Każdy ma swojego bohatera. Tego ulubionego. Tego, który jakoś wpłyną na nasz, nasze wartości i cele. Niektórzy dość dosłownie MAJĄ bohatera. Takiego, z kart komiksów, z supermocami, z przeciwnikami tak niebezpiecznymi, że strach! Dla jednych to Superman, dla innych Batman, Ironman, czy Spiderman właśnie. Moim oczywiście jest Batman - ze swoją zachwianą moralnością, intelektem i ... brakiem supermocy! Przez co tak łatwo się z nim utożsamić. Ale nie o nim dziś, dziś o bohaterze, z którym równie łatwo się utożsamiać, zwłaszcza, w czasach gdy dziecięciem <nastolatkiem właściwie> się jest. Spiderman. Zwykły, pierdałowaty nastolatek ze swoimi problemami, kawałem tajemnicy rodzinnej, wychowywany przez wujostwo, które ukształtowało go na człowieka dobrego, acz skrytego. Czyli szarak w tłumie przeciętności. Oprócz inteligencji i wiedzy matematyczno - fizycznej <bleh> nie różni się od 3/4 nastolatków. I tu tkwi fenomen Spidermana. Pomimo zyskania - dość oczywistych i chyba wszystkim znajomych - supermoc, nadal taki pozostał, wykorzystując, niczym Zorro, swoją wcześniejszą "pierdałowatość" do pozostania niezauważonym przez swoich wrogów. No i pozwolił nam uwierzyć, że każdy może być superbohaterem. Wystarczy dać się w odpowiednim czasie ugryźć przez coś napromieniowanego!
Film to rebot tematu, który reżyser Sam Reimi i aktor Tobey Maguire podjęli w 2002 roku swoim filmem Spider-Man. Tamten film - pierwsze tego typu spojrzenie na legendę Człowieka Pająka - okazał się sukcesem komercyjnym, jak i zyskał przychylność większości fanów. Mi też diabelsko się podobał, pomijając fakt, że Maguire to żaden aktor i do tej roli się nie nadawał. Nawet jak na Spidermana - był zbyt, cóż, "ciotkowaty" do roli. Pomijam już słaby warsztat aktora. Jednak Spider-Man (****) przyjął się genialnie, kontynuacja - owszem słabsza - też zyskała zwolenników. Po Spider-Man 2 (***), przyszedł cios jakim był Spider-Man 3 (*) i temat Pajączka ucichł na kilka lat. Mówiono o kolejnej kontynuacji ze wspomnianym wcześniej duem - ale na planach się skończyło. Wytwórnia zdecydowała, zapewne na fali sukcesu rebotu Batmana, na nowe rozdanie. I tu zaczyna się nasza przygoda.
Tak długi wstęp był potrzebny, żeby zrozumieć, czemu w ogóle ten film powstał. Początkowy sukces i następująca po nim porażka filmów Reimi'ego, fala popularności nowych "Batmanów". Mamy tu jednak do czynienia z początkiem filmu niemal identycznym <a na pewno zbliżonym> do filmu z 2002 roku. Peter Parker to dzieciak z problemami, czujący pustkę po rodzicach <tu ten wątek jest rozwinięty>, mieszkający z moralnie nieskazitelnym wujostwem, szaleńczo zakochany w dziewczynie "out-of-his-ligue". Zmieniła się też dziwczyna. Rudowłosą MJ, zastąpiła blond Gwen Stacy. Oczywiście jest moment ugryzienia i odkrywania mocy. I dalej Marc Webb idzie swoim własnym szlakiem. Amen.
Oprócz kosmetycznych zmian z początku filmu, zmienia się przeciwnik, zmienia się sam Peter Parker. Wydaje mi się, że bardziej niż śmierć wujka - kieruje nim chęć poznania prawdy o rodzicach. Oczywiście zejście wujka Bena <przy którym walnie, swoim zaniechaniem, przyczynił się sam Peter> wpływa na Spidey'a <nie padają popularne słowa o odpowiedzialności! QoS all over again!>, ale nie ma tu takiego nacisku na to jak w filmie z 2002 roku. Norman Osborne, Green Goblin, jest tylko zakomunikowany w tej części. To Jaszczur jest głównym przeciwnikiem, co dla filmu okazuje się lepsze. Nie jest to tak złożona postać, nie jest tak znana - można poszaleć. Green Goblin zapewne pojawi się w następnej części. Sam Jaszczur - jest tylko dodatkiem, a nie ważną częścią historii, przez co skupiamy się głównie na Spidermanie i ... Piterze Parkerze.
Świetny zabieg Panie Reżyserze. Reimi w swojej wizji skupiał się na bohaterze i jego wrogach, jak na równoważnych postaciach. Webb dając nam trzeciorzędnego "villan'a" ukazuje nam Parkera jakiego znamy z komiksów. Skrytego, acz ironicznego, dowcipkującego i trochę "hejtera". Scenarzyści pokusili się też na dodanie nowej pasji - deskorolki. Do sztandarowego zajęcia jakim jest robienie zdjęć <ale czemu dali mu taki hipsterski aparat...?> dodano właśnie deskorolkę. Troche mi to nie leży, bo to już jakiś sport, a Parker raczej sportów się nie imał. Reżyser samą historię prowadzi bez zbędnego udziwniania, acz zdarzają się momenty lekko wiejące "kichą". Troche się czepiam o take rzeczy jak fakt, że nagle licealiści potrafią <właściwie licealistka> zrobić antidotum na truciznę Jaszczura. Ale to komiks, tu nie ma zmiłuj!
Troche o aktorach. Andrew Garfield jako Parker/Spiderman. Nie wiem kto go wybrał - ale dzięki Ci człowieku. Po miernym Maguire'u Garfield to nowa jakość. Wygląda jak typowy nastolatek <acz dawno nim nie jest>, ma odpowiednią "stłumioną charyzmę" i wycofanie, połączone z niezwykle ciętą ripostą. Ideał. Dodatkowo to aktor o kilka lat świetlnych wyprzedzający poprzednika. Cierpi. Tęskni. Kocha. I ja mu wierzę.
Moja ulubienica - Emma Stone, czyli Gwen Stacy. Po drewnianej Kirsten Dunst <w pierwszym Spider-Man'ie podobało mi się wszystko oprócz tej dwójki>, też jest powiewem świeżego powietrza. Gra inną postać, ale jest dużo żywsza, naturalniejsza i po prostu jest ciekawsza. Decyduje o tym także postać, którą gra - Gwen jest ogarnięta i sama o siebie zadba. Nie czeka na ratunek swojego bohatera. Czasem sama go uratuje.
Rhys Ifans, jako Dr. Connors znany także jako Jaszczur. Nad tą częścią roli, gdzie gra przerośniętą jaszczurkę - nie ma sensu się skupiać. Jest k i tak powinno być. Ale facet ma w sobie coś niezwykle magnetycznego. Jako Connors'a kupiłem go w całości. Wprawdzie nie wejdzie do elitarnego zbioru złoczyńców, których kochamy, ale definitywnie Ifans dał radę ukazać rozterki naukowca, tęsknotę za przełomem i rozdarcie między szaleństwem a efektywnością badań. Ciekawie. Wielki plus filmu.
Aktorzy trzecioplanowi, to na tyle uznana marka, że nie ma się co rozwodzić - lepiej niż poprawnie. Przekomarzanie się Cioci May i Wujka Bena - rewelacja. Czyli doszliśmy do konkluzji. The Amazing Spider-Man to film, który cechuje się ciekawym znamieniem. Nie powstałby gdyby nie Spider-Man z 2002 roku. Jest jego naturalnym następcą. Młodszym bratem, którego rodzice wychowali nie popełniając błędów, które trafiły się przy starszym dziecku. To wcale nie oznacza, że pierwszy film jest gorszy! Nie! Jak na swój okres spełniał oczekiwania i to aż nad to! Jednak dekadę później <to już 10 lat...>, nowa ekipa wyciągnęła nauki z osiągnięć poprzedników. Mamy lepiej dobranych aktorów, bardziej skupiamy się na samej głównej postaci, odstawiając jej skomplikowane relacje z wrogami trochę na boczny tor. Wreszcie, dzięki temu zabiegowi - mamy bardziej komiksowego bohatera, z lepszym podłożem na kolejne filmy. Więc czemu daję pół gwiazdki mniej, niż filmowi Sam'a? Jak już zauważyłem - tego co mamy dziś nie było by bez poprzednika. The Amazing Spider-Man to spadek. Wcale nie jest filmem gorszym, jednak jest poniekąd "przepisaną pracą domową" przez leniwego, acz inteligentnego dzieciaka. Takim na pewno jest Marc Webb. To wcale nie jest zarzut! Jeśli Hollywood ma się zajmować kolejnymi projektami typu "trzeci rebot Batmana", "czwarty Hulk" itp, to niech robi to w ten sposób. Ewoluując. A nie cofając się do niższego poziomu zrozumienia postaci, byle by coś eksplodowało w tle.
Koniec, końców. Oglądając The Amazing Spider-Man bawiłem się świetnie. Przed oczami miałem czasy oglądania kreskówki w telewizji, bo i klimat jest podobny. Film jest młodzieńczy, brawurowy, cięty, Spider-Man musi się podobać. Owszem bywają zgrzyty, ale cóż. Komiksy rządzą się swoimi prawami. I niech kradną nam wyobraźnię ciągle i w ciąż!
Czyli blog o wszystkim i o niczym. O tym co mnie interesuje, bulwersuje, porusza. Luźne przemyślenia, eter dla moich myśli. Głos w chwilach, gdy brak sił do krzyku. Blog o wszystkim i o niczym. Bo szarość ma tak wiele odcieni.
środa, 31 października 2012
niedziela, 23 września 2012
Blue Jeans. White Shirt. Lana Del Rey - kim jesteś?
