathaway jest perełką. Pierwsze sceny z nią pokazują jak ogromne ma umiejętności - od niewinnego kotka do kocicy z pazurami. Jest ostra, inteligentna, seksowna i perfekcyjnie przygotowana. Ma najlepsze dialogi w filmie, cięty język. Lekka arogancja nasuwają na myśl żeńską wersję Tony'ego Starka. Jeśli wytwórnia chciała by zrobić spin-off (których jestem zażartym wrogiem!) - to niech mnie diabli - umrę z zachwytu. Ilekroć Anne pojawia się czy to w kostiumie, czy to bez niego - kradnie pozostałym scenę luzem i polotem. Sama postać jest świetnie skonstruowana. Niczym komiksowa Kobieta Kot - zmienia strony w zależności od sytuacji. Definitywnie najmocniejszy element filmu.

    Fabuła, która była świetnie pomyślana, przy dwóch poprzednich filmach - leży i czeka na policzek od The Dark Knight i Batman Begins. Brak tu polotu, Nolan używa klisze z filmów akcji typu "B" (bomba atomowa w mieście? Pochodząca z założenia "życiodajnego reaktora"? Serio? Wybuchnie po dojściu licznika do 0 - więc trzeba się śpieszyć, żeby ją rozbroić. Serio? To było fajne owszem. W filmach z Chuckiem Norrisem ), wprowadza niepotrzebnych bohaterów (Ra's al Ghul), film jest przegadany - co zazwyczaj w filmach Nolana jest atutem, bo z rozmów dowiadujemy się najwięcej o bohaterach - tu to się nie sprawdza i wprowadza dłużyzny. Decyzje i wybory niektórych postaci nadal wprowadzają mnie w osłupienie, są nielogiczne i czasami wręcz głupie. Scenariusz jest dziurawy, w momentach newralgicznych - wręcz niezrozumiały. Między Bogiem, a prawdą - mało Batmana w tym Batmanie, historia skupia się na Bruce Wayne'ie, co wychodzi w kratkę - raz jest dobrze, a raz za długo i niepotrzebnie. Zupełnie nie przypomina pracy braci (scenariusz pisał tradycyjnie także Jonathan) Nolan, bardziej wygląda jak praca domowa pisana na kolanie w autobusie. Bracia poszli za daleko we wszystkim - w wybuchach, w gadżetach, w wycieczkach bohaterów, w masowych scenach (owszem robią wrażenie, ale są nie autentyczne...), w intrydze (poszedł za daleko i zostawił mnóstwo dziur w scenariuszu - niemądrze - kto uwierzy, że mieszkańcy miasta ucieszą się na wieść, że dostali miasto dla siebie z rąk szaleńca, który mimo wszystko ich zastrasza?), w nawiązaniu do dzisiejszej ekonomii (okupacja Wall Street), w ilości ukazanych śmierci - ostatni element zawodził w poprzednich częściach - tu reżyser odbija to sobie z nawiązką, co niekoniecznie wychodzi filmowi na dobre. I po co zostaje uchylona furtka dla możliwych kolejnych części? Nie wieże, że to pomysł reżysera. Czyżby Nolan uległ wytwórni? Zadowala ledwie kilka elementów - walka Batmana z Bane'em, Selina Kyle i może historia Blake'a i oczko puszczone do fanów związane z tym bohaterem na końcu filmu. Na to czekałem 4 lata?
     Ale bardziej niż wszystko w tym scenariuszu - co mogę zrozumieć, ograniczeniem czasu projekcji, budżetem, walką z wytwórnią i innymi wymówkami - boli zakończenie. Bez jaj. W stylu hollywoodzkiego happy endu. Rozczarowuje, wbija nóż w plecy. Kończy się jak w wspomnianych filmach akcji klasy "B". Dobro zwyciężyło, zło odeszło, wszyscy są szczęśliwi. Wszyscy... W The Dark Knight, dobro miało swoją cenę. Wysoką cenę.
    Legenda się nie skończyła. Legenda dostała kosę w bebechy i powoli umiera. Powoli, bo nie umarła od razu - mimo wszystko jest to niezły i tylko niezły film. I to jest tak bardzo rozczarowujące - dwa wybitne filmy, zamyka film niezły. Wręcz przeciętny.

   Ocena ***1/2 wydaje mi się odpowiednia. Nie jest nad wyrost, ale też nie krzywdzi filmu. Ot kolejny "super hero movie". Niestety. Doszukać się można analogii do trylogii Godfather. Genialny pierwszy film, który niespodziewanie zostaje zdystansowany przez jeszcze lepszą kontynuację. A trzeci film, to taki niepotrzebny bękart, który miał przejąć "rodzinny interes" jednak koncertowo zawodzi na całej linii, bo - pomimo iż nie jest aż tak zły - nie dorasta swoim poprzednikom do pięt. Szkoda.

   Film Nolana oglądało by się lepiej, gdyby... nie zrobił go Nolan. Od tego reżysera należy oczekiwać wielkości - bo taki jest. Wielki. Dziś jeden z najwybitniejszych. Jednak nikt nie robi wszystkiego cały czas dobrze - nawet jeśli jest się geniuszem. Każdy musi się potknąć i upaść. A przecież upadamy, by nauczyć się jak się podnieść. I dlatego czekam. Czekam na kolejny projekt Nolana, bo wiem, że następnym filmem zachwyci. In Nolan I trust!