I
am
Lana Del Rey
With
With
Pop Culture
I Shall Play
I Shall Play
Ta niezbyt udana rymowanka mojego autorstwa <jedynym ograniczeniem mojej kreatywności jest ona sama. A właściwie jej brak...> to zapowiedz tego, czym dziś się zajmę. Przechadzając się po ulicach Warszawy nie mogłem nie zauważyć, jak piękność stylizowana na Nancy Sinatrę patrzy na mnie z bilbordów wszelkiej maści i wielkości. Piękność to w płaszczu, to w kurtce, a to znowuż w legginsy <swoją drogą reklama H&M jest debilna. Ładne zdjęcia, ale te tytułu o dupę potłuc>. Lana Del Rey. Pojawiła się znikąd i szybko namieszała w muzycznym światku. Tak kochana, jak nienawidzona. Lana Del Rey. Kim Ty jesteś?
Lana Del Rey - jak pewnie wszyscy wiedzą z rozgłośni radiowych, telewizji i internetu - śpiewa. Raz lepiej, raz gorzej. Nawet nie interesują mnie jej dokonania muzyczne <ale pojawi się kilka zdań i o tym>, ale to jakim produktem jest Lana. Bo Lana jest świetnie wymyślonym produktem. Stworzonym w manufakturze muzycznego świata. Niezwykle ciekawy to produkt z tego względu, że znacznie różni się od innych "dóbr" muzycznych. Intryguje w swojej sztuczności... niezwykłą autentycznością. Ale namieszałem.
Nie zrozumcie mnie źle - na pierwszy rzut oka widać, że Lana to produkt. Złożony z różnych elementów dobrej jakości, by lepiej się sprzedawać. Każdy kto raczył cofnąć się w osiągnięciach wokalistki w przeszłość, zobaczy płytę z 2010 roku, gdzie urocza platynowa blondynka, z jakby mniejszymi ustami, z zamyśloną twarzą, zdobi okładkę albumu Lana Del Ray a.k.a. Lizzy Grant. Panna Grant, bo tak naprawdę nazywa się nasza gwiazda, w dwa lata zmieniła się nie do poznania. Jakby większe usta, doczepiane, kasztanowe włosy, wyraźny makijaż. Styl muzyczny jakby ten sam, ale mimo wszystko całość jest inna. Panna Grant stała się produktem. Jednym z wielu. Ale spójrzmy na styl produktu! Na to jaki to produkt. Biorąc pod uwagę inne koleżanki po fachu, które poszły najlżejszą linią oporu - Lana wybija się na niepodległość i gdzieś podświadomie się sprzedaje się nam jako coś oryginalnego i unikatowego. Stylizuje się na gwiazdę przełomu lat 50' i 60' amerykańskiej pop kultury. Wspomniana Nancy Sinatra mogła by czuć poważną konkurencję <Lana sama nazywa się "gangsterską wersją Sinatry">. W teledyskach - ich stylizacji, formie i przekazie - wyraźnie nawiązuje do wspomnianych lat. W teledysku do National Anthem wręcz bezczelnie używa tragedii Kennedy'ych <świetny pomysł!>, w czarno białym teledysku do Blue Jeans czuć nostalgię za czasami basenowych imprez w domowym zaciszu. Jednak zupełnym przeciwieństwem formy i stylizacji samej Lany, jak i jej teledysków są jej teksty - na wskroś współczesne, o miłości tak toksycznej, że aż narkotyzującej, o przeżyciach "dam", które w dość konserwatywnych jeszcze Stanach lat 50' nie znalazłyby przyklasku. Czerpiąc garściami inspirację z lat, które ją <albo jej PR'owców> fascynują stworzyła nowy styl, przekazując nam dość aktualne przekazy. Marzenia dziewczęcia zarówno niewinnego, ale potrafiącego szaleć całymi dniami, a przede wszystkim nocami. O uzależnieniu od mężczyzny. O chęci wolności mimo konwenansów.
Lana Del Rey - jak pewnie wszyscy wiedzą z rozgłośni radiowych, telewizji i internetu - śpiewa. Raz lepiej, raz gorzej. Nawet nie interesują mnie jej dokonania muzyczne <ale pojawi się kilka zdań i o tym>, ale to jakim produktem jest Lana. Bo Lana jest świetnie wymyślonym produktem. Stworzonym w manufakturze muzycznego świata. Niezwykle ciekawy to produkt z tego względu, że znacznie różni się od innych "dóbr" muzycznych. Intryguje w swojej sztuczności... niezwykłą autentycznością. Ale namieszałem.
Nie zrozumcie mnie źle - na pierwszy rzut oka widać, że Lana to produkt. Złożony z różnych elementów dobrej jakości, by lepiej się sprzedawać. Każdy kto raczył cofnąć się w osiągnięciach wokalistki w przeszłość, zobaczy płytę z 2010 roku, gdzie urocza platynowa blondynka, z jakby mniejszymi ustami, z zamyśloną twarzą, zdobi okładkę albumu Lana Del Ray a.k.a. Lizzy Grant. Panna Grant, bo tak naprawdę nazywa się nasza gwiazda, w dwa lata zmieniła się nie do poznania. Jakby większe usta, doczepiane, kasztanowe włosy, wyraźny makijaż. Styl muzyczny jakby ten sam, ale mimo wszystko całość jest inna. Panna Grant stała się produktem. Jednym z wielu. Ale spójrzmy na styl produktu! Na to jaki to produkt. Biorąc pod uwagę inne koleżanki po fachu, które poszły najlżejszą linią oporu - Lana wybija się na niepodległość i gdzieś podświadomie się sprzedaje się nam jako coś oryginalnego i unikatowego. Stylizuje się na gwiazdę przełomu lat 50' i 60' amerykańskiej pop kultury. Wspomniana Nancy Sinatra mogła by czuć poważną konkurencję <Lana sama nazywa się "gangsterską wersją Sinatry">. W teledyskach - ich stylizacji, formie i przekazie - wyraźnie nawiązuje do wspomnianych lat. W teledysku do National Anthem wręcz bezczelnie używa tragedii Kennedy'ych <świetny pomysł!>, w czarno białym teledysku do Blue Jeans czuć nostalgię za czasami basenowych imprez w domowym zaciszu. Jednak zupełnym przeciwieństwem formy i stylizacji samej Lany, jak i jej teledysków są jej teksty - na wskroś współczesne, o miłości tak toksycznej, że aż narkotyzującej, o przeżyciach "dam", które w dość konserwatywnych jeszcze Stanach lat 50' nie znalazłyby przyklasku. Czerpiąc garściami inspirację z lat, które ją <albo jej PR'owców> fascynują stworzyła nowy styl, przekazując nam dość aktualne przekazy. Marzenia dziewczęcia zarówno niewinnego, ale potrafiącego szaleć całymi dniami, a przede wszystkim nocami. O uzależnieniu od mężczyzny. O chęci wolności mimo konwenansów.
To jest ta zabawa Lany, którą zasugerowałem w rymowance. Lana już samym swoim pseudonimem wysyła nam sygnał. Jestem zabawą, ciekawym eksperymentem. Lana Del Rey - od Lany Turner, hollywoodzkiej aktorki ze Złotej Ery Hollywood oraz Ford Del Ray z lat... 50'. Pięknie zamknięta klamra. Wszystko się zgadza, marketingowy majstersztyk. Muzyka świetnie wyprodukowana, mądry pop, do posłuchania i wczucia się w klimat <płycie Born To Die daje *****>. Wszystko dopięte, jesteśmy w stanie w to uwierzyć. Gdyby nie ta platynowa blondynka z przed 2 lat. Gdyby nie niesamowita trema na scenie <tragiczny występ w SNL>. Gdyby niezbyt trafione i przemyślane wywiady. Można udawać, ale cały czas się nie da. Głos może i ma wdzięczny, ciekawy, jazzowy gdy trema z niej schodzi. Stylizacja - nie powiem - powrót do lat 50'/60' to strzał w dziesiątkę. Wyraz tęsknoty z prostszymi czasami we współczesnym sosie. Cała Lana. Próbuje być autentyczna, ale to i tak zabawa. Z nami i z samą sobą.
Swoim stylem muzycznym i stylizacją na scenie daje nadzieje - bardzo złudną i słabą nadzieję - na lepsze produkty. Lana to produkt ekskluzywny i trudny. Trzeba go chcieć, zrozumieć i przyjąć jego formę. Przede wszystkim - trzeba coś mieć w głowie. Weźmy pierwszy z brzegu, produkt dla "wszystkich". Szczerze znienawidzona przeze mnie Nickni Minaj. Muzyka ocierająca się o gwałt na zmywarce w rynsztoku, przy akompaniamencie wuwuzeli. Wygląda jak karykatura lalki. Taka straszliwa, straszliwa karykatura z horrorów. Krzykliwe, oczojebne kolory, fryzury robione przez niewidomych. Boże. Śpiewa o niczym i nic sobą nie reprezentuje. Bez urazy, ale żeby serio to lubić <sam poskaczę do jej piosenek na imprezie. Ale muszę się nawalić jak stodoła>, to trzeba mieć chyba żółty papier. Tragedia, dramat w pięciu aktach. Ale to samo tyczy się starszych gwiazdek pop, które próbują uratować swoje kariery - Madonna, Spears, Aguilera. To samo w pewnym sensie dotyka Lady Gagę <acz Gaga nie jest aż tak ordynarna jak Minaj, no i była prekursorką tego kiczu i robiła to w przemyślany sposób. Za to należy jej się odrobina szacunku.>. Wszystko wskazuje, że takich produktów będzie więcej. Bo niestety tak świetnie się sprzedają... W całym tym miksie jaskrawych kolorów i bezsensu, Lana Del Rey buduje swoją karierę na totalnym przeciwieństwie - czarnobiałych, albo stylizowanych teledyskach i ciekawej muzyce. To takie zabawne, że aby być dziś choć minimalnie oryginalnym, trzeba stać się szarym. Porzucić kolory i przybrać któryś z odcieni szarości...
Oprócz wymienionych elementów - Nicki przecież aż tak nie różni się od Del Rey. Też została gdzieś wymyślona, złożona i sprzedana. Jednak u Minaj mamy przykład na wrzucenie wszystkiego co popularne do miksera i podanie jako niezbyt smaczny koktajl. Taki do porzygu. Ale w sumie dla dzisiejszego słuchacza fajny, bo rzyganie jest cool, trendi i glamour. Taka muzyka niczego nie wymaga od słuchacza. Zabawa, bit, łatwa rymowanka w refrenie i jedziemy zbierać kokosy. Del Rey to produkt przemyślany, ryzykowna inwestycja <nikt nie obiecywał, że taka operacja "lata 60'" się uda> w styl, klasę i ułudę autentyczności. Z piosenkami o czymś. Szczerze? Wolę taką ułudę, zabawę z pop kulturą, która coś za sobą niesie, niż Minaj, której teledyski powodują u mnie atak padaczki. Del Rey to melancholia. Tęsknota. Prostota podana w ciekawym, znanym nam już ubraniu. To zabawa tym co w pop kulturze dobre, a nie najgorsze. Więc nawet jeśli hejtujecie Del Rey - do czego macie pełne prawo - zastanówcie się sami. Czy w sumie Lana to nie jest ostatnia próba ratowania muzyki pop, która ma coś więcej niż gołe ciała i beznadziejnie słabe teledyski i muzykę za grube miliony? Czas pokaże czym naprawdę Elizabeth Grant jest. Czas pokaże, w którym kierunku pójdzie. Na razie warto odpalić płytę Born To Die i zatopić się w tej muzyce, zrozumieć teksty i spróbować zrozumieć samą Lanę, czekając na to jaką twarz nam jeszcze pokaże. W końcu to tylko produkt.
Kim jesteś, Lano Del Rey?
Kim jesteś, Lano Del Rey?
środa, 12 września 2012
Snow White and the Huntsman (***1/2)
Filmy i ich odbiór przez widza, to na tyle radosna sfera, że na każdego wpływa inaczej, każdy ma inne odczucia a i wszystkich gust nie da się pogodzić. Ja, na ten przykład, średnio trawię wszelkiego rodzaju projekty typu "z klasycznej opowieści/historii/dzieła, zróbmy kolejną wersję... ale dodajmy pizdyliard nowych wątków, żeby dodać super nowoczesne efekty specjalne". I nawet mi tu nie chodzi o sequel'e, czy prequel'e, bo tego typu kontynuacje to logiczny ciąg zdarzeń przy udanym pierwszym filmie. Chodzi mi o produkcje, w których nagle się okazuje, że Abraham Lincoln był wziętym zabójcą wampirów, kowboje ostro skopali tyłki obcym, a Królewna Śnieżka doczekuje się dwóch równoległych filmów, z tym, że w jednym tańczy i śpiewa rodem z musicalu, a nawet Bollywood'u <sic!>, a w drugiej siecze mieczem w stylu najmężniejszych rycerzy. I tą drugą - wydaje mi się ciekawszą - wersją Śnieżki chcę się zająć. Snow White and the Huntsman. "Odświeżona" <niczym stary schabowy> na hollywoodzką modłę Śnieżka ma ikry jak 10 faceta, jednak mimikę jednej przeciętnej aktorki. Śnieżka, której pomaga całkiem sympatyczny moczymorda, samozwańczy znawca groźnych lasów - Łowca. Śnieżka, której przeciwniczką jest prawdziwie zła, ale nieziemsko pociągająca Zła Królowa. A to wszystko w akompaniamencie radosnych krasnoludków, polane grubą warstwą fantasy i sosu efektów specjalnych. Posiłek wielodaniowy, ale dań jest tyle, by zapomnieć, że to już wszystko było. Niezbyt świeży, ale apetycznie wyglądający posiłek. I tu trzeba rzucić pytanie: pochorujemy się, czy nie? A odpowiedź jak zwykle zależy od naszego gustu "żywieniowego"
Rupert Sanders - nie tyle ceniony reżyser, co autor miłosnego "skandalu" z główną bohaterką filmu- scenariusza się nie dotykał, bo i po co? Aż trzy osoby głowiły się nad tym jak pokazać Śnieżkę w wersji "badass", że tłok był by jeszcze z panem reżyserem straszliwy. Ale co serwują nam tajemnicze mózgi stojące za tą historią? Śnieżka jest córką wielkiego króla, ten rzecz jasna, rządzi królestwie. Mama Śnieżki rychło umiera, król zakochuje się w odbitej wrogowi kobiecie. Proste? To afera grubymi nićmi szyta! Zła Macocha słynie nie tylko z urody, ale także z poprzednich "podbojów". Dom Śnieżki nie jest pierwszym jaki rozbiła Królowa. Mści się on na władcach za krzywdy z czasów dziecięcych. Swoją urodą i magią, podbija kolejne królestwa skuteczniej niż armie. Jej potęga trwa tak długo, jak długo jest najpiękniejsza na świecie. Tu pojawia się popularny motyw z lusterkiem <który w filmie robi ciekawe wrażenie>. No i okazuje się, że więziona do tej pory Śnieżka z momentem wejścia w dorosłość będzie najpiękniejsza. No i zaczyna się.
Sama historia, to troche znanej nam Śnieżki, z nowymi pomysłami twórców. Pomysły te - rzecz oczywista - mają być na tyle wielkie i spektakularne, żeby dodać do klasycznej opowieści jak największą ilość efektów specjalnych. Więc mamy bitwy, trolle, wielkie jelenie z porożem wielkości korony drzew. Dzieje się. Historia nie jest cukierkowa jak poprzednie znane nam wersje. Już scena ucieczki Śnieżki z zamku - powiedzmy, że w stylu na szambo nurka - pokazuje, że ta Śnieżka ma być heroiną naszych czasów - samodzielną, twardą, nie lękającą się trudnych zadań. Reszta - pomijając doszywane fragmenty dla efektów - jest w miarę ciekawa, inteligentnie powiela schemat Śnieżki, jednak mimo wszystko - nudzi. Ratują ją właśnie efekty specjalne, które naprawdę robią wrazenie i są bezinwazyjnie wplecione w fabułę. Wszystko dopełnia muzyka Howard'a i zdjęcia, które jak w każdej tego typu produkcji - są wspaniałe, piękne, ukazujące niesamowite scenerie. Nic nowego.
Reżyser, jak już zauważyłem - raczej nie znany - nie porywa się z motyką na słońce. To co dostał, tak nakręcił. Nie ma tu miejsca na zachwianą chronologię, nagłe zwroty akcji. Mamy dobrych i złych. Ganiają się po lesie, aż do momentu wielkiej bitwy. Ok. Historii to nie szkodzi, a wręcz pomaga. Reżyser ciekawie przedstawia jedynie historię Złej Królowej i to dlaczego jest taka zła, i dlaczego tak ważne jest dla niej by była najpiękniejsza na świecie. Do samej historii wprowadza nas dość nudną <przynajmniej mnie nudziła> wstawką opowiadają głosem Chris'a Hemsworth'a. Bałęm się, że reszta też mnie znudzi, ale reżyser się rozkręca. Pościgi są szybkie, walki efektywne. A między tym wszystkim Śnieżka i Łowca podążają w kierunku swojego przeznaczenia.
Reżyser prochu nie wymyślił, scenariusz też jakoś odkrywczy nie jest. Wszystko w rękach aktorów. I tu mamy prawdziwy kalejdoskop. Bo o ile główna rola męska, czyli Chris Hemsworth jako Łowca - sprawdza się świetnie <ogólnie chłopak pasuje do ról pięknych, szlachetnych, troche aroganckich bohaterów walczących młotkiem/siekierami>, o tyle dwie role żeńskie to popisy. Popis Charlize Theron <Zła Królowa> jako dojrzałej i wspaniałej aktorki oraz popis Kirsten Stewart... czyli rola jak zawsze. Brak mimiki, brak charyzmy i ikry, którą postać Śnieżki ma wpisaną w scenariuszu zaraz obok urody. Gra przez cały film jedną miną, podobno najpiękniejszej na świecie - to leka przesada. Pomijając już ujemny warsztat Stewart, to naprawdę... nie było naprawdę ładnych <i zdolniejszych?> aktorek? Uroda Śnieżki wcale nie przekonuje, przez co byłem przez cały film po stronie Złej Królowej. Z poczucia zwykłej estetyki. Lusterko zgłupiało? Też bym był zły, gdybym wyglądał jak Theron, a jakieś wyimaginowane lusterko pod postacią mnicha, mówiło mi, że to jednak Stewart jest ładniejsza. Lekka skucha.
Ale nie tylko dlatego Theron kupiła mój głos w wyborze miss uniwersum Królewny Śnieżki. Panie i Panowie. Jak ona gra! Jak ona się wścieka! Jak ona wspaniale się wścieka! Theron zagrała "cold bitch" z taką manierą, że można by pomyśleć, że ta przyjemna kobieta naprawde taka jest. Theron kiedy trzeba skraść królewskie serce - jest niewinna, seksowna, do bólu urocza, aż niebezpiecznie pociągająca. Ale kiedy trzeba pokazać prawdziwą twarz tyrana i morderczyni - ciarki przechodzą po plecach. Kiedy trzeba "wyssać" młodość z uroczej niewiasty, robi to tak, że współczujemy niewiaście jej okrutnego losu. Theron jest tak świetna, że samą scenę "wysysania", która jest po prostu komiczna, zmienia w naprawdę przerażający koszmar małych dziewczynek. Królowa Theron już w drugim filmie, grając "złą kobietę", zjada swoją pozytywną konkurencję <vide: Prometheus> na śniadanie i nawet nie musi popijać tego dania. Czemu tak mało dają jej ostatnio głównych ról? Amerykańska kinematografia potrzebuje Theron w większej ilości, bardziej ambitnych filmów.
Koniec końców - Snow White and the Huntsman to film dobry i mimo, że jestem przeciwnikiem tego typu eksperymentów - oglądało się go przyjemnie. Nie pochorujemy się po konsumpcji. Moja strona osobowości kochająca fantasy bawiła się jak małe dziecko. Wizualnie także nie mam co zarzucić Śnieżce. Owszem, kręciłem nosem na samą fabułę - bo spokojnie można było zrobić zupełnie nowy film, z ciekawszą fabułą, bez konieczności odgrzewania tego kotleta - ale scenarzyści postarali się, by nie było cukierkowo i mdle. Owszem - momentami się dłuży i nudzi. Ale punkty kulminacyjne, efekty specjalne, aktorstwo Theron i Hemsworth'a oraz pocieszna banda krasnoludków pozwalają czerpać radość z historii. Smuci, że ten film był by lepszy... bez Śnieżki, bo mimo iż postać sama w sobie ma być silna i charyzmatyczna - Stewart powiela tu schemat Belli - jest wycofana, nieprzekonywująca i po prostu nie pasuje do roli. A szkoda. Oglądało by się to dużo lepiej z inną Śnieżką.
Jeśli już Hollywood znudziło się świeżymy i autorskimi pomysłami twórców, a zwraca się w kierunku tego typu produkcji - niech to przynajmniej tak wygląda. Porządnie. Z dobrym aktorstwem i w miarę ciekawą i logiczną historią. Nadal nie popieram trendu, ale wolę takie mniejsze zło. Czekając na nowe filmy Anderson'a, Nolan'a, Payne'a i Raitman'a mogę się połowicznie zadowolić kolejnymi tego typu filmami. A nowa, "wystrzałowa" wersja Jasia i Małgosi w drodze i całkiem niedługo w kinach...
Rupert Sanders - nie tyle ceniony reżyser, co autor miłosnego "skandalu" z główną bohaterką filmu- scenariusza się nie dotykał, bo i po co? Aż trzy osoby głowiły się nad tym jak pokazać Śnieżkę w wersji "badass", że tłok był by jeszcze z panem reżyserem straszliwy. Ale co serwują nam tajemnicze mózgi stojące za tą historią? Śnieżka jest córką wielkiego króla, ten rzecz jasna, rządzi królestwie. Mama Śnieżki rychło umiera, król zakochuje się w odbitej wrogowi kobiecie. Proste? To afera grubymi nićmi szyta! Zła Macocha słynie nie tylko z urody, ale także z poprzednich "podbojów". Dom Śnieżki nie jest pierwszym jaki rozbiła Królowa. Mści się on na władcach za krzywdy z czasów dziecięcych. Swoją urodą i magią, podbija kolejne królestwa skuteczniej niż armie. Jej potęga trwa tak długo, jak długo jest najpiękniejsza na świecie. Tu pojawia się popularny motyw z lusterkiem <który w filmie robi ciekawe wrażenie>. No i okazuje się, że więziona do tej pory Śnieżka z momentem wejścia w dorosłość będzie najpiękniejsza. No i zaczyna się.
Sama historia, to troche znanej nam Śnieżki, z nowymi pomysłami twórców. Pomysły te - rzecz oczywista - mają być na tyle wielkie i spektakularne, żeby dodać do klasycznej opowieści jak największą ilość efektów specjalnych. Więc mamy bitwy, trolle, wielkie jelenie z porożem wielkości korony drzew. Dzieje się. Historia nie jest cukierkowa jak poprzednie znane nam wersje. Już scena ucieczki Śnieżki z zamku - powiedzmy, że w stylu na szambo nurka - pokazuje, że ta Śnieżka ma być heroiną naszych czasów - samodzielną, twardą, nie lękającą się trudnych zadań. Reszta - pomijając doszywane fragmenty dla efektów - jest w miarę ciekawa, inteligentnie powiela schemat Śnieżki, jednak mimo wszystko - nudzi. Ratują ją właśnie efekty specjalne, które naprawdę robią wrazenie i są bezinwazyjnie wplecione w fabułę. Wszystko dopełnia muzyka Howard'a i zdjęcia, które jak w każdej tego typu produkcji - są wspaniałe, piękne, ukazujące niesamowite scenerie. Nic nowego.
Reżyser, jak już zauważyłem - raczej nie znany - nie porywa się z motyką na słońce. To co dostał, tak nakręcił. Nie ma tu miejsca na zachwianą chronologię, nagłe zwroty akcji. Mamy dobrych i złych. Ganiają się po lesie, aż do momentu wielkiej bitwy. Ok. Historii to nie szkodzi, a wręcz pomaga. Reżyser ciekawie przedstawia jedynie historię Złej Królowej i to dlaczego jest taka zła, i dlaczego tak ważne jest dla niej by była najpiękniejsza na świecie. Do samej historii wprowadza nas dość nudną <przynajmniej mnie nudziła> wstawką opowiadają głosem Chris'a Hemsworth'a. Bałęm się, że reszta też mnie znudzi, ale reżyser się rozkręca. Pościgi są szybkie, walki efektywne. A między tym wszystkim Śnieżka i Łowca podążają w kierunku swojego przeznaczenia.
Reżyser prochu nie wymyślił, scenariusz też jakoś odkrywczy nie jest. Wszystko w rękach aktorów. I tu mamy prawdziwy kalejdoskop. Bo o ile główna rola męska, czyli Chris Hemsworth jako Łowca - sprawdza się świetnie <ogólnie chłopak pasuje do ról pięknych, szlachetnych, troche aroganckich bohaterów walczących młotkiem/siekierami>, o tyle dwie role żeńskie to popisy. Popis Charlize Theron <Zła Królowa> jako dojrzałej i wspaniałej aktorki oraz popis Kirsten Stewart... czyli rola jak zawsze. Brak mimiki, brak charyzmy i ikry, którą postać Śnieżki ma wpisaną w scenariuszu zaraz obok urody. Gra przez cały film jedną miną, podobno najpiękniejszej na świecie - to leka przesada. Pomijając już ujemny warsztat Stewart, to naprawdę... nie było naprawdę ładnych <i zdolniejszych?> aktorek? Uroda Śnieżki wcale nie przekonuje, przez co byłem przez cały film po stronie Złej Królowej. Z poczucia zwykłej estetyki. Lusterko zgłupiało? Też bym był zły, gdybym wyglądał jak Theron, a jakieś wyimaginowane lusterko pod postacią mnicha, mówiło mi, że to jednak Stewart jest ładniejsza. Lekka skucha.
Ale nie tylko dlatego Theron kupiła mój głos w wyborze miss uniwersum Królewny Śnieżki. Panie i Panowie. Jak ona gra! Jak ona się wścieka! Jak ona wspaniale się wścieka! Theron zagrała "cold bitch" z taką manierą, że można by pomyśleć, że ta przyjemna kobieta naprawde taka jest. Theron kiedy trzeba skraść królewskie serce - jest niewinna, seksowna, do bólu urocza, aż niebezpiecznie pociągająca. Ale kiedy trzeba pokazać prawdziwą twarz tyrana i morderczyni - ciarki przechodzą po plecach. Kiedy trzeba "wyssać" młodość z uroczej niewiasty, robi to tak, że współczujemy niewiaście jej okrutnego losu. Theron jest tak świetna, że samą scenę "wysysania", która jest po prostu komiczna, zmienia w naprawdę przerażający koszmar małych dziewczynek. Królowa Theron już w drugim filmie, grając "złą kobietę", zjada swoją pozytywną konkurencję <vide: Prometheus> na śniadanie i nawet nie musi popijać tego dania. Czemu tak mało dają jej ostatnio głównych ról? Amerykańska kinematografia potrzebuje Theron w większej ilości, bardziej ambitnych filmów.
Koniec końców - Snow White and the Huntsman to film dobry i mimo, że jestem przeciwnikiem tego typu eksperymentów - oglądało się go przyjemnie. Nie pochorujemy się po konsumpcji. Moja strona osobowości kochająca fantasy bawiła się jak małe dziecko. Wizualnie także nie mam co zarzucić Śnieżce. Owszem, kręciłem nosem na samą fabułę - bo spokojnie można było zrobić zupełnie nowy film, z ciekawszą fabułą, bez konieczności odgrzewania tego kotleta - ale scenarzyści postarali się, by nie było cukierkowo i mdle. Owszem - momentami się dłuży i nudzi. Ale punkty kulminacyjne, efekty specjalne, aktorstwo Theron i Hemsworth'a oraz pocieszna banda krasnoludków pozwalają czerpać radość z historii. Smuci, że ten film był by lepszy... bez Śnieżki, bo mimo iż postać sama w sobie ma być silna i charyzmatyczna - Stewart powiela tu schemat Belli - jest wycofana, nieprzekonywująca i po prostu nie pasuje do roli. A szkoda. Oglądało by się to dużo lepiej z inną Śnieżką.
Jeśli już Hollywood znudziło się świeżymy i autorskimi pomysłami twórców, a zwraca się w kierunku tego typu produkcji - niech to przynajmniej tak wygląda. Porządnie. Z dobrym aktorstwem i w miarę ciekawą i logiczną historią. Nadal nie popieram trendu, ale wolę takie mniejsze zło. Czekając na nowe filmy Anderson'a, Nolan'a, Payne'a i Raitman'a mogę się połowicznie zadowolić kolejnymi tego typu filmami. A nowa, "wystrzałowa" wersja Jasia i Małgosi w drodze i całkiem niedługo w kinach...
czwartek, 23 sierpnia 2012
Maroon 5 - Overexposed (*1/2)
Moja pierwsza recenzja płyty, miała być tak samo ważna i emocjonalna jak mój pierwszy tekst na temat filmu. I tak samo jak w przypadku filmowego debiutu - zawiodłem się. Zawiodłem się podwójnie. O ile The Dark Knight Rises zawiódł, bo nie dosięgnął poziomu genialnego poprzednika zatrzymując się na przyzwoitym średnim stopniu, o tyle liczyłem, że nowa płyta Maroon 5 - zmaże plamę z honoru jakim była porażka Hands All Over. Nic z tego. Jest gorzej. Dużo gorzej. Jest tragicznie.
Niepokojące były już wywiady ""Kasztanowych" po wydaniu Hands All Over. Płyta legła jeśli chodzi o ilość sprzedanych krążków, chłopaki sami przyznawali - nowa przyjdzie wcześniej niż się spodziewamy. No na czymś trzeba zarabiać... I chyba tym tokiem myślenia kierował się zespół.
Overexposed to 110% pop. Ok - już poprzednie wydawnictwo było bardziej popowe niż dwa pierwsze krążki. Liczyłem, że "Kasztanowi" pójdą po rozum do głowy i wrócą do korzeni pop-rock'owych. Chyba dalej tak naiwnie myślałem, mimo iż w radiu i telewizji latały takie porażki jak Moves Like Jagger i nowy singiel - Payphone <matko....>. Nic z tego! Mamy 110% popu!! Żeby to był jeszcze pop z górnej półki! NIC Z TEGO! To ledwo średni pop. Mamy tu typowe, wypłukane z emocji, uczuć i talentu pioseneczki poziomu Seleny Gomez, czy amerykańskich boy bandów. Bardzo starałem się znaleźć jakś dobry kawałek. Ladykiller. Jedyna, która w małym promilu stara się nawiązać do poprzednich dokonań grupy <to smutne, samotne solo...>. Naprawdę musiałem się napracować, żeby chociaż tę jedną piosenkę w najmniejszym stopniu pochwalić. Bo pozostałe numery to nóż wbity w serce prawdziwych fanów Maroon 5. Fanów, którzy oszaleli na punkcie Songs About Jane (*****), docenili It Won't Be Soon Before Long (****). Którzy przesłuchali ich piosenki z czasów, kiedy jeszcze się nazywali... Kara's Flowers. Otóż Overexposed wbija ten nóż totalnie nowym, fatalnym stylem. O ile na Hands All Over (**1/2) znalazłem 3-4 piosenki nawiązujące do stylu z czasów SAJ, tu mamy wszystko, absolutnie wszystko, grane na jeden bit <Jezu... piszę recenzję nowej płyty Maroon 5 i użyłem słowa "bit". Gdyby to był list - dostrzeglibyście małe ślady łez>. Mamy tu każdą melodię graną na jedno kopyto, prawie w ogóle nie słychać, że to Ci panowie kiedyś grali świetne solówki, wzruszali cichym szarpaniem strun gitary, budzili emocje świetną pracą perkusji i basu. Tu tego nie mamy. Mamy generowane dźwięki w stylu Backstreet Boys. Nie ukrywam, że jeśli jakaś piosenka pojawi się na imprezie na której się znajdę - będę się bawił jak szalony. I to jest smutne.
Czy utrzymali wysoki poziom w tekstach? Boże nie. Teksty są denne, bez emocji, linijki są krótkie i rymują się na siłę, a co drugie słowo kończy się bezsensownym ohhhh, ahhhh, hej, czy innym ooooooooooooooooooooouuuuu. Te "głębokie" pojękiwania wypełniają 1/2 płyty. Tego nie da się słuchać. Gdzie się podziały naprawdę głębokie, mocne teksty jak z The Sun, czy She Will Be Loved? Gdzie ciekawe porównania z This Love? Co się stało z metaforami jak w Makes Me Wonder? Nie ma. Za to pojawiło się przeklinanie, współpraca z raperem z nikąd i dość płyciutkie teksty o niczym. Boli.
Smutne jest to, że jeden z ciekawszych zespołów jaki wyprodukował amerykański rynek muzyczny tak się kończy. Chłopaki kreują się <zwłaszcza frontman> na nie wiadomo jakich rock'owych zakapiorów, a dali się "spopić" jak co drugi dziś zespół. Ja nie wiem - czy zapomnieli jak grać na gitarze? Perkusista nie wziął pałeczek? Basiście pękły struny? Jesse Carmichael, mózg zespołu - gitarzysta, klawiszowiec i tekściarz - odszedł z Maroon 5 "na czas nieokreślony, by oczyścić samego siebie". Ja myślę, że nie wytrzymał tego materiału. Tu nie ma nic dobrego. Kiedy usłyszałem co zrobili z piosenką Wasted Years, którą
świetnie zagrali na pierwszej koncertówce jako potencjalny materiał na nową płytę - serce mi pękło. Myślę, że Jesse'iemu też. Maroon 5 podzieliło los Radiohead, Muse, Linkin Park, a ostatnio słyszę, że też punkowców z The Offspring. Zapomnieli korzeni, zapomnieli talentu, dali się omamić całemu sztabowi producentów <dla porównania: SAJ wyprodukowało dwoje ludzi. Nowy materiał wyprodukowało prawie 15 osób...>, dali się ponieść dzisiejszym płytkim standardom.
Płyta pewnie sprzeda się świetnie. Trafi do wszystkich tych, którzy szukają w muzyce niczego. Bezsensownej rozrywki. Czyli trafi do 3/4 słuchaczy. To nie dla mnie. Pełen smutku i żalu idę posłuchać genialnego long play'a - Songs About Jane. To były emocje.
Nowych fanów łatwo zyskać, sprzedając się wytwórniom i zmieniając styl na "nijaki", śpiewając o niczym. Ale jeszcze łatwiej jest stracić prawdziwego fana. Tego, który kochał, gdy grało się muzykę nie łatwą, a prawdziwą.
Bo jakoś trzeba zarabiać...
Niepokojące były już wywiady ""Kasztanowych" po wydaniu Hands All Over. Płyta legła jeśli chodzi o ilość sprzedanych krążków, chłopaki sami przyznawali - nowa przyjdzie wcześniej niż się spodziewamy. No na czymś trzeba zarabiać... I chyba tym tokiem myślenia kierował się zespół.
Overexposed to 110% pop. Ok - już poprzednie wydawnictwo było bardziej popowe niż dwa pierwsze krążki. Liczyłem, że "Kasztanowi" pójdą po rozum do głowy i wrócą do korzeni pop-rock'owych. Chyba dalej tak naiwnie myślałem, mimo iż w radiu i telewizji latały takie porażki jak Moves Like Jagger i nowy singiel - Payphone <matko....>. Nic z tego! Mamy 110% popu!! Żeby to był jeszcze pop z górnej półki! NIC Z TEGO! To ledwo średni pop. Mamy tu typowe, wypłukane z emocji, uczuć i talentu pioseneczki poziomu Seleny Gomez, czy amerykańskich boy bandów. Bardzo starałem się znaleźć jakś dobry kawałek. Ladykiller. Jedyna, która w małym promilu stara się nawiązać do poprzednich dokonań grupy <to smutne, samotne solo...>. Naprawdę musiałem się napracować, żeby chociaż tę jedną piosenkę w najmniejszym stopniu pochwalić. Bo pozostałe numery to nóż wbity w serce prawdziwych fanów Maroon 5. Fanów, którzy oszaleli na punkcie Songs About Jane (*****), docenili It Won't Be Soon Before Long (****). Którzy przesłuchali ich piosenki z czasów, kiedy jeszcze się nazywali... Kara's Flowers. Otóż Overexposed wbija ten nóż totalnie nowym, fatalnym stylem. O ile na Hands All Over (**1/2) znalazłem 3-4 piosenki nawiązujące do stylu z czasów SAJ, tu mamy wszystko, absolutnie wszystko, grane na jeden bit <Jezu... piszę recenzję nowej płyty Maroon 5 i użyłem słowa "bit". Gdyby to był list - dostrzeglibyście małe ślady łez>. Mamy tu każdą melodię graną na jedno kopyto, prawie w ogóle nie słychać, że to Ci panowie kiedyś grali świetne solówki, wzruszali cichym szarpaniem strun gitary, budzili emocje świetną pracą perkusji i basu. Tu tego nie mamy. Mamy generowane dźwięki w stylu Backstreet Boys. Nie ukrywam, że jeśli jakaś piosenka pojawi się na imprezie na której się znajdę - będę się bawił jak szalony. I to jest smutne.
Czy utrzymali wysoki poziom w tekstach? Boże nie. Teksty są denne, bez emocji, linijki są krótkie i rymują się na siłę, a co drugie słowo kończy się bezsensownym ohhhh, ahhhh, hej, czy innym ooooooooooooooooooooouuuuu. Te "głębokie" pojękiwania wypełniają 1/2 płyty. Tego nie da się słuchać. Gdzie się podziały naprawdę głębokie, mocne teksty jak z The Sun, czy She Will Be Loved? Gdzie ciekawe porównania z This Love? Co się stało z metaforami jak w Makes Me Wonder? Nie ma. Za to pojawiło się przeklinanie, współpraca z raperem z nikąd i dość płyciutkie teksty o niczym. Boli.
Smutne jest to, że jeden z ciekawszych zespołów jaki wyprodukował amerykański rynek muzyczny tak się kończy. Chłopaki kreują się <zwłaszcza frontman> na nie wiadomo jakich rock'owych zakapiorów, a dali się "spopić" jak co drugi dziś zespół. Ja nie wiem - czy zapomnieli jak grać na gitarze? Perkusista nie wziął pałeczek? Basiście pękły struny? Jesse Carmichael, mózg zespołu - gitarzysta, klawiszowiec i tekściarz - odszedł z Maroon 5 "na czas nieokreślony, by oczyścić samego siebie". Ja myślę, że nie wytrzymał tego materiału. Tu nie ma nic dobrego. Kiedy usłyszałem co zrobili z piosenką Wasted Years, którą
świetnie zagrali na pierwszej koncertówce jako potencjalny materiał na nową płytę - serce mi pękło. Myślę, że Jesse'iemu też. Maroon 5 podzieliło los Radiohead, Muse, Linkin Park, a ostatnio słyszę, że też punkowców z The Offspring. Zapomnieli korzeni, zapomnieli talentu, dali się omamić całemu sztabowi producentów <dla porównania: SAJ wyprodukowało dwoje ludzi. Nowy materiał wyprodukowało prawie 15 osób...>, dali się ponieść dzisiejszym płytkim standardom.
Płyta pewnie sprzeda się świetnie. Trafi do wszystkich tych, którzy szukają w muzyce niczego. Bezsensownej rozrywki. Czyli trafi do 3/4 słuchaczy. To nie dla mnie. Pełen smutku i żalu idę posłuchać genialnego long play'a - Songs About Jane. To były emocje.
Nowych fanów łatwo zyskać, sprzedając się wytwórniom i zmieniając styl na "nijaki", śpiewając o niczym. Ale jeszcze łatwiej jest stracić prawdziwego fana. Tego, który kochał, gdy grało się muzykę nie łatwą, a prawdziwą.
Bo jakoś trzeba zarabiać...
niedziela, 12 sierpnia 2012
"Change came in disguise of revelation"
Co to był za dzień.
Postanowiłem zrobić coś szalonego. Od razu zaznaczam, że dla większości to będzie zupełnie nie-szalone, wręcz przeciętne. Dla mnie to było wariackie. Wyjątkowe. Bardzo ważne.
Generalnie jestem domatorem i jeśli już gdzieś jadę - to raczej niedaleko, albo w zorganizowanym wypadzie. Więc moim szalonym dniem był jednodniowy wypad do Krakowa na koncert. Prawie bez pieniędzy. 8 godzin autem, za które serdecznie dziękuję i już wspominam z uśmiechem oraz 7 godzin samej zabawy. Dla młodych ludzi to brzmi jak udany weekend. Dla mnie jak przygoda i wyzwanie. Young die hard. Czyż nie?
Ale nie tylko o swoim "szaleństwie" chce napisać. Co to kogo obchodzi? Chcę napisać o koncercie. Działo się. To był mój pierwszy wypad na Coke Live Music Fesitval, drugi na fest w Krakowie <poprzedni dwa lata temu - Selector>. Niestety tylko na jeden z dwóch dni, ale za to z jakim zespołem! The Killers. 15 milionów sprzedanych płyt, psychoza pod barierkami i ponad 150 milionów <sic!> odsłuchań na last.fm niech przemówi samo za siebie. Jedni z moich ukochanych. Jedni z najwspanialszych. Ale oni mieli zagrać ostatni.
Po raz kolejny bardzo pozytywnie zaskoczył mnie zespół hip-hop'owy. Po ciekawym koncercie De La Soul na OWF, muszę przyznać, że średnio mi znani The Roots <aż takim ignorantem nie jestem. Troszkę o nich słyszałem> dali prawdziwy pokaz... rock'n'roll'a! Chłopaki z The Roots nie zatrzymali się jak większość kolegów po fachu na samplach i wtórnych bitach. The Roots to zespół pełną gębą - jest wokal, perkusja, bas, klawisze i gitara. Ale tak jest na każdym koncercie, nawet hip-hop'owym. Tu było coś jeszcze. Talent. Każdy miał swoje 5 minut. Wokalista rapował przez pierwsze 30- 40 minut koncertu, a band był tylko.. bandem. Z tego fragmentu koncertu naprawę wpadł mi kawałek Fire. Świetny tekst i wspaniałe wykonanie. Ale w kolejnej fazie show sytuacja się odwróciła. Wokalista był aktywnym statystą swojego zespołu. Talentem popisywali się perkusista <staniki na perkusji: > i bębniarz. Trwało to dobre 20 minut i widać było, że mają świetną zabawę jam'umąc na scenie. Potem swoją chwilę miał gitarzysta. I muszę powiedzieć, że byłem w szoku. Facet miał tak wielkie umiejętności, że nawet przy moim szacunku i uwielbieniu dla gitarzysty The Killers - kolega z The Roots przewyższał go umiejętnościami. Jam'ował, szalał, grał świetne riffy. Kontakt z publiką miał lepszy niż niejeden frontman. Świetne dawał chórki, zwłaszcza we wspomnianej wyżej piosence. Koncert zapamiętam także z momentu w którym pojawiły się fragmenty cover'ów takich kawałków jak Sweet Child of Mine i Immigrant Song. Wtedy nawet ja podskoczyłem kilka razy pod sceną. Po kilku chwilach na koncercie Pezeta, rapującego pod jeden bit o byciu gnojem <?> - zobaczyłem przepaść między "nami" a "nimi". The Roots to klasa, talent, luz i polot. Na scenie i pod nią była szampańska zabawa. Świetny występ zapowiadający to co miało nadejść następne.
The Killers. Dziś jedni z ostatnich, którzy pozostali wierni swojemu stylowi. Oczywiście ich muzyka zmieniała się na przestrzeni 3 wydanych longplay'ów. Ale zawsze lawirowali w swoim terytorium. Połączenia alternatywnego rock'a z odrobiną indie i... elektroniki. Nienawidzę elektroniki. Bazylion zespołów się zmarnowało po dodaniu syntezatora do ekwipunku. Ale im to pasuje. The Killers to zespól na tyle utalentowany i inteligentny, że nie zamienił głównej roli gitar i perkusji z syntezatorem, jak zrobiło to kilka zespołów. Dla nich syntezator to tylko dodatek dla uzyskania ciekawszego brzmienia. Operujący nim w zespole wokalista, Brandon Flowers - na tyle zgrabnie obsługuje się tym sprzętem, że rock'owe korzenie Killersów na tym nie tracą. Pierwsza płyta to hołd dla dokonań muzycznych Wielkiej Brytanii lat 80. Druga to oda do amerykańskiego stylu. Trzecia, bardziej popowa, to próba szukania świeżych brzmień. Czekam na czwartą.
Weszli na scenę jak gdyby nigdy nic. I od razu zaczęli od Somebody Told Me. Myślałem, że umrę. I nie - nie chodzi mi tu o "myślałem, że umrę, bo tak strasznie, strasznie kocham tę piosenkę" - chodzi mi o autentyczną, prawdziwą i namacalną śmierć. Ludzie oszaleli. Kilka osób już na początku wyszło z oznakami wyraźnego omdlenia. Nie wytrzymali ścisku, emocji, szaleństwa. Później było już tylko lepiej. Wspaniałe show z najlepszymi kawałkami zespołu. Read My Mind, Human, Mr. Brightside, Jenny Was a Friend of Mine, czy Dustland Fairytale i All These Things That I've Done wyznaczyły trendy w dzisiejszej muzyce. Czekałem na każdą z nich i wszystkie razem. Wszystkie się pojawiły, ale dostaliśmy też próbkę nowej płyty. Oprócz Runaways, które już lata po stacjach radiowych i muzycznych, zespół zagrał też Miss Atomic Bomb i From Here on Out. Zwłaszcza druga - szybka, energiczna piosenka - wpadła mi w ucho. Nowa płyta zapowiada się świetnie.
Zespół po krótkiej przerwie, wszedł na scene przebrany - Brandon w koszulce z godłem Polski! - i kończąc pierwszy dzień CLMF, drugi koncert w Polsce zagrał trzy ostatnie piosenki, encore koncertu, to wspomniane Jenny Was a Friend of Mine <ta linia basu!!!> i From Here on Out oraz When You Were Young. Te ostatnie 10 minut i krzyki "I've got a soul, but I'm not a soldier!" - to czysta magia jaką może wywołać tylko synteza zespołu i jego fanów. Gromki śpiew, skakanie, a na koniec wzajemne podziękowania i rzucanie gadżetów.
Co to był za dzień. Koncerty były wspaniałe. Podróż była wyzwaniem - ale w dobrym towarzystwie i to okazało się przygodą. Mój szalony dzień okazał się sukcesem. Na myśl o możliwym następnym takim wypadzie, o następnej przygodzie - na moich ustach pojawia się lekki szelmowski uśmieszek i poczucie ekscytacji. Kiedyś na samą wzmiankę o tym - przykuł bym się do łózka i wskoczył pod kołderkę. Coś się zmieniło. Chyba zaczynam wylatywać z jarzma "matczynej miłości" i ewoluuję. A może to rewolucja? Czas zwiedzać, poznawać. Oglądać i przeżywać. Warto czasem zrobić coś szalonego.
Change came in disguise of revelation
Postanowiłem zrobić coś szalonego. Od razu zaznaczam, że dla większości to będzie zupełnie nie-szalone, wręcz przeciętne. Dla mnie to było wariackie. Wyjątkowe. Bardzo ważne.
Generalnie jestem domatorem i jeśli już gdzieś jadę - to raczej niedaleko, albo w zorganizowanym wypadzie. Więc moim szalonym dniem był jednodniowy wypad do Krakowa na koncert. Prawie bez pieniędzy. 8 godzin autem, za które serdecznie dziękuję i już wspominam z uśmiechem oraz 7 godzin samej zabawy. Dla młodych ludzi to brzmi jak udany weekend. Dla mnie jak przygoda i wyzwanie. Young die hard. Czyż nie?
Ale nie tylko o swoim "szaleństwie" chce napisać. Co to kogo obchodzi? Chcę napisać o koncercie. Działo się. To był mój pierwszy wypad na Coke Live Music Fesitval, drugi na fest w Krakowie <poprzedni dwa lata temu - Selector>. Niestety tylko na jeden z dwóch dni, ale za to z jakim zespołem! The Killers. 15 milionów sprzedanych płyt, psychoza pod barierkami i ponad 150 milionów <sic!> odsłuchań na last.fm niech przemówi samo za siebie. Jedni z moich ukochanych. Jedni z najwspanialszych. Ale oni mieli zagrać ostatni.
Po raz kolejny bardzo pozytywnie zaskoczył mnie zespół hip-hop'owy. Po ciekawym koncercie De La Soul na OWF, muszę przyznać, że średnio mi znani The Roots <aż takim ignorantem nie jestem. Troszkę o nich słyszałem> dali prawdziwy pokaz... rock'n'roll'a! Chłopaki z The Roots nie zatrzymali się jak większość kolegów po fachu na samplach i wtórnych bitach. The Roots to zespół pełną gębą - jest wokal, perkusja, bas, klawisze i gitara. Ale tak jest na każdym koncercie, nawet hip-hop'owym. Tu było coś jeszcze. Talent. Każdy miał swoje 5 minut. Wokalista rapował przez pierwsze 30- 40 minut koncertu, a band był tylko.. bandem. Z tego fragmentu koncertu naprawę wpadł mi kawałek Fire. Świetny tekst i wspaniałe wykonanie. Ale w kolejnej fazie show sytuacja się odwróciła. Wokalista był aktywnym statystą swojego zespołu. Talentem popisywali się perkusista <staniki na perkusji: > i bębniarz. Trwało to dobre 20 minut i widać było, że mają świetną zabawę jam'umąc na scenie. Potem swoją chwilę miał gitarzysta. I muszę powiedzieć, że byłem w szoku. Facet miał tak wielkie umiejętności, że nawet przy moim szacunku i uwielbieniu dla gitarzysty The Killers - kolega z The Roots przewyższał go umiejętnościami. Jam'ował, szalał, grał świetne riffy. Kontakt z publiką miał lepszy niż niejeden frontman. Świetne dawał chórki, zwłaszcza we wspomnianej wyżej piosence. Koncert zapamiętam także z momentu w którym pojawiły się fragmenty cover'ów takich kawałków jak Sweet Child of Mine i Immigrant Song. Wtedy nawet ja podskoczyłem kilka razy pod sceną. Po kilku chwilach na koncercie Pezeta, rapującego pod jeden bit o byciu gnojem <?> - zobaczyłem przepaść między "nami" a "nimi". The Roots to klasa, talent, luz i polot. Na scenie i pod nią była szampańska zabawa. Świetny występ zapowiadający to co miało nadejść następne.
The Killers. Dziś jedni z ostatnich, którzy pozostali wierni swojemu stylowi. Oczywiście ich muzyka zmieniała się na przestrzeni 3 wydanych longplay'ów. Ale zawsze lawirowali w swoim terytorium. Połączenia alternatywnego rock'a z odrobiną indie i... elektroniki. Nienawidzę elektroniki. Bazylion zespołów się zmarnowało po dodaniu syntezatora do ekwipunku. Ale im to pasuje. The Killers to zespól na tyle utalentowany i inteligentny, że nie zamienił głównej roli gitar i perkusji z syntezatorem, jak zrobiło to kilka zespołów. Dla nich syntezator to tylko dodatek dla uzyskania ciekawszego brzmienia. Operujący nim w zespole wokalista, Brandon Flowers - na tyle zgrabnie obsługuje się tym sprzętem, że rock'owe korzenie Killersów na tym nie tracą. Pierwsza płyta to hołd dla dokonań muzycznych Wielkiej Brytanii lat 80. Druga to oda do amerykańskiego stylu. Trzecia, bardziej popowa, to próba szukania świeżych brzmień. Czekam na czwartą.
Weszli na scenę jak gdyby nigdy nic. I od razu zaczęli od Somebody Told Me. Myślałem, że umrę. I nie - nie chodzi mi tu o "myślałem, że umrę, bo tak strasznie, strasznie kocham tę piosenkę" - chodzi mi o autentyczną, prawdziwą i namacalną śmierć. Ludzie oszaleli. Kilka osób już na początku wyszło z oznakami wyraźnego omdlenia. Nie wytrzymali ścisku, emocji, szaleństwa. Później było już tylko lepiej. Wspaniałe show z najlepszymi kawałkami zespołu. Read My Mind, Human, Mr. Brightside, Jenny Was a Friend of Mine, czy Dustland Fairytale i All These Things That I've Done wyznaczyły trendy w dzisiejszej muzyce. Czekałem na każdą z nich i wszystkie razem. Wszystkie się pojawiły, ale dostaliśmy też próbkę nowej płyty. Oprócz Runaways, które już lata po stacjach radiowych i muzycznych, zespół zagrał też Miss Atomic Bomb i From Here on Out. Zwłaszcza druga - szybka, energiczna piosenka - wpadła mi w ucho. Nowa płyta zapowiada się świetnie.
Zespół po krótkiej przerwie, wszedł na scene przebrany - Brandon w koszulce z godłem Polski! - i kończąc pierwszy dzień CLMF, drugi koncert w Polsce zagrał trzy ostatnie piosenki, encore koncertu, to wspomniane Jenny Was a Friend of Mine <ta linia basu!!!> i From Here on Out oraz When You Were Young. Te ostatnie 10 minut i krzyki "I've got a soul, but I'm not a soldier!" - to czysta magia jaką może wywołać tylko synteza zespołu i jego fanów. Gromki śpiew, skakanie, a na koniec wzajemne podziękowania i rzucanie gadżetów.
Co to był za dzień. Koncerty były wspaniałe. Podróż była wyzwaniem - ale w dobrym towarzystwie i to okazało się przygodą. Mój szalony dzień okazał się sukcesem. Na myśl o możliwym następnym takim wypadzie, o następnej przygodzie - na moich ustach pojawia się lekki szelmowski uśmieszek i poczucie ekscytacji. Kiedyś na samą wzmiankę o tym - przykuł bym się do łózka i wskoczył pod kołderkę. Coś się zmieniło. Chyba zaczynam wylatywać z jarzma "matczynej miłości" i ewoluuję. A może to rewolucja? Czas zwiedzać, poznawać. Oglądać i przeżywać. Warto czasem zrobić coś szalonego.
Change came in disguise of revelation
wtorek, 7 sierpnia 2012
Martha Marcy May Marlene (****1/2)
She's just the picture.
Dobry film, ze świetną obsadą, ciekawą historią i świeżym pomysłem na reżyserię.
Film to studium uzależnienia. Uzależnienia od ludzi. O zagubieniu. Braku zrozumienia i bliskości. O tym jak te braki są zgubne.
Matha to młoda zagubiona nastolatka. Z historii dowiadujemy się małymi kroczkami <jak ja uwielbiam powoli rozwijające się, nudne filmy>, że w rodzinie się nie układa. Trafia do domorosłej sekty, gdzie każdy jest równy, a jej lider najrówniejszy. Organizuje na małej farmie życie, komunę dla młodych ludzi, których świat nie zrozumiał. Daje im schronienie, uwagę i to zrozumienie właśnie. Jest mentorem i nauczycielem, jest charyzmatyczny, uroczy. Orator i sprzedawca kłamstw. Kupuje ich słowami, bo jako jedyny ich słucha. Jako jedyny mówi tylko do NICH. Tak im się wydaje. Pod parawanem sielanki pojawiają się zgrzyty - "rytuały" oczyszczenia, kradzieże, nawet śmierć. Martha na początku uwielbia nowe życie. Staje się Marcy May. Staje się częścią organizmu. Jest szczęśliwa.
Ale nie jest bezpieczna.
Jednak z czasem odkrywane sekrety i następujące wydarzenia otwierają oczy Mathcie. Pozostawia Marcy i wraca do siostry. Ta razem z mężem, przyjmują ją pod dach, próbując jej pomóc w swoim nowobogackim stylu. W stylu ludzi sukcesu i pieniędzy. Próbują jej pomóc, ale nie próbują zrozumieć. Martha jest bezpieczna, ale nie jest szczęśliwa.
Film to studium sekty. Pokazuje jak "wyższe wartości" nas ogłupiają. Ale czym różni się od Kościoła? Czym Patrick różni się od księdza z parafii? Czym ich rytuały, różnią się od rytuałów Katolików, Żydów, czy Muzułman? Owszem - to co proponuje sekta, to zazwyczaj jest skrajna extrema, ale sens rytuałów pozostaje ten sam. Po co się ogłupiamy i szukamy wolności i pocieszenia w czymś co nie istnieje, a o egzystowaniu sił wyższych/szczęścia zapewniają nas księża bez wiary czy liderzy sekt? Dlaczego tak często dajemy się ogłupić ludziom, którzy nie mają NIC do powiedzenia, nie mają nas czym zainteresować, jednak im ufamy, bo nas tylko wysłuchali. Smutne.
Siłą filmu jest aktorstwo. Nie spodziewajcie się nie wiadomo jakiej akcji. Film mocno aktorem stoi!
John Hawkes jako lider sekty jest świetny. Anemicznie chudy, brzydki. Ale szarmancki. Wyrozumiały. Wie co trzeba zapewnić młodym ludziom i im to daje. Kilka słów z nim i Martha decyduje się zostać. Hawkes też hipnotyzuje, mimo, że na ekranie jest rzadko i mało mówi. Wiele "wie" i umie trafić do swoich podopiecznych. Zwłaszcza do kobiet. Świetny. I ta piosenka...
Rośnie męski odpowiednik Marissy Leo w kinie niezależnym. Kiedy Oscar?
Ale nawet on przegrywa z Elizabeth Olsnen. Znajome nazwisko? Tak to młodsza siostra TYCH Olsenek! Zupełnie inna. Uroczo pulchna, z pyzowatą buzią i nieklasycznie ładna. Odważna. Gra cielesnością, gra twarzą, ale z minimalizmem. Minimalizm jakim ukazała Marthe/Marcy zasługuje na wielkie brawa. Bywa cicha, wycofana,zagubiona i przestraszona, ale ma też różne ataki, które przerażają biorąc pod uwagę wcześniejszy skąpy zakres ruchów i gestów. Jej rozmowa ze szwagrem o życiu oraz z siostrą o dziecku - brawa! Przed nową-lepszą Olsenką otwierają się drzwi do wielkiej kariery. Niech ten potencjał się nie zmarnuje!
Reżyser! Sean Durkin GENIALNIE operuje historią. Jest też scenarzystą, więc rozumie historię, bohaterów oraz ich decyzje. Wybitnie czuje film. Marthe pokazuje zazwyczaj z bliska. Marcey raczej na szerszym planie. Świetnie przeskakuje między teraźniejszością a wspomnieniami z sekty. Wykazuje się też błyskotliwym pomysłem na tytuł filmu. W prawdziwe imię i nazwisko bohaterki wstawił imię i nazwisko jej alter ego. Film i reżyser <młody chłopak!> przywracają nadzieję na amerykański film. Znakomita końcówka także zasługuję na uwagę. Martha uciekła z sekty. Ale czy ta nie będzie chciała wchłonąć jej z powrotem? Widzę godną rywalizację dla Alexandra Payne'a!
Szczerze polecam. Film jak najbardziej godny uwagi. Ambitne kino. Ważne. Może i się wynudzicie oglądając, ale zobaczcie. Zastanówcie się i wczujcie. Nie pożałujecie. Małe wielkie kino!
...I ta piosenka! She's just the picture.
https://www.youtube.com/watch?v=9NGQD63qAOw&feature=player_embedded
Dobry film, ze świetną obsadą, ciekawą historią i świeżym pomysłem na reżyserię.
Film to studium uzależnienia. Uzależnienia od ludzi. O zagubieniu. Braku zrozumienia i bliskości. O tym jak te braki są zgubne.
Matha to młoda zagubiona nastolatka. Z historii dowiadujemy się małymi kroczkami <jak ja uwielbiam powoli rozwijające się, nudne filmy>, że w rodzinie się nie układa. Trafia do domorosłej sekty, gdzie każdy jest równy, a jej lider najrówniejszy. Organizuje na małej farmie życie, komunę dla młodych ludzi, których świat nie zrozumiał. Daje im schronienie, uwagę i to zrozumienie właśnie. Jest mentorem i nauczycielem, jest charyzmatyczny, uroczy. Orator i sprzedawca kłamstw. Kupuje ich słowami, bo jako jedyny ich słucha. Jako jedyny mówi tylko do NICH. Tak im się wydaje. Pod parawanem sielanki pojawiają się zgrzyty - "rytuały" oczyszczenia, kradzieże, nawet śmierć. Martha na początku uwielbia nowe życie. Staje się Marcy May. Staje się częścią organizmu. Jest szczęśliwa.
Ale nie jest bezpieczna.
Jednak z czasem odkrywane sekrety i następujące wydarzenia otwierają oczy Mathcie. Pozostawia Marcy i wraca do siostry. Ta razem z mężem, przyjmują ją pod dach, próbując jej pomóc w swoim nowobogackim stylu. W stylu ludzi sukcesu i pieniędzy. Próbują jej pomóc, ale nie próbują zrozumieć. Martha jest bezpieczna, ale nie jest szczęśliwa.
Film to studium sekty. Pokazuje jak "wyższe wartości" nas ogłupiają. Ale czym różni się od Kościoła? Czym Patrick różni się od księdza z parafii? Czym ich rytuały, różnią się od rytuałów Katolików, Żydów, czy Muzułman? Owszem - to co proponuje sekta, to zazwyczaj jest skrajna extrema, ale sens rytuałów pozostaje ten sam. Po co się ogłupiamy i szukamy wolności i pocieszenia w czymś co nie istnieje, a o egzystowaniu sił wyższych/szczęścia zapewniają nas księża bez wiary czy liderzy sekt? Dlaczego tak często dajemy się ogłupić ludziom, którzy nie mają NIC do powiedzenia, nie mają nas czym zainteresować, jednak im ufamy, bo nas tylko wysłuchali. Smutne.
Siłą filmu jest aktorstwo. Nie spodziewajcie się nie wiadomo jakiej akcji. Film mocno aktorem stoi!
John Hawkes jako lider sekty jest świetny. Anemicznie chudy, brzydki. Ale szarmancki. Wyrozumiały. Wie co trzeba zapewnić młodym ludziom i im to daje. Kilka słów z nim i Martha decyduje się zostać. Hawkes też hipnotyzuje, mimo, że na ekranie jest rzadko i mało mówi. Wiele "wie" i umie trafić do swoich podopiecznych. Zwłaszcza do kobiet. Świetny. I ta piosenka...
Rośnie męski odpowiednik Marissy Leo w kinie niezależnym. Kiedy Oscar?
Ale nawet on przegrywa z Elizabeth Olsnen. Znajome nazwisko? Tak to młodsza siostra TYCH Olsenek! Zupełnie inna. Uroczo pulchna, z pyzowatą buzią i nieklasycznie ładna. Odważna. Gra cielesnością, gra twarzą, ale z minimalizmem. Minimalizm jakim ukazała Marthe/Marcy zasługuje na wielkie brawa. Bywa cicha, wycofana,zagubiona i przestraszona, ale ma też różne ataki, które przerażają biorąc pod uwagę wcześniejszy skąpy zakres ruchów i gestów. Jej rozmowa ze szwagrem o życiu oraz z siostrą o dziecku - brawa! Przed nową-lepszą Olsenką otwierają się drzwi do wielkiej kariery. Niech ten potencjał się nie zmarnuje!
Reżyser! Sean Durkin GENIALNIE operuje historią. Jest też scenarzystą, więc rozumie historię, bohaterów oraz ich decyzje. Wybitnie czuje film. Marthe pokazuje zazwyczaj z bliska. Marcey raczej na szerszym planie. Świetnie przeskakuje między teraźniejszością a wspomnieniami z sekty. Wykazuje się też błyskotliwym pomysłem na tytuł filmu. W prawdziwe imię i nazwisko bohaterki wstawił imię i nazwisko jej alter ego. Film i reżyser <młody chłopak!> przywracają nadzieję na amerykański film. Znakomita końcówka także zasługuję na uwagę. Martha uciekła z sekty. Ale czy ta nie będzie chciała wchłonąć jej z powrotem? Widzę godną rywalizację dla Alexandra Payne'a!
Szczerze polecam. Film jak najbardziej godny uwagi. Ambitne kino. Ważne. Może i się wynudzicie oglądając, ale zobaczcie. Zastanówcie się i wczujcie. Nie pożałujecie. Małe wielkie kino!
...I ta piosenka! She's just the picture.
https://www.youtube.com/watch?v=9NGQD63qAOw&feature=player_embedded
Shame (*****)
Wspaniały film. Wspaniały duet. McQueen i Fassbander. Genialny i genialniejszy. Pierwszy umiejętnie operuje kamerą i scenami <kamera pozostaje w miejscu, nawet jeśli bohaterowie już opuścili plan>. Cechuje się dość surowymi metodami reżyserskimi. Film toczy się powoli, od sceny do sceny. Zwraca uwagę na detale. Rzeczy, miny, akcje, gesty. Poznajemy bohaterów - ich imiona, nazwiska, profesje - ale to niemalże wszystko. Nic nie wiemy o ich przeszłości, tylko zakładamy. To co wiemy, to fakt, że mają problemy. Reżyser wprowadza nas w tę historię powolutku. Jednak film przyśpiesza gdy bohaterów doganiają ich demony. A demony znajdziemy straszliwe. Sex, zdradę, chęć bliskości.
McQueen stworzył historię dzisiejszych 30 latków. Dziś liczy się sukces i bezgraniczna cielesność. Uczucia to słabość. Uczucia należy zniszczyć, by osiągnąć ten upragniony sukces.
Brandon jest sexoholikiem. I to nie jest problem. Żyje w swoim świecie sexu, od jednej kobiety do drugiej, od jednego hardporn, do drugiego. Nikogo nie krzywdzi. Swoje kobiety uświadamia, informuje, że to co ich połączy jest jednorazowe. Nie przeszkadza mu to w wykonywaniu swojej pracy. Problemem stają się zobowiązania. Pojawia się siostra. Pojawia się kobieta mówiąca o zaangażowaniu. Pojawiają się problemy. Sex staje się mniej przyjemny, Brandon staje się żądny nowych, ryzykownych wyzwań. I właśnie to przedstawia ten film. Jak zniszczonym pokoleniem jesteśmy/będziemy, jak boimy się zaangażowania. Z historii można wywnioskować, że główny bohater i jego siostra nie mieli łatwego dzieciństwa i nie mają łatwych relacji. Są popaprani. Zniszczyli ich rodzice? Szkoła? Środowisko, w którym się obracali? Wszystko po trochu? Nie wiemy. Nie ważne. Ważne, że nie ma nikogo na kim polegać. Dążymy, jak Brandon i jego siostra, w naszym popapraniu do autodestrukcji, bo otwarcie się na ludzi, nawet tych najbliższych, oznacza dziś porażkę i słabość. Uciekamy w sex, samobójstwa, depresję.
Michael "Fassy" Fassbender. Dlaczego on nie nie dostał nominacji do Oscar'a? Facet wykonujący od dobrych 4 lat genialną pracę nie zostaje nawet doceniony. Wstyd. Prawdziwy shame. Kontynuuje modę w Hollywood na nagość wśród aktorów. Gra grymasami, mimiką, twarzą, cielesnością. Gra wszystkim co ma. Oddał się McQueen'owi i nie powinien żałować. Świetna rola. Bolesna. Trudna. Paskudnie świetna. Trudno napisać coś więcej. Majstersztyk.
Shame to film godny polecenia, ale dla ludzi chcących przemyśleń i zaangażowania <o ironio> w film. Z czystym sumieniem daje maksymalną ocenę - ***** Bo jest to film trudny. Mocny. Popaprany. Miejscami obrzydliwy. Obrzydliwie prawdziwy i realny.
McQueen stworzył historię dzisiejszych 30 latków. Dziś liczy się sukces i bezgraniczna cielesność. Uczucia to słabość. Uczucia należy zniszczyć, by osiągnąć ten upragniony sukces.
Brandon jest sexoholikiem. I to nie jest problem. Żyje w swoim świecie sexu, od jednej kobiety do drugiej, od jednego hardporn, do drugiego. Nikogo nie krzywdzi. Swoje kobiety uświadamia, informuje, że to co ich połączy jest jednorazowe. Nie przeszkadza mu to w wykonywaniu swojej pracy. Problemem stają się zobowiązania. Pojawia się siostra. Pojawia się kobieta mówiąca o zaangażowaniu. Pojawiają się problemy. Sex staje się mniej przyjemny, Brandon staje się żądny nowych, ryzykownych wyzwań. I właśnie to przedstawia ten film. Jak zniszczonym pokoleniem jesteśmy/będziemy, jak boimy się zaangażowania. Z historii można wywnioskować, że główny bohater i jego siostra nie mieli łatwego dzieciństwa i nie mają łatwych relacji. Są popaprani. Zniszczyli ich rodzice? Szkoła? Środowisko, w którym się obracali? Wszystko po trochu? Nie wiemy. Nie ważne. Ważne, że nie ma nikogo na kim polegać. Dążymy, jak Brandon i jego siostra, w naszym popapraniu do autodestrukcji, bo otwarcie się na ludzi, nawet tych najbliższych, oznacza dziś porażkę i słabość. Uciekamy w sex, samobójstwa, depresję.
Michael "Fassy" Fassbender. Dlaczego on nie nie dostał nominacji do Oscar'a? Facet wykonujący od dobrych 4 lat genialną pracę nie zostaje nawet doceniony. Wstyd. Prawdziwy shame. Kontynuuje modę w Hollywood na nagość wśród aktorów. Gra grymasami, mimiką, twarzą, cielesnością. Gra wszystkim co ma. Oddał się McQueen'owi i nie powinien żałować. Świetna rola. Bolesna. Trudna. Paskudnie świetna. Trudno napisać coś więcej. Majstersztyk.
Shame to film godny polecenia, ale dla ludzi chcących przemyśleń i zaangażowania <o ironio> w film. Z czystym sumieniem daje maksymalną ocenę - ***** Bo jest to film trudny. Mocny. Popaprany. Miejscami obrzydliwy. Obrzydliwie prawdziwy i realny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